fot. PAP/EPA

Ekstraklasa – peryferia solidnej piłki

Pucharowe mecze polskich drużyn zweryfikowały siłę naszej ligi. Jagiellonia, Lech i Legia nie podołały wyzwaniu, jakie napotkały już w trzeciej rundzie eliminacji do Ligi Europy. W Ekstraklasie niezmiennie jednak królują. Taka sytuacja pokazuje tylko, w jakim miejscu znajdują się obecne rozgrywki. I nie, nie są to salony. Bliżej nam do upadku z urwiska. Niestety.


Ubiegłotygodniowe starcia polskich drużyn w europejskich pucharach obnażyły ich wszelkie słabości. Różnicy klas między Jagiellonią, Lechem a topowymi belgijskimi klubami można się było spodziewać. Przepaść finansowa jest ogromna, a i doświadczeniem Belgowie zdecydowanie górowali. Genk, przed dwoma laty, nieznacznie uległo Celcie Vigo w ćwierćfinale Ligi Europy, eliminując w 1/8 właśnie Gent. To etap rozgrywek, który na tę chwilę nie znajduje się nawet w strefie marzeń naszych drużyn.

Zdecydowanie łatwiejsze zadanie stało przed Legią Warszawa. Wojskowym na drodze stanął mistrz Luksemburga. Ale i to okazało się przeszkodą nie do pokonania. Odpadnięcie mistrza kraju z Dudelange było podsumowaniem tego, jak polskie „potęgi” zaprezentowały się w tym sezonie europejskich rozgrywek.

O słabości reszty ligi i marnym poziomie sportowym najlepszych polskich klubów dobitnie świadczy początek nowego sezonu Ekstraklasy. Po pięciu kolejkach na szczycie tabeli figurują Jagiellonia i Lech, a Legię od podium dzieli jedynie Lechia Gdańsk. Odpadnięcie w zaledwie trzeciej rundzie eliminacji do Ligi Europy, czyli wstępu do jakiegokolwiek poważniejszego grania w Europie, nie przeszkadza naszym drużynom eksportowym bić wszystkich na własnym podwórku.

Trawiona zewsząd kryzysem Legia, która problemy z pokazaniem zdecydowanej wyższości miała już poniekąd w starciu z irlandzkim Cork City (wymęczone 1:0 na wyjeździe zostało nieco przyćmione przez 3:0 u siebie), nie wytrzymała naporu Słowaków i Luksemburczyków. Na międzynarodowej arenie szybko uwypukliły się najważniejsze problemy – fatalna atmosfera, brak trenera odpowiedniego do wprowadzenia mistrzów Polski na odpowiedni poziom, nietrafiona taktyka z trzema obrońcami, w której piłkarze absolutnie się nie odnajdywali, a nawet twierdzili, że czują się źle, co po meczu ze Spartakiem Trnawa w Warszawie otwarcie przyznał Miroslav Radović.

Z boiska bił też chwilami brak ambicji i zaangażowania w grę. Bo jak inaczej nazwać fakt, że kiedy rywal jest już w okolicy „szesnastki”, grający na pozycji wahadłowego Michał Kucharczyk dopiero zbiera się do powrotu w okolicy środka boiska? Można byłoby zrzucić to na karb przygotowania fizycznego, ale „Kuchy” podobnie wyglądał na tle Irlandczyków i Słowaków, a zatem drużyny słabej i – przynajmniej teoretycznie – nieznacznie lepszej. Niezależnie od klasy przeciwnika nie dawał więc tyle, ile powinien, bo jako wahadłowy nie był odpowiedzialny jedynie za robienie wiatru z przodu, ale też łatanie dziur w defensywie. Nie inaczej prezentuje się również w lidze…

 

Słabe wyniki w Europie przełożyły się na jeszcze bardziej napiętą sytuację wokół klubu i zapowiadające się problemy finansowe. Budżet planowany z założeniem o awansie do Ligi Europy w każdym sezonie musi bowiem odczuć jego brak dwa lata z rzędu. A pogromcami Legii w tym czasie okazywały się „tuzy” światowej i europejskiej piłki pod postacią mołdawskiego Sheriffa Tyraspol i luksemburskiego Dudelange.

I właśnie ta targana kolejnymi sztormami łódź spokojnie dobija do ligowej czołówki. Po porażce w pierwszej kolejce Legia zdobyła bowiem 10 punktów, co pozwala jej po pięciu kolejkach dystansować większość stawki. Uroku całej sytuacji dodaje fakt, że jednym z głównych bohaterów ostatnich dni był Artur Jędrzejczyk (gol z na 1:0 z Piastem Gliwice i – również na 1:0 – z Zagłębiem Sosnowiec). Ten sam Jędrzejczyk, którego klub nawet nie zgłosił do europejskich pucharów ze względu na chęć sprzedania go za wszelką cenę.

Nie inaczej wygląda to w Poznaniu i Białymstoku. Jagiellonia, która jako jedyna podjęła rękawice (i tak będąc bez większych szans w starciu z Gent), notuje właśnie serię czterech wygranych meczów. Po wpadce z Lechią u progu sezonu w 360 minut straciła zaledwie jednego gola i tylko mniejszą liczbą trafień ustępuje liderującemu Lechowi. Zawodnicy, którzy nie mieli podjazdu do piłkarzy z Belgii nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki za sprawą słabości rywali wybijają się na czoło walczących, paradoksalnie, o możliwość gry w europejskich pucharach drużyn.

Podobnie jak Jagiellonia 12 oczek na koncie miał Lech, który dopiero w 5. serii gier znalazł lepszego od siebie. Wisła Kraków wypunktowała wszelkie błędy Kolejorza w grze obronnej, więc nie potrzeba tu nawet europejskiego średniaka, ale po prostu kogoś, kto będzie w stanie zachować koncentrację i pokazać minimum umiejętności w momencie, gdy poznaniacy okażą słabość. Nie potrafili wykorzystać tego piłkarze Gandzasaru (Lech uratował się w doliczonym czasie gry) i Szachtiora Soligorsk (awans po dogrywce), ale nieco więcej jakości – jak w przypadku Genk – lub nieco więcej ambicji i chęci pokazania się na tle mocniejszego rywala okazuje się w pełni wystarczającą bronią.

Dodatkowo wszystkie trzy drużyny notują najlepszy od pięciu sezonów ligowy start. Lech wywalczył do tej pory 12 punktów, podczas gdy w poprzednich latach było to odpowiednio 8, 4, 4, 8 i 6. Jagiellonia może pochwalić się takim samym dorobkiem, a w ostatnich pięciu latach po pięciu meczach mogła takim: 12, 10, 9, 7, 7. Legia również lepiej weszła w tegoroczne rozgrywki. 10 punktów jest wyrównaniem dorobku z dwóch najlepszych sezonów w ostatnich pięciu latach – 7, 6, 10, 10, 9.

Po pięciu kolejkach czołówka Ekstraklasy wygląda zatem tak:

źródło: www.flashscore.pl

A wnioski, jakie płyną z tego obrazu, nie napawają optymizmem. Największe polskie kluby coraz gorzej radzą sobie w Europie, odjeżdżając jednocześnie reszcie ligowców. W dłuższej perspektywie możemy się więc emocjonować Legią, Lechem i Jagiellonią w lidze i tą samą trójką do połowy sierpnia w europejskich pucharach.

Wojciech Heron/Sport.RIRM

drukuj