były szef BOR gen. Marian Janicki i pułkownik BOR Paweł Bielawny. (fot.PAP)

Po Euro

Z Pawłem Ciszkowskim*, funkcjonariuszem Biura Ochrony Rządu w służbie czynnej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Dlaczego zwrócił się Pan z prośbą o rozmowę z „Naszym Dziennikiem”?
– Bo funkcjonariusze mają już dość nagromadzenia nieprawidłowości, jakie panują w BOR. Przede wszystkim, skąd biorą się problemy z etyką i niesubordynacją w BOR? To kwestia polityki ludzkiej w sporym procencie nastawionej na przyjmowanie ludzi z tzw. polecenia ważnych osób mogących przydać się w przyszłości obecnemu szefostwu tej instytucji. Przykładem może być przyjęty zięć jednego z wiceministrów. Chłopak nie był w stanie przejść egzaminów fizycznych i zwyczajnie ich nie zdał. Wyszedł z sali, a po chwili funkcjonariusz z oddziału szkolenia odebrał telefon, wyprosił wszystkich z sali gimnastycznej i chłop miał indywidualny egzamin. I raptem zdał, co potwierdził funkcjonariusz zajmujący się egzaminowaniem. Mało tego, po paru miesiącach służby dostał się na kurs oficerski, na który nie mogli dostać się doświadczeni funkcjonariusze z grup ochronnych z wieloletnim stażem, z ochrony premiera czy prezydenta. Jak twierdzą jego koledzy, gość do niczego się nie nadaje na stanowisku oficera i siedzi na obiekcie.

To prawda, że zdarza się, iż to nie szef BOR, lecz osoba ochraniana wybiera funkcjonariusza do ochrony?
– Tak. Dobór osób do ochrony osobistej to kolejna paranoja. Są przypadki, że to VIP wybiera sobie oficera ochrony, bo mu się podoba, lub dlatego, że to syn jego kolegi. Przykładem może być oficer ochrony ważnego ministra, który został wzięty na polecenie VIP-a z posterunku zewnętrznego. Chłopak ma zero wyszkolenia, obycia, znajomości zasad itd., ale szef BOR nie ma odwagi powiedzieć „nie”. Częstym paradoksem jest także fakt, że na placówki wojenne latają dowódcy, którzy nigdy wcześniej nie byli na takiej placówce. Prawdziwym asem był pewien pułkownik, którego przełożeni musieli zdjąć ze stanowiska dowódcy i zastąpić go młodym oficerem (ten swoją operatywnością i wielkim sercem oraz nieocenionym doświadczeniem uratował honor BOR), gdyż pan pułkownik bardziej interesował się fotografowaniem i filmowaniem tras przejazdu i nie potrafił podjąć żadnych decyzji. Mamy tu przykład wersji „róbta, co chceta”. Po powrocie zrobiono mu jakieś kosmetyczne postępowanie i dano ciepłą, bezpieczną posadkę, a dzieci z jego szkoły sztuk walki mogły słuchać opowieści, jak szukał i widział Osamę bin Ladena.

Ostatnio w Kabulu jeden z oficerów BOR dostał ciężkiej zakrzepicy żył i w stanie zagrażającym życiu trafił do szpitala w Ramstein w Niemczech. Czy na placówkę wojenną może polecieć funkcjonariusz, który już w Polsce ma jakieś kłopoty ze zdrowiem?
– Nie. Słyszałem jednak od osoby związanej z logistyką, że w ostatnim czasie grupa funkcjonariuszy BOR do wylotu na placówki wojenne przeszła komisję lekarską i wszystkich dopuszczono. Jednego z nich zaniepokoiły jednak pewne wyniki, zaczął prywatny, w pełni płatny cykl badań. Efektem dociekań jest potwierdzenie ciężkiego schorzenia ważnego organu, który już po paru dniach, może tygodniach pobytu w tamtym bardzo ciepłym klimacie mógłby doprowadzić do śmierci. Ciekawe, co na to szef służby zdrowia? Były przypadki funkcjonariuszy, którzy na wyloty w tropiki lecieli na przykład bez butów, ponieważ akurat nie było ich rozmiaru w magazynie, a firma przez blisko dwa miesiące nie była w stanie sprowadzić odpowiedniego rozmiaru. Funkcjonariusze za własne pieniądze musieli kupować tę niezbędną część umundurowania.

Przykład Budy Ruskiej, w której dwóch funkcjonariuszy BOR uderzyło po pijanemu samochodem w drzewo, jest odosobniony?
– Niestety, jest to szerszy problem. Do Budy Ruskiej funkcjonariusze jeżdżą na zmiany, mieszkają w hoteliku przy stadninie koni. Tajemnicą poliszynela jest, że są wśród nich osoby sporo i często pijące alkohol, dopiero wypadek samochodu terenowego BOR pokazał plagę tego, o czym w tym rejonie jest głośno od dawna. BOR to grupa niekontrolowanych imprezowiczów. Osoba, która bywała tam służbowo, twierdzi, że nie ma tam kontroli, mają jak u Pana Boga za piecem, czy są na służbie, tzw. szychcie, czy po. Tak czy inaczej są na służbie i mają broń przy sobie, bo nie ma tam szafy pancernej czy sejfu na depozyt. Pijany kierowca po wypadku uciekł z miejsca zdarzenia i ukrywał się w lesie przez parę godzin z bronią. Po blisko trzech godzinach poinformowano centralę i wybuchła wielka panika. Po odnalezieniu i przewiezieniu na policję funkcjonariusze odmówili poddania się obowiązkowym w takim wypadku badaniom na zawartość alkoholu. Dopiero obecność prokuratora z Sejn ostudziła ich agresję w stosunku do funkcjonariuszy policji, którzy starali się bez skutku odebrać im broń służbową, którą przy sobie posiadali. Takie zachowanie to już skrajna nieodpowiedzialność, ale właśnie takie osoby obecnie trafiają do służby. Parę miesięcy temu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie premier miał spotkanie z funkcjonariuszami ze swojej grupy, w przypływie fantazji dwóch z nich uruchomiło wielką gaśnicę na korytarzu, zaścielając wielki dywan białym proszkiem. Obaj zostali natychmiast usunięci z grupy, niesmak jednak pozostał, a dobra opinia o BOR spadła o 50 procent. Także ci dwaj funkcjonariusze z Budy Ruskiej, o czym poinformował minister Cichocki, zostali dyscyplinarnie usunięci z Biura, w którym służyli ponad 10 lat. Zdaniem ministra, reakcja władz BOR „bardzo bezwzględna wtedy, gdy pojawia się alkohol”, świadczy o tym, że procedury w BOR są przestrzegane. Pominę to milczeniem.

Dlaczego?
– Bo te procedury nie są przestrzegane. Ostatnie wydarzenia z Budy Ruskiej to nie pierwsze problemy z alkoholem funkcjonariuszy BOR podczas wykonywania obowiązków służbowych. Przykładem śmiertelny wypadek kierowcy generała Jaruzelskiego na Mazurach w grudniu 2007 roku. Jechał z kucharzem, był zwyczajnie pijany. Także podczas ubiegłorocznej prezydencji kierowcy BOR przyjechali w miejsce zbiórki służbowymi samochodami, gdzie zostali poddani badaniom na zawartość alkoholu. Kilku z nich zostało wycofanych z operacji z uwagi na fakt, że byli pod wpływem alkoholu, posiadali przy sobie broń i kierowali pojazdami. Dlaczego nie została powiadomiona prokuratura? Inny przykład. W ambasadzie w Izraelu w ubiegłym roku dwie lub jedna funkcjonariuszka BOR dopuściły się przestępstwa gospodarczego. Kupowały alkohol w strefie wolnocłowej i sprzedawały na mieście, na terenie ambasady RP. Wódka szła jak woda, zarabiały krocie. Janicki sztucznie kryje występki podwładnych, łatwiej wtedy zabłysnąć na salonach i brylować wśród ważnych osobistości jako szef BOR.

Chce Pan powiedzieć, że dla gen. Mariana Janickiego bardziej liczą się zaszczyty niż dobro formacji?
– Mecz Euro 2012 pokazał, jak małą funkcję odgrywa BOR i jak mały ma wpływ na kwestie bezpieczeństwa na stadionach. Generał Janicki osobiście, niczym gospodarz wieczoru, witał VIP-ów na Stadionie Narodowym, zamiast zająć się ewentualnie sprawdzeniem posterunków. Ważne, żeby się pokazać VIP-om. Głupio mu się zrobiło, gdy funkcjonariusze BOR musieli opuścić swoich VIP-ów po wejściu do loży, gdyż oficerowie ochrony nie posiadali stosownych przepustek, a stewardzi UEFA byli nieugięci i odpowiedzieli, cytuję: „A co nas interesuje, że jesteście z BOR”. Słysząc to, Janicki spuścił głowę i poszedł do loży. Powoli w firmie mówi się o odejściu generała Janickiego i o przejęciu jego stanowiska przez jego zastępcę, generała logistyki Jerzego Matusika. Jak twierdzą funkcjonariusze, to niczego nie zmienia, gdyż polityka firmy będzie kontynuacją obecnej patologii. Szkoda, bo to elitarna formacja w swojej dziedzinie, z wieloma profesjonalistami, pasjonatami, chętnymi do wielkich poświęceń. Często nie są za to nagradzani, a nawet wszczyna się przeciwko nim postępowanie pod byle jakim pretekstem.

Powiedział Pan, że w BOR dochodzi do patologii. Jakich?
– Wielkim skandalem, o którym w ogóle się nie mówi, jest tzw. podwójny grafik w jednym z elitarnych oddziałów BOR. Szef tego oddziału, zaufany generała Pawła Bielawnego, tzw. ciekawe roboty (czytaj: medialne delegacje) rozdziela między swoich kolegów, a nocki w hotelach daje osobom, których – delikatnie mówiąc – nie lubi, w ogóle nie biorąc pod uwagę ich doświadczenia i zaangażowania w służbę. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że szef tego oddziału od lat stoi na bramkach w klubach, dyskotekach, jest bardzo łasy na awanse i pieniądze, głodny kariery. Za jego czasów, gdy dowodził w Kabulu, wraz ze swoim zaufanym kierowcą dokonywał dziwnych, częstych napraw samochodów, jednak nikt nie widział starych, zużytych, wymienionych części, tj. półosi, kompresorów klimatyzacji, filtrów powietrza itd. Mimo to wystawiane były spore rachunki, za które płaciło BOR. Firmę jednak zastanowiły te kwoty do tego stopnia, że polecieli tam oficerowie z garaży w celu sprawdzenia. Ten proceder zapoczątkował poprzedni dowódca, który zasłynął przemytem papierosów w Londynie, choć szefostwo BOR znało już poprzednią sprawę. Słyszałem, że jeden z funkcjonariuszy żalił się też, że na tzw. kursie wojennym tylko dwa razy strzelał z broni długiej, ponieważ strzelnica w Raduczu nie spełnia warunków bezpieczeństwa. Mimo to po cichu instruktorzy pozwalają strzelać po opadach deszczu, gdy nie ma zagrożenia pożarem okolicznych lasów, co potwierdzają tamtejsi mieszkańcy. Mało kto zdaje sobie sprawę, że gen. Janicki to mały szef upadającej instytucji, gdzie funkcjonariusze zarabiają nędzne pieniądze. Od wielu lat nie było żadnej podwyżki, a ceny rosną.

Dziękuję za rozmowę.


*Imię i nazwisko funkcjonariusza BOR zostały zmienione.

drukuj