fot. Ewa Sądej / Nasz Dziennik

Trwa niszczenie tożsamości narodowej

Z red. Tomaszem Bieszczadem, członkiem zarządu Oddziału Łódzkiego Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, współtwórcąKonferencji „Dziennikarz między prawdą a kłamstwem” w Łodzi, rozmawia Marta Milczarska

Tegoroczna Konferencja „Dziennikarz między prawdą a kłamstwem” podejmuje temat „Pamięć i tożsamość Polaków – dziś”. Skąd pomysł na taki temat?

– Temat ten jest wynikiem wielu dyskusji i uzgodnień w gronie zespołu przygotowującego konferencję, ale główną rolę odegrał tu Krzysztof Nagrodzki.

Będzie to już siódme spotkanie opatrzone wspólnym mianownikiem, trafnie oddającym stan dzisiejszego dziennikarskiego rozdarcia. Wszystkie nasze konferencje starały się dogłębnie badać zmieniającą się specyfikę medialnych profesji i – w szczególności – etyki zawodowej. Jest oczywistą rzeczą, że konferencje czerpią ze swojego dotychczasowego dorobku i rozwijają pewne stałe wątki.

W ciągu minionych siedmiu lat wiele się w Polsce zmieniło. Gruntowne zmiany zaszły też w obszarze funkcjonowania mediów. Nastąpiła ich daleko posunięta instrumentalizacja i degradacja. Mam na myśli coś, czego nie było nigdy wcześniej po 1990 roku: ostentacyjne i jednowymiarowe zaprzedanie się dziennikarskiego mainstreamu doraźnej polityce, skutkujące prymitywizacją przekazu i formalnym uzależnieniem od – nie zawsze czystych – interesów mocodawców i sponsorów. W tym samym czasie nastąpiło też gwałtowne ożywienie i rozwój mediów niezależnych, lokujących się w zdecydowanej opozycji wobec mainstreamu. Media te, mimo iż spychane do defensywy, radzą sobie coraz lepiej na rynku i na ogół udaje im się przestrzegać dyrektywy sformułowanej niegdyś przez Nicolasa Gomeza Davilę: „Baczmy, byśmy nie stali się prostym przeciwieństwem naszych wrogów”.

Znaczący wpływ na polaryzację mediów miała tragedia w Smoleńsku, która zweryfikowała i ujawniła dziennikarskie postawy, dodając odwagi i pasji jednym, a innych utwierdzając w ich statusie posłusznych karierowiczów.

Tegoroczna konferencja – jak rozumiem – będzie kolejną próbą przedstawienia rzeczywistości polskiej, doszczętnie spolaryzowanej w jej medialnym obrazie. Próbą, która nam, ludziom zajmującym się dziennikarstwem, powinna pomóc w znalezieniu płaszczyzny pozwalającej na godną rozmowę o Polsce – przy pomocy mediów. Mam poczucie, że organizatorzy konferencji niczego innego nie pragną, jakkolwiek bolesne byłyby to poszukiwania. Bez dobrej diagnozy nie ma skutecznej terapii. Precyzyjne, cierpliwe diagnozowanie dżumy niszczącej polskie media (i w ślad za nimi polskie życie zbiorowe) powinno w końcu poskutkować powolną ich naprawą (mimo iż dotychczasowe doświadczenia nie nastrajają zbyt optymistycznie)…

 

Jaka jest rola dziennikarza i mediów w kreowaniu pamięci i tożsamości?

– Uważam, że jest ona dzisiaj decydująca. Media przeciwstawnych obozów walczą zaciekle o interesy wielkich grup społecznych i własnych środowisk, w pewnym sensie wyręczając je i zastępując w walce. „Pod broń” powoływani są dziennikarze, blogerzy i trolle, podczas gdy zwykli ludzie nie są wcielani do wojska i nikt nie wysyła ich na front. Główny społeczny konflikt w Polsce – w zasadzie należałoby go nazwać „wewnętrzną zimną wojną” –  przeniósł się w bezpieczne rejony, do telewizji i internetu. Zwłaszcza w tym ostatnim medium każdy „urodzony wojownik” może wyżyć się gruntownie i bez większej szkody dla innych.

Jednocześnie otaczająca nas, „coraz bardziej”, rzeczywistość toczy się leniwie i – jeśli nie liczyć jakichś skrajnych incydentów – właściwie bez wyrazu. Krew nie wsiąka w bruk ulicy, tylko farba drukarska wsiąka w papier i jest to na pewno postęp, pytanie: jak trwały i stabilny. W każdym razie sytuacja ta jest na pewno lepsza niż prawdziwe wojny, z prawdziwą krwią i prawdziwą śmiercią. Czasami można odnieść wrażenie, że w tle tego medialnego zgiełku dochodzi do głosu „czynnik Maryjny”, dyskretne echo Fatimy. Tak, jakby to za Jej przyczyną zaciekła wojenna agresja „uchodziła” z ludzi, „sublimując się” i bezpiecznie rozładowując w mediach…

Ale ponieważ na tym świecie nie ma nic za darmo, ten względny spokój ma cenę wysoką, jedną z najwyższych. Jego koszty ponosimy wszyscy codziennie. Ceną za bezkrwawe wojny jest to, co obserwujemy wszędzie dookoła: atrofia uczuć, zanik przenikliwości intelektualnej, emocjonalne uzależnienie od mistrzów propagandy i życie światłem odbitym od niezbyt moralnych celebrytów. Inna rzecz, że spora część publiczności medialnej chętnie sama rezygnuje z intelektualnej autonomii na rzecz politycznych podpowiedzi i instrukcji, często – w formie lekkostrawnych „przekazów dnia”. Dokąd nas to zaprowadzi? Jeśli tak dłużej potrwa i jeśli nie wypełni się na czas fatimskie proroctwo – być może dojdziemy do jakiejś formy mentalnego i emocjonalnego piekła. Być może do takiego, o jakim myślał Sartre („Piekło to inni”).

Jakiego rodzaju media i jakie postawy dziennikarzy zagrażają tożsamości Polaków?

– Dzisiaj powiedzieć można i napisać wszystko, pod warunkiem, że urąga to poczuciu przyzwoitości i zdrowemu rozsądkowi. A jeśli urągającemu uda się trwale zranić uczucia katolików lub zdeprawować umysły młodzieży, czy zdradzić wartości i nawygrażać Bogu… o, wtedy jego radość i satysfakcja zaiste jest ogromna. (…) I dlaczego prawda z takim trudem musi przedzierać się do umysłów i dusz większości Polaków? Znakomita większość pragnie podążać w stronę świata przez „szerokie wrota”. Woli dawać pierwszeństwo prymitywnej i zakłamanej propagandzie przed Prawdą. Woli… szkoda słów.

Odpowiadając zatem na Pani pytanie, ośmielę się dopowiedzieć, że pamięci i tożsamości Polaków zagrażają dziś – być może po raz pierwszy w tak przemożnej skali – sami Polacy… Milcząca większość Polaków, z których każdy indywidualnie wybiera narodową absencję, wierząc, że ona go przed czymś uchroni. Otóż nie uchroni.

Kiedy ludzie sami dla siebie wybierają rodzaj duchowego apartheidu, nie widząc, że jest to getto, niech nie dziwią się potem, że obudzili się w getcie. Niestety, przekonujemy się o tym – przede wszystkim my, nieobojętni – na każdym kroku, odczuwając, w jak niezauważalny sposób ześlizgujemy się po ścianach wielkiego leja… Dlatego na nas, dziennikarzach katolickich, ciąży szczególna odpowiedzialność: Po prostu musimy krzyczeć. Krzyczeć!

Organizator konferencji podkreślił w zaproszeniu, że odbywa się ona „w czasie coraz intensywniejszych prób wykoślawienia pamięci i świadomości, a przez to – dewastacji tożsamości”… Czym jest to „wykoślawianie pamięci i świadomości”? Gdzie widzimy tego przykłady?

– Dewastacja tożsamości narodowej stała się naszą codziennością. Jej dobrze zaplanowane przejawy widzimy wszędzie dookoła. Wystarczy wyjść na kilkanaście minut z domu albo włączyć na kilka minut telewizor i „przelecieć” po kanałach, aby ujrzeć to wykoślawienie i tę dewastację.

Gdyby jednak chodziło tu tylko o „wykoślawienie”, nie byłoby strachu. Ludzie nieraz radzili sobie z „wykoślawieniem”. Słowo to sugeruje pewien paradygmat przypadkowości, a nawet niechlujstwa w realizacji zamysłów: „wykoślawienie” może się wykoślawiającemu udać, ale może się też nie powieść. Tymczasem tutaj mamy do czynienia z bardzo przemyślanymi i precyzyjnymi socjotechnikami. Ich główną cechą, a jednocześnie miarą skuteczności, jest bezwzględność: brak skrupułów, zasad, litości. Jest to zestaw gier operacyjnych przećwiczonych w najlepszych laboratoriach tajnych służb całego świata i w akademickich gabinetach.

„Wykoślawiający” grają tak, jakby walczyli o wszystko. My zachowujemy się najchętniej tak, jakbyśmy grali z nimi w berka. Wydaje się – na pierwszy rzut oka – że dla większości Polaków promocja nowych wafelków w supermarkecie ma większe znaczenie i jest bliższa sercu, niż postawienie pomnika Rotmistrza Pileckiego. Można odnieść wrażenie, że i „Solidarność”, i Jan Paweł II walczyli dla Polaków przede wszystkim o „pełne półki”. Kiedy cel został osiągnięty, sześćdziesiąt parę procent społeczeństwa wybrało absencję (wyborczą) i zakupy (w niedzielę). Warto pod tym kątem prześledzić cały okres polskiej anty-edukacji, jaką zafundowano społeczeństwu po 1990 roku. Jakie były jej priorytety i kto je realizował…?

Widzimy wyraźnie, że medialne giganty zachowują się tak, jakby poszły na służbę uosobionego Zła z niepoprawnych politycznie horrorów. Że nie pozwalają nam kształtować naszego społecznego bytowania przynajmniej w części tak spokojnie, jak to jest u innych europejskich nacji. Wydaje się, że liczba ludności ciągle jest tutaj za duża. Że my stale komuś zawadzamy – czy to z powodu naszego wytrwałego katolicyzmu, czy wskutek niefortunnego położenia, które utrudnia sąsiadom czułe uściski…?

Jednak mamy też dojmujące poczucie, że jeszcze nie jest za późno. Że wprawdzie zaniedbywaliśmy konieczne modlitwy i działania, ale budzimy się – powoli, z trudem, z różańcem w dłoni… I o tym też będziemy mówili podczas tej konferencji.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj