D. Kowalski o przesłaniu „Zerwanego kłosa”: Prawdziwa miłość i wolność mają swoją cenę

Rozmowa z Dariuszem Kowalskim, odtwórcą roli ojca Karoliny Kózkówny, w filmie pt. „Zerwany kłos”.

Jak odnalazł się Pan w roli ojca Karoliny Kózkówny i jak się Pan do tej roli przygotowywał?

Może zacznę od tego, jak się tam znalazłem. Kiedyś, jadąc na Podkarpacie bocznymi drogami – tak GPS poprowadził – zobaczyłem drogowskaz: „Zabawa”. Powiedziałem: „To jest Zabawa, tam jest błogosławiona Karolina, pojedźmy tam”. To było lata temu. Kiedy powiedziałem o tym reżyserowi on powiedział: „ Coś podobnego, muszę i ja tam pojechać”. A jak się odnalazłem w roli ojca błogosławionej Karoliny? Myślę, że odpowiedzią na to jest to, co widać na ekranie. Ja raczej wypowiadam się czyimś tekstem, wypowiadam się jako aktor. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby widz wszedł w tę historię i uwierzył temu ojcu, i żeby to było wiarygodne. Na tym polega moja praca. Jak się przygotowywałem? Czytałem historię Karoliny, czytałem na jej temat, prowadziliśmy rozmowy z reżyserem, na temat postawy ojca błogosławionej. Tak naprawdę niewiele wiemy, jak to się rozegrało. Ten kluczowy moment, kiedy on ją zostawił z tym żołnierzem, był dla nas zagadką. To do dzisiaj pozostało tajemnicą: co kierowało tym człowiekiem? I to było dla mnie prawdziwe zadanie, żeby sobie z tym poradzić i poradziliśmy sobie z tym wspólnie z Olą, z Panem Witoldem. To było chyba najważniejsze. Najważniejsza sprawa w tym filmie, żeby pomyśleć o tym człowieku, który ma rodzinę, który ma jeszcze więcej dzieci, który widzi, co się z córką za chwilę pewnie stanie. Cóż, żołnierz groził mu bronią, co mógł zrobić? To było najważniejsze pytanie, które „wisiało” cały czas nad tą postacią, podczas naszej pracy. Jaki jest efekt, to widzimy. Nie chcę na ten temat mówić, ale muszę przyznać, że to było coś, co spędzało nam sen z powiek.

Premiera już za nami, jakie ma Pan pierwsze wrażenia?

Jest film. Ludzie oglądają, podchodzą, gratulują. Mówią, że się wzruszyli, to jest najważniejsze. Nie mam jeszcze dystansu do tego filmu. Widziałem go po raz pierwszy, ale jest parę scen, które zostają w pamięci. Mam nadzieję, że ten film nie pozostawia widza obojętnym. Jest szansa, że widz siebie umieści w tej historii. To jest film, który jest rodzajem nie tylko opowieści, ale pewnej przypowieści. I to jest najważniejsze.

Czy film o takich wartościach jest dziś potrzebny?

Filmy o wartościach są zawsze potrzebne, bo życie bez wartości nie ma sensu. Giorgio Frassati powiedział, że w życiu musimy o coś walczyć. Papież Franciszek w czasie Światowych Dni Młodzieży mówił, że życie nie ma sensu bez walki. Myślę, że dla młodych ludzi to jest szansa, żeby postawić siebie w sytuacji człowieka, w tym wypadku tej dziewczyny, która toczyła walkę o siebie samą, o sens życia. Życie bez walki nie ma kompletnie sensu. Młody człowiek chce w życiu walczyć, chce sensu, aż do bólu, miłości prawdziwej, która potrafi czy musi boleć, kosztować. Tak jak w zawodzie aktora. Jedna z moich profesorek mówiła, że „to wszystko musi kosztować”. Jeśli coś nie kosztuje, to jest tanie. A jak coś jest tanie, to jest dla wszystkich. Musi kosztować, bo moje życie jest dla mnie najważniejsze i muszę je przeżyć tak, żeby ono miało sens, ale to nie znaczy, że mam się unosić i być unoszonym gdzieś nie wiadomo dokąd. Mam nadzieję, że ten film niesie ze sobą przesłanie, że wszystko ma swoją cenę. Prawdziwa miłość, wolność ma swoją cenę, którą trzeba w pewnym momencie zapłacić. Dokonując wyborów, z czegoś zawsze rezygnujemy. I do takich refleksji ten film pobudza, i mam nadzieję, że to będzie tak działać na widza.

Jak wyglądała współpraca ze studentami na planie filmu?

Fantastycznie. To ludzie pełni entuzjazmu, pełni wielkich chęci. Z dnia na dzień było coraz lepiej, jakoś się docieraliśmy, ale przede wszystkim czułem się bardzo dobrze. Znosili nasze aktorskie histerie, chociaż to chyba za dużo powiedziane. Aktor jest jak dziecko w przedszkolu, ponieważ my pracujemy na emocjach i czasami pewne rzeczy trzeba zrozumieć. Czasem tłumaczyłem: „proszę traktujcie nas jak małe dzieci”, bo inaczej się nie da, ale czuło się, że wszyscy bardzo chcą, wszyscy pracują na efekt i każdy, kto tam był obecny, robił wszystko najlepiej jak potrafił. Była bardzo dobra atmosfera. Byłem w dobrym towarzystwie miłych, kulturalnych, radosnych ludzi, nie dających się zrazić byle czym, jakimiś trudnościami, kłopotami i to był dla mnie bardzo miły czas.

Bardzo zachęcam do obejrzenia filmu „Zerwany kłos”. To jest opowieść o walce człowieka o swoją godność, to jest historia o prawdziwym życiu. Naprawdę warto ją zobaczyć. Zapraszam.

RIRM

drukuj