Te kości to wszystko, co mamy

Z Wojciechem Tudrujem, bratankiem por. Edmunda Tudruja „Mundka” z oddziału mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, zamordowanego 7 marca 1949 r., rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Czekali Państwo na telefon z IPN?

– Oczywiście. Około dwóch lat temu oddałem materiał genetyczny do porównań. O znalezieniu „Mundka” poinformował mnie telefonicznie prof. Krzysztof Szwagrzyk. Oczekiwałem tej wiadomości i byłem w zasadzie na nią przygotowany, bo wiedziałem, że wcześniej znaleziono „Zaporę”, „Rysia” i kilku innych. Mimo wszystko coś mnie ścisnęło za gardło i oczy się zaszkliły. Żona siedziała akurat obok, gdy zadzwonił profesor. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Co, nie wytrzymałeś?”, a mi łza po policzku pociekła. Nie mogłem się powstrzymać ze wzruszenia. Tego momentu nie zapomnę na pewno do końca życia. Na uroczystość wręczenia rodzinom not identyfikacyjnych przyjechałem do Belwederu z żoną i synem. Bardzo ją przeżyliśmy.

„Mundka” ciągnęło do wojska?

– Wiem, że chciał się kształcić, nawet w czasie okupacji niemieckiej ukończył maturę na tajnych kompletach i chciał zostać inżynierem. Był głodny wiedzy, ale jego życie potoczyło się inaczej. Po ukończeniu tajnej podchorążówki walczył w oddziale AK kpt. Stanisława Łukasika „Rysia”, biorąc udział we wszystkich akcjach oddziału przeciwko Niemcom. „Mundek” był pogodny, wesoły, towarzyski. Lubił śpiewać, żartować, podobnie jak mój ojciec. Tak właśnie go sobie wyobrażam. Był pełen optymizmu i planów na przyszłość, o czym mówili mi dziadkowie. Był ich ukochanym synem. „Mundek” miał kilkoro rodzeństwa, siostrę i trzech braci, ostatni zmarł kilka lat temu. Rodzina była więc dosyć liczna. W domu pielęgnowano tradycje wojskowe, w AK był również mój ojciec, któremu jakoś udało się uniknąć aresztowania. W czasie wojny zginął za to siostrzeniec „Mundka”, dowódca konnego zwiadu, którego ciężko rannego Niemcy żywcem spalili.

W październiku 1944 r. młodego Tudruja zatrzymali funkcjonariusze NKWD, trafił do sowieckiego obozu dla jeńców wojennych i internowanych w Borowiczach, jednego z najcięższych dla Polaków.

– Tak. Nie wiem, jak to się stało, że powrócił stamtąd w marcu 1946 roku. Nie wiem, czy uciekł, czy wypuszczono wówczas część tych żołnierzy AK. Zaraz po powrocie wstąpił znów do oddziału „Rysia”. Słyszałem, że był bardzo zdyscyplinowanym i lojalnym żołnierzem, dzięki temu w tak młodym wieku awansował u „Rysia”, a później bezpośrednio u „Zapory”, gdy major objął dowództwo. Jesienią 1946 r. Hieronim Dekutowski mianował go dowódcą piętnastoosobowego oddziału, a kilka miesięcy później zaproponował mu wyjazd na Zamojszczyznę, gdzie uczestniczył w akcjach zbrojnych przeciw komunistycznemu aparatowi bezpieczeństwa. Poszukiwany przez funkcjonariuszy UB często zmieniał miejsce zamieszkania. W 1947 r. wraz z „Rysiem”, „Zaporą” i grupą innych żołnierzy zagrożonych aresztowaniem próbował opuścić kraj. Oni wiedzieli, że jeśli ich złapią, to nieodwołalnie grozi im wyrok śmierci. Nie udało im się jednak, bo zostali zdradzeni. 16 września 1947 r. aresztowali ich w Nysie funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach, a 15 listopada 1948 r. „Mundek” został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę śmierci.

Wie Pan, kto ich zdradził?

– Na ten temat jest kilka różnych teorii. Nie chcę powtarzać pogłosek, bo mogą być krzywdzące dla niektórych, nieżyjących już zresztą ludzi. Powiem tylko, że nie udało się dotrzeć do akt UB, w których na pewno zawarto informacje, kto pomagał w ich ujęciu. Nie wiem, czy akta te zostały zniszczone, czy jeszcze tkwią w jakichś zakamarkach archiwów. Sądzę jednak, że jakaś dokumentacja na pewno była, bo złapanie „Zapory” było dla UB dość poważną akcją. Aresztowali wtedy ważnych oficerów podziemia antykomunistycznego. Trzeba pamiętać, że jeszcze w latach 50. i 60. te polowania na żołnierzy podziemia były prowadzone. Weźmy chociażby „Lalka”, poszukiwali go przez tyle lat, aż w końcu złapali go, zapewne też na skutek zdrady, i zabili.

Rodzina wiedziała, co „Mundek” robił w konspiracji?

– Niewiele. Nie mówił o tym, co robi, w jakich akcjach bierze udział i gdzie się wybiera. W ostatnim okresie swego życia przemierzał spore połacie kraju. Był na zachodzie i południu Polski. Zatrzymywał się na krótko w Zakopanem, Wrocławiu, Wałbrzychu, Szczecinie i Poznaniu. Nie wiem, czy miał tam jeszcze jakieś zadania, czy udawał się tam dla zmylenia tropu. Rzadko bywało, że jak spotykał się z rodziną, coś w sposób bardzo lakoniczny wspominał. Każdy wiedział, że jest to tajemnica i gdyby UB chciało przesłuchiwać i torturować kogoś z członków rodziny, ten mógłby nie wytrzymać i za dużo powiedzieć. Mój ojciec, który zmarł w 1967 r., nie chciał ze mną rozmawiać na ten temat. Bał się, że mogę wygadać się przed znajomymi, a wtedy nie wiadomo było, na kogo można trafić. Wspominał tylko – tak żebyśmy wiedzieli – o Katyniu i Edmundzie. Bardzo żałuję, że zmarł tak wcześnie, bo mógłby mi bardzo wiele powiedzieć na temat „Mundka” i jego walki. Więcej mówili dziadkowie, u których często bywałem. Oni do końca nie wierzyli w to, że „Mundek” nie żyje, i czekali do śmierci na jego powrót. Zdarzały się bowiem przypadki, że jakaś rodzina otrzymała akt zgonu, a po 1956 r. ich bliscy wracali z Syberii.

Ojciec por. Edmunda Tudruja pisał do Bieruta o ułaskawienie syna?

– Tak. Ale Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Dziadkowie wiedzieli też o tym, że na ich syna został wydany wyrok śmierci. Pomimo faktu, że rodzina dostała pismo (z którym notabene nie wiem, co się stało), że wyrok został wykonany, ciągle tliła się w niej iskierka nadziei, że to nieprawda, że to jakaś zagrywka komunistów. Miałem 5 lat, gdy „Mundek” zginął. Mam o nim tylko mgliste wspomnienia.

Po egzekucji „Mundka” rodzina była represjonowana?

– Dziadkowie mieszkali na wsi („Mundek” urodził się w Stasinie, wsi na peryferiach Lublina, później dziadek przeniósł się do sąsiedniej wsi Marynin), z dala od UB i oficjalnych czynników, które mogłyby wpływać na ich los. Nasza rodzina była w zasadzie po tym wszystkim pozostawiona w spokoju, nie narażała się w obawie, by nie ponieść jakichś konsekwencji. Osobiście, gdy na początku lat 60. studiowałem medycynę na Akademii Medycznej w Lublinie, odczułem na własnej skórze to, że miałem w rodzinie żołnierza podziemia antykomunistycznego. Na pierwszym roku mieliśmy studium wojskowe. Major, który je prowadził, zapytał mnie po paru miesiącach, skąd pochodzę. Nazwisko Tudruj nie było popularne, jak Kowalski czy Malinowski, więc prawdopodobnie mnie jakoś skojarzył. Odpowiedziałem, że urodziłem się na Lipniaku, a mieszkam w Lublinie. Lipniak jest po sąsiedzku z Maryninem, gdzie mieszkał „Mundek”. Od tego czasu major, możliwe że był funkcjonariuszem UB, nie dał mi już żadnej szansy na zaliczenie tego studium wojskowego. Powiedział mi zresztą wprost, że tych zajęć nie zaliczę i dostanę powołanie do wojska. W konsekwencji nie zaliczyłem tego roku na uczelni.

Wiedzieli Państwo, że „Mundek” mógł zostać pogrzebany na Łączce?

– Były pewne przypuszczenia, że tam jest miejsce jego pochówku. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero jakieś trzy lata temu, gdy głośno zaczęto o tym mówić. Mieliśmy nadzieję, gdy podjęto tam prace ekshumacyjne, że okaże się to prawdą. Do tego czasu, mówiąc szczerze, nie bardzo nam się wydawało, że „Zapora” i jego podkomendni znajdują się w ogóle na jakimś cmentarzu. Myśleliśmy, że zostali wywiezieni gdzieś do jakiegoś brzozowego lasu i tam zakopani, żeby nikt nie wiedział, gdzie spoczywają. Okazało się jednak, że pogrzebano ich na terenie cmentarza, dzięki czemu możliwa była ta ekshumacja i identyfikacja.

Gdzie Państwo chcą pochować „Mundka”?

– Pozostała dość liczna rodzina jego spadkobierców, którzy mogliby wyrazić w sposób wiążący swoje zdanie w tej kwestii, to są bratankowie i bratanice „Mundka”, w sumie dziesięć osób. Wszyscy spośród tych, z którymi dotychczas się skontaktowałem, są za tym, by został pochowany na Łączce wraz ze swoimi towarzyszami broni w planowanym panteonie. Chowanie go na naszym cmentarzu nie byłoby dobre, bo on już należy do grona bohaterów ogólnonarodowych.

Zachowały się jakieś rzeczy, pamiątki po poruczniku?

– Nic. Nie wiem, czy dziadkowie je gdzieś pochowali, czy zniszczyli, ale nie mamy żadnych pamiątek po nim, nad czym ubolewam. Nawet zdjęć, bo te, które mamy, były w posiadaniu innych żołnierzy. Nie byli tak tropieni i prześladowani, więc jakoś u nich te zdjęcia przetrwały. W rodzinie były tylko zdjęcia „Mundka” z czasów jego dzieciństwa, ale też ostatecznie gdzieś przepadły.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj