Streszczenia wykładów z III Międzynarodowego Kongresu „Katolicy i Polityka”

 

Kardynał
Zenon Grocholewski (Rzym)


Kościół katolicki a polityka

Pragnę skierować bardzo serdeczne pozdrowienie do Organizatorów, Prelegentów
i wszystkich Uczestników obecnego Sympozjum, poświęconego tematowi o bardzo
żywotnym znaczeniu w perspektywie dobra wspólnego, które w gruncie rzeczy
zmierza do zapewnienia dobra każdej osobie ludzkiej. W dzisiejszych
społecznościach panuje zamieszanie gdy chodzi o spojrzenie na politykę i w
związku z tym także poważne zagrożenie dobra wspólnego i prawdziwego dobra osoby
ludzkiej ze strony uprawiających politykę.

 

 

To zamieszanie udziela się także katolikom do tego stopnia, że Kongregacja
Nauki Wiary, którą wówczas kierował kard. Józef Ratzinger, obecny Następca św.
Piotra, uznała za wskazane opublikowanie w 2002 r. Noty doktrynalnej o
niektórych aspektach działalności i postępowania katolików w życiu politycznym .
Ta Nota, przed opublikowaniem, została zatwierdzona przez tak bardzo nam
drogiego Sługę Bożego Jana Pawła II. Jest ona skierowana "do Biskupów Kościoła
katolickiego oraz – w szczególny sposób – do polityków katolickich i wszystkich
wiernych świeckich powołanych do udziału w życiu publicznym i politycznym
demokratycznych społeczeństw".

 

 

 

Mając na uwadze bogaty wachlarz problemów, które zostaną przedstawione na
obecnym Kongresie, przez znakomitych prelegentów w wymiarze międzynarodowym,
właśnie na temat szans i zagrożeń gdy chodzi o rolę katolików w polityce, uważam
za stosowne w moim krótkim wystąpieniu, o charakterze wstępnym, zwrócić uwagę na
wspomniany dokument, o niewątpliwie dużym ciężarze gatunkowym w aspekcie
doktrynalnym, wskazując na jego podstawowe stwierdzenia. W nich bowiem jest
ukazana postawa, dzięki której wierni mogą naprawdę przyczynić się do dobra
wspólnego, a której brak stwarza poważne zagrożenia w perspektywie
polityczno-społecznej.

I. Niezmienne nauczanie Kościoła

Po stwierdzeniu pozytywnego udziału wiernych w działalności politycznej i
sprawowaniu rządów na przestrzeni całej historii, Kongregacja Nauki Wiary
wskazuje na konkretny przykład św. Tomasza Morusa, którego Jan Paweł II, dwa
lata wcześniej (31 października 2000 r.) ogłosił "Patronem Rządzących i
Polityków" . Ten Święty bowiem "potrafił świadczyć o "niezbywalnej godności
sumienia" nawet za cenę męczeństwa. Choć poddawany był różnym formom nacisku
psychicznego, nie zgodził się na żaden kompromis, lecz dochowując "niezłomnej
wierności prawowitym władzom i instytucjom", która go wyróżniała, swoim życiem i
śmiercią potwierdził, że "człowiek nie może oderwać się od Boga ani polityka od
moralności"" (n. Ia).
Na tle niezmiennej postawy Kościoła w tej dziedzinie, została przypomniana
doktryna Soboru Watykańskiego II, oraz niedwuznaczne zdanie Sługi Bożego Jana
Pawła II: "świeccy [katolicy] nie mogą rezygnować z udziału w "polityce", czyli
w różnego rodzaju działalności gospodarczej, społecznej i prawodawczej, która w
sposób organiczny służy wzrastaniu wspólnego dobra (Adhort. Ap. Christifideles
laici, 42)" (n. Ic).

II. Nienaruszalność podstawowych zasad etycznych

1. Gdy chodzi o aktualną rzeczywistość, Nota Kongregacji Nauki Wiary w pierwszym
rzędzie zauważa: "Pewne nurty występujące w kulturze chciałyby nadać
niebezpieczny kierunek ewolucji prawodawstwa i w konsekwencji także postępowania
przyszłych pokoleń" (n. 1a). Chodzi o pewnego rodzaju relatywizm kulturowy,
starający się uzasadnić i bronić pluralizmu etycznego, jakoby on był warunkiem
demokracji. W konsekwencji "z jednej strony obywatele domagają się uznania
całkowitej autonomii swoich wyborów moralnych, z drugiej zaś ustawodawcy
uważają, że wyrazem poszanowania tej wolności wyboru jest tworzenie praw nie
liczących się z zasadami etyki naturalnej i ulegają przemijającym tendencjom
kulturowym i moralnym […] Jednocześnie żąda się od znacznej części obywateli,
w tym także od katolików, aby w imię opacznie rozumianej tolerancji rezygnowali
z uczestniczenia w życiu społecznym i politycznym swoich krajów w sposób zgodny
z [ich] wizją człowieka i dobra wspólnego" (n. 1b). Dokument zauważa: "Historia
XX wieku jest wystarczającym dowodem na to, ze słuszność mają ci obywatele,
którzy są przekonani o całkowitej błędności relatywistycznej tezy, negującej
istnienie normy moralnej zakorzenionej w samej naturze istoty ludzkiej, wedle
której należy oceniać każdą wizję człowieka, dobra wspólnego i państwa" (tamże).

"Wolność polityczna nie jest i nie może być oparta na relatywistycznej tezie, że
wszystkie wizje dobra człowieka są równie prawdziwe i mają taką samą wartość,
ale winna opierać się na fakcie, że wszelka działalność polityczna zmierza
zawsze do bardzo konkretnej realizacji prawdziwego dobra człowieka i dobra
społecznego" w ściśle określonych warunkach. Chrześcijanin więc musi "wyrażać
sprzeciw wobec koncepcji pluralizmu opartej na relatywizmie moralnym, która
szkodzi samej demokracji, ta bowiem potrzebuje prawdziwych i solidnych podwalin,
to znaczy zasad etycznych, które ze względu na swą naturę i rolę, jaką pełnią w
życiu społecznym, nie mogą być przedmiotem "negocjacji"" (n. 2a).
Oczywiście, często jest wiele moralnie dopuszczalnych sposobów realizacji tej
samej wartości, czyli wiele możliwych wizji i rozwiązań, do których nie można
mieć zastrzeżeń moralnych. Stąd możliwość istnienia różnych partii, w których
katolicy mogą podejmować działalność, aby wypełnić swoje prawo i obowiązek w
kształtowaniu życia publicznego kraju i przyczynianiu się do integralnego
postępu człowieka i dobra wspólnego. "Tej oczywistej konstatacji nie wolno
jednak mylić z bezkrytycznym pluralizmem w wyborze zasad moralnych i
podstawowych wartości, które mają stanowić punkt odniesienia" (n. 2a).

2. Idąc po tej linii, "Kościół ma świadomość, że demokracja […] jest możliwa
tylko w takiej mierze, w jakiej opiera się na prawidłowej wizji osoby. W
odniesieniu do tej zasady katolicy nie mogą zgodzić się na żaden kompromis, w
przeciwnym bowiem razie zanikałoby w świecie świadectwo chrześcijańskiej wiary
oraz jedność i wewnętrzna integralność samych wiernych". Jak naucza Sobór
Watykański II, "ochrona praw osoby jest […] niezbędnym warunkiem tego, aby
obywatele, tak indywidualnie, jak i stowarzyszeni, mogli brać udział w życiu
państwa i w aktywnym kierowaniu nim (Gaudium et spes, 73)" (n. 2c).

3. Mając przed oczyma powyższe zasady, nie trudno nie dostrzec wiele inicjatyw
ustawodawczych, przy podejmowaniu których nie bierze się pod uwagę podstawowych
zasad etycznych. Często "próbuje się podważać zasadę nienaruszalności ludzkiego
życia. Katolicy mają w tej sytuacji prawo i obowiązek zabierać głos, aby na nowo
uświadomić wszystkim najgłębszy sens życia i odpowiedzialność, jaką za nie
ponoszą. Jan Paweł II, w duchu niezmiennego nauczania Kościoła, wielokrotnie
przypominał, że na wszystkich, którzy bezpośrednio uczestniczą w ciałach
ustawodawczych, spoczywa "konkretna powinność przeciwstawienia się"
jakiejkolwiek ustawie stanowiącej zagrożenie dla ludzkiego życia. Obowiązuje ich
– tak jak każdego katolika – zakaz uczestnictwa w kampaniach propagandowych na
rzecz tego rodzaju ustaw, nikomu też nie wolno ich popierać oddając na nie głos"
(n. 3a).
W tym kontekście dokument zauważa, "że właściwie ukształtowane sumienie
chrześcijańskie nie pozwala nikomu przyczyniać się […] do realizacji programu
politycznego lub konkretnej ustawy, które podważają podstawowe zasady wiary i
moralności przez propozycje alternatywne wobec tych zasad lub z nimi sprzeczne.
Jako że wiara stanowi niepodzielną jedność, jest logiczne, że skupianie się
wyłącznie na jednej z zasad wiary, przyniosłoby szkodę całości katolickiego
nauczania. Uwzględnianie w działalności politycznej jednego wybranego aspektu
nauki społecznej Kościoła nie wystarcza, aby wywiązać się w pełni z
odpowiedzialności za dobro wspólne" (n. 3b).
Zwracając uwagę na istnienie zasad moralnych, "które nie mogą być uchylone, nie
dopuszczają wyjątków ani żadnych kompromisów" i wobec których "zadanie katolików
staje się szczególnie ważne i odpowiedzialne", jako "że w grę wchodzi sama
istota ładu moralnego, od którego zależy integralne dobro ludzkiej osoby", Nota
Kongregacji Nauki Wiary, oprócz wspomnianego już podstawowego prawo do życia od
chwili poczęcia aż po jego naturalny kres (a więc odrzuucenie aborcji, eutanazji
oraz manipulacji ludzkim embrionem), wymienia przykładowo ochronę następujących
innych wartości: pojęcia rodziny opartej na monogamicznym małżeństwie osób
przeciwnej płci (a więc niedopuszczalność prób prawnego zrównania z rodziną
innych form współżycia), prawa rodziców do wychowaniu swoich dzieci (narażone
przez prawne narzucanie wychowania niezgodnego z przekonaniami rodziców),
ochrony społecznej nieletnich i wyzwolenie tych, którzy ulegli współczesnym
formom niewolnictwa (jak np. narkomania lub zmuszanie do prostytucji), prawa do
wolności religijnej, troski o właściwy rozwój gospodarczy ("służący człowiekowi
i dobru wspólnemu, respektujący nakazy sprawiedliwości społecznej i ludzkiej
solidarności oraz zasadę pomocniczości, wedle której prawa wszystkich osób,
rodzin i grup społecznych oraz ich realizacja powinny być uznawane"), pokoju
jako "dzieła sprawiedliwości i owocu miłości" (czyli radykalne i absolutne
odrzucenie przemocy i terroryzmu) (n. 3c).

III. Laickość i pluralizm

1. Omawiany dokument rozpatruje też problem tzw. laickości i pluralizmu.
Podstawowe twierdzenie w tym przedmiocie brzmi: "nikomu z ludzi wierzących nie
wolno powoływać się na zasadę pluralizmu i autonomii świeckich w dziedzinie
polityki, aby popierać rozwiązania, które przekreślają lub podważają zasady
etyczne o fundamentalnym znaczeniu dla dobra wspólnego społeczeństwa" (n. 4).

Kongregacja odpowiednio wyjaśnia, że mówiąc o tych fundamentalnych zasadach
etycznych, "nie chodzi tu w istocie rzeczy o "wartości wynikające z wyznawanej
wiary", ponieważ te zasady etyczne zakorzenione są w samej naturze człowieka i
stanowią część naturalnego prawa moralnego. […] Skądinąd nie można zaprzeczyć,
że polityka musi odwoływać się również do zasad o absolutnym znaczeniu, właśnie
dlatego, że służą godności człowieka i prawdziwemu postępowi ludzkości" (n. 4).

Komentując ten dokument zauważono: "Demokracja ze swej natury, z jednej strony,
musi być zawsze ideologicznie neutralną; z drugiej zaś strony, nie może nigdy
być neutralną z punktu widzenia wartości […] Indyferentyzm, gdy chodzi o
wartości, doprowadzony do szczytu nie jest przeto warunkiem idealnym demokracji,
lecz jej śmiercią" .
W związku z tym Nota Kongregacji wyjaśnia często przywoływaną zasadę laickości,
"która jakoby winna przyświecać działalności katolików". Wszyscy dobrze wiemy,
że "zgodnie z katolicką doktryną moralną, laickość pojmowana jako autonomia
sfery obywatelskiej i politycznej w stosunku do sfery religijnej i kościelnej
[…] jest wartością przyswojoną już i uznaną przez Kościół, należącą do
dziedzictwa wypracowanego przez cywilizację (zob. Gaudium et spes, 76). Jan
Paweł II wielokrotnie przestrzegał przed niebezpieczeństwami, jakie stwarza
jakakolwiek forma mieszania sfery religii i sfery polityki". Co więcej,
zauważył, że "utożsamienie prawa religijnego z prawem państwowym może prowadzić
do całkowitego zniesienia wolności religijnej, a nawet ograniczyć czy
zlikwidować inne niezbywalne prawa ludzkie (Orędzie na światowy Dzień Pokoju,
1991)". "Wszyscy wierzący są w pełni świadomi, że sprawy ściśle religijne
(wyznawanie wiary, akty kultu i sprawowanie sakramentów, uprawianie nauk
teologicznych, wzajemne relacje miedzy władzami kościelnymi i wiernymi itp.) nie
leżą w gestii państwa, które nie może w nie ingerować, nie wolno mu też w żaden
sposób ich nakazywać lub zakazywać, chyba że ze względu na uzasadnione wymogi
porządku publicznego" (n. 5a).
Inną sprawą jest natomiast problem moralny. Laickość nie może być pojmowana jako
autonomia "w odniesieniu do zasad moralnych" (n. 5a). "Katolicy – podobnie
zresztą jak wszyscy pozostali obywatele – mają prawo i zarazem obowiązek
uczciwie poszukiwać prawdy, krzewić prawdy moralne dotyczące życia społecznego,
sprawiedliwości, wolności, poszanowania życia oraz innych praw człowieka, i
bronić ich dozwolonymi środkami. Fakt, że niektóre z tych prawd są też nauczane
przez Kościół, nie umniejsza społecznej prawomocności i "laickiego" charakteru
działalności tych, którzy się z nimi utożsamiają, niezależnie od tego, w jakiej
mierze uznanie tych prawd przez każdego poszczególnego obywatela jest owocem
racjonalnej refleksji i przekonania płynącego z wiary" (n. 5b).

2. Z tą problematyką łączy się ściśle problem sumienia. Nota przypomina "moralny
obowiązek wierności przekonaniom, obowiązek wpisany w sumienie wiernych, które
jest jedno i niepodzielne". W jednakowy sposób obowiązuje ono we wszystkich
wymiarach życia, zarówno prywatnym jak publicznym, w każdej sferze działalności
i istnienia (n. 5c).
"Życie i działalność polityczna zgodne z sumieniem […] są wkładem chrześcijan
– zgodnym z ich przekonaniami – w dążenie do tego, aby dzięki polityce
ustanowiony został ład społeczny bardziej sprawiedliwy i odpowiadający godności
człowieka" (n. 5c).
"W społeczeństwach demokratycznych wszystkie propozycje są swobodnie omawiane i
oceniane. Podejmowane w imię poszanowania indywidualnego sumienia próby
politycznego dyskredytowania chrześcijan ze względu na ich moralny obowiązek
postępowania zgodnie z nakazami sumienia i tym samym odmawianie im prawa do
politycznego działania zgodnie z własnymi przekonaniami odnośnie do dobra
wspólnego byłyby formą nietolerancyjnego laicyzmu". Dodaje omawiany dokument:
"Taka logika bowiem nie tylko próbuje odmówić wierze chrześcijańskiej wszelkiego
wpływu na politykę i kulturę, ale wręcz zaprzeczyć samej możliwości istnienia
etyki naturalnej" (n. 5d).

IV. Uzupełniające uwagi szczegółowe

Nota Kongregacji Nauki Wiary czyni także inne uwagi związane z naszym tematem,
dotyczące:
– Zależności wolności od prawdy. Jan Paweł II napisał: "Prawda i wolność albo
istnieją razem, albo też razem marnie giną" (Enc. Fides et ratio, 90). Dodaje
Kongregacja: "W społeczeństwie, któremu nie ukazuje się wizji prawdy i które nie
próbuje do niej dotrzeć, ograniczone zostają także wszelkie formy praktykowania
prawdziwej wolności, przez co otwiera się droga do libertynizmu i
indywidualizmu, ze szkodą dla dobra człowieka i całego społeczeństwa" (n. 6d).

– Utopijnej wizji postępu. Człowiek ma wymiar trascendentny. Poza tym, w różnych
warunkach historycznych spotykamy się z sytuacjami, które są dalekie od
doskonałości i często podlegają szybkim przemianom. "Z tego względu należy
sprzeciwiać się poglądom i praktykom politycznym inspirowanym wizją utopijną,
[…kierującą] ludzkie sumienia ku nadziei wyłącznie ziemskiej, która udaremnia
lub osłabia chrześcijańskie dążenie do życia wiecznego" (n. 6c) .
– Wolności sumienia – wolności religijnej. Ponieważ w opinii publicznej nie
zawsze są poprawnie rozumiane te pojęcia, Nota precyzuje: Prawo do wolności
sumienia, a zwłaszcza do wolności religijnej, proklamowane w deklaracji
Dignitatis humanae Soboru Watykańskiego II, nie wynika w żaden sposób z
nieistniejącej równości religii i ludzkich systemów kulturowych, czyli z faktu,
jakoby wszystkie religie i wszystkie doktryny, nawet błędne, miały w
przybliżeniu taką samą wartość, lecz opiera się na fundamencie ontologicznej
godności człowieka, która domaga się, aby nie poddawano go zewnętrznym naciskom,
odbierającym sumieniu swobodę poszukiwania prawdziwej religii i przyjęcia jej.
"A zatem uznanie wolności sumienia i wolności religijnej nie jest bynajmniej
sprzeczne z potępieniem przez doktrynę katolicką religijnej obojętności i
relatywizmu, wręcz przeciwnie – jest z nim w pełni zgodne" (n. 7).

V. Konieczność zaangażowania w budowanie "kultury katolickiej"

Myślę, że punktem godnym szczególnego podkreślenia w omawianej Nocie jest
sprowadzenie całego problemu udziału katolików w życiu politycznym, do
konieczności coraz aktywniejszego angażowania chrześcijan "w budowanie kultury
inspirowanej Ewangelią, zdolnej ukazać na nowo całe bogactwo wartości i treści
Tradycji katolickiej" (n. 6b, kursywa została dodana). Co więcej, czytamy w
Nocie: "Wyrażenie w kategoriach współczesnej kultury dziedzictwa duchowego,
intelektualnego i moralnego katolicyzmu jest dziś pilną potrzebą, którą trzeba
zaspokoić niezwłocznie, także po to, aby zażegnać niebezpieczeństwo kulturowej
diaspory katolików" (tamże, kursywa została dodana).
Realistycznie dodano: "Skądinąd zresztą, rozległy dorobek kulturowy i dojrzałe
doświadczenie polityczne, jakie katolicy w wielu krajach potrafili zgromadzić,
zwłaszcza w dziesięcioleciach po drugiej wojnie światowej, pozwala im uwolnić
się od wszelkich kompleksów niższości w stosunku do innych światopoglądów, które
w świetle najnowszej historii ujawniły swoją słabość albo całkowite bankructwo"
(tamże).
Jeżeli bowiem podstawą działalności społecznej katolików "nie jest kultura,
zdolna przyswoić sobie, uzasadnić i ująć w formę projektu postulaty płynące z
wiary i moralności, wszelkie transformacje będą zawsze oparte na nietrwałych
fundamentach" (tamże).
Komentując omawianą Notę, kard. Giacomo Biffi zatrzymał się właśnie na tym
aspekcie, widząc w obowiązku budowania "kultury katolickiej" odpowiedź na
pytanie dotyczące relacji między niezbywalną tożsamością katolików i ich
"swobodną wolnością wybierania, wśród różnych opcji politycznych, tej która wg.
ich uznania najbardziej odpowiada wymogom dobra wspólnego" (Nota, n. 2a).
Kard. Biffi analizuje trzy różne pojęcia kultury, wskazując na to, że każda z
nich uzasadnia niezaprzeczalne istnienie i zasadność "kultury katolickiej".
Etymologia łacińskiego słowa "cultura", pochodzi od czasownika colo, colere,
czyli uprawiać (ziemię, winnicę, itp.), ale już od starożytności rozciąga się
także na "uprawianie człowieka", tzn. formację, edukację. W tym sensie rozumiemy
słowa Chrystusa: "Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym,
który go uprawia" (J 15,1). Chrześcijanin jest "uprawiany", czyli formowany
według wzoru, którym jest Chrystus. "Jedynie w tajemnicy Słowa Wcielonego
znajduje odpowiednie światło tajemnica człowieka", podkreślił Sobór Watykański
II (Gaudium et spes, 22). Stąd w obrębie chrześcijaństwa została wypracowana
najwyższa forma humanizmu. A więc częścią charakterystyczną i dominującą
"kultury katolickiej" jest zarysowana w ten sposób antropologia typowa i
nieporównana. "Właśnie istnienie "prototypu" [którym jest Chrystus] pozwala i
zobowiązuje do obrony człowieka przed jakąkolwiek manipulacją i jakimkolwiek
podporządkowaniem, oraz mobilizuje każdego wierzącego do walki przeciw wszelkim
zamachom na obraz żywy tego Pana wszechświata, według którego zostaliśmy
zaprojektowani".
W innym rozumieniu "kultura" jest pojmowana jako kolektywny system oceny idei,
aktów, wydarzeń, a więc także jest swego rodzaju kompleksem "modeli"
postępowania. Łączy się to z pewną "skalą wartości" przyjętych przez określoną
grupę ludzi. W tym sensie mówimy np. o "kulturze pozytywistycznej", "kulturze
idealistycznej", "kulturze marksistowskiej". Oczywiście istnieje także "kultura
katolicka" w tym sensie, jako konieczna, niepozbywalna. Na tym polu znajdujemy
czasem niespodziewane zbieżności nawet z niewierzącymi w obronie pewnych zasad
etycznych czy opcji operatywnych. Niemniej jednak, częściej istnieją – zwłaszcza
w odniensieniu do istotnych problemów dotyczących natury i godności człowieka –
rozbieżności i niezgodności nie do pogodzenia. Stąd w społeczeństwie bardzo
różnorodnym kulturowo, chrześcijanin jest zmuszony, według zasad
demokratycznych, do pewnych mediacji w poszukiwaniu "kompromisów", które mogą
być do pogodzenia z sumieniem chrześcijańskim. Słusznie jednak przestrzega Biffi,
by nie rozciągać mediacji (która może być możliwa w "sferze politycznej"), także
na "sferę kulturową", ze szkodą dla tożsamości, która nigdy nie może być
narażona na niebezpieczeństwo.
W trzecim znaczeniu, "kultura" jest wszystkim tym, co określa pewną grupę ludzi
i przez nich jest uznane za swoje: mentalność, instytucje, formy bycia i pracy,
zwyczaje, zdolności. W tym sensie można mówić o "kulturze afrykańskiej",
"kulturze wiejskiej", itd. Także w takim ujęciu istnieje "kultura katolicka",
ponieważ istnieją chrześcijanie ("lud Boży"), ze swoimi korzeniami, tradycją, i
przede wszystkim ich postawami, mającymi znaczenie społeczne. Zresztą sam akt
wiary, angażujący całego człowieka, ma także wymiar społeczny. W dwutysięcznej
historii można dostrzec wspaniałe owoce w różnych dziedzinach – filozofii,
literaturze, architekturze, sztuce, prawie, itd – które zawierają oczywiste
znamiona tej wizji chrześcijańskiej. Biffi zaznacza: "Wśród zadań katolika
zaangażowanego politycznie jest także to, by bronić, czynić znanym i cenionym –
także w służbie prawdziwego humanizmu – ten nasz nieporównany Ź"skarb
rodzinny"". Warto w tym miejscu powrócić do zdania zacytowanego z Noty:
"Wyrażenie w kategoriach współczesnej kultury dziedzictwa duchowego,
intelektualnego i moralnego katolicyzmu jest dziś pilną potrzebą, którą trzeba
zaspokoić niezwłocznie".

Uwagi końcowe

1. Myślę, że cały omówiony dokument Kongregacji Nauki Wiary można by streścić
dwoma wyzwaniami: a. Katoliku, nie chowaj głowy w piasek, bądź czynny w
budowaniu wspólnego dobra; b. Katoliku zaangażowany w polityce, bądź naprawdę
sobą we wszystkich przejawach twego życia i postępowania; bądź sobą: koherentny
i świadomy swego specyficznego powołania do apostolstwa.
2. Chciałbym uczynić także pewne spostrzeżenie natury duchowej. By poprzez
zaangażowanie polityczne naprawdę przyczyniać sie do budowy dobra narodu i
świata po myśli Noty Kongregacji Nauki Wiary, konieczna jest prawdziwa pokora.
Niejednokrotnie – zdziwieni i zawiedzeni – obserwujemy jakoby zwyciężała
arogancja, brak szacunku, zimne kalkulacje, bezczelność, lekceważenie, pogarda.
Nie są to predyspozycje twórcze. By naprawdę budować dobro, potrzeba
autentycznej pokory. Nie jest ona słabością lub niedołęstwem, lecz wręcz
przeciwnie jest źródłem odwagi i mocy w pracy dla dobra bliźnich, dla dobra
społeczeństwa. Głównym bowiem sprzymierzeńcem pokory jest miłość, podobnie jak
pycha jest nierozerwalnie złączna z egoizmem. Jedynie człowiek pokorny nie myśli
tylko o sobie samym, lecz o dobru innych. Nie pała druzgocącą żądzą władzy, nie
goni za przywilejami i popularnością, zasłaniające główny cel polityki. Jedynie
osoba pokorna ma odwagę czynienia dobra, nie bojąc się ewentualnych reperkusji w
prasie czy opinii publicznej, nie zrażając się napotykanymi trudnościami i
upokorzeniami. Nie cofa się wobec krytyki. Nie szuka za wszelką cenę pochwał,
nie pozwala się nimi zwieść z właściwej drogi. Nie zdradza własnego sumienia, by
otrzymać wyższe stanowisko lub dla innej korzyści osobistej. Tylko człowiek
pokorny jest gotowy w obronie prawdy i dobra poświęcić samego siebie,
zaświadczyć swoją wiarę męczeństwem. Pokora daje nam siłę, umacniając uczciwość,
odpowiedzialność, bycie sobą, odwagę czynienia dobra.
Wspomniany więc przykład św. Tomasza Morusa jest nadal przemawiający, a może
dzisiaj powinien być tym bardziej przemawiający.

 

 

—————————————————-

 

prof. Andrei Marga – Babeş-Bolyai University, Cluj-Napoca, Rumania  



 

Religia i państwo dzisiaj

Naszą współczesność, zarówno w Europie, jak i w Ameryce, poprzedził wielowiekowy rozdział religii od państwa: religię uważa się za sprawę wolności sumienia, która dotyczy prywatnego życia człowieka, podczas gdy państwo polega na zarządzaniu w interesie publicznym, neutralnym wobec prywatnych przekonań obywateli. Współczesne państwo zakłada ten rozdział i uznaje, że działania
w interesie publicznym posiadają źródła świeckie, natomiast ludzie mają nieograniczoną wolność promowania swoich przekonań religijnych w swoim życiu prywatnym i w miejscach kultu.

Taki też rozdział jest uświęcony zapisami konstytucyjnymi. Na przykład, w ustawie o prawach obywatelskich Konstytucji Stanów Zjednoczonych (Bill of Rights, 1791), pierwsza poprawka głosi, że: „Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię, zabraniających swobodnego
jej wyznawania; lub ograniczających wolność słowa lub prasy, lub też prawo osób do pokojowych zgromadzeń, do wnoszenia petycji do rządu o naprawienie krzywd”. Podobnie Konstytucja Francji (1958), w artykule pierwszym stanowi, że: „Francja jest republiką niepodzielną, świecką, demokratyczną i społeczną. Gwarantuje ona równość wobec prawa wszystkich obywateli bez względu na pochodzenie, rasę czy religię. Szanuje wszystkie wyznania”. Natomiast w Deklaracji praw człowieka i obywatela
z 26 sierpnia 1789 roku czytamy, że: „Nikt nie może być prześladowany ze względu na swoje przekonania, także religijne, pod warunkiem, że ich manifestacja nie zakłóca porządku publicznego stanowionego przez prawo” (Art. X), z kolei władza publiczna (la force publique) jest „ustanowiona w interesie wszystkich, a nie dla korzyści tych, którym została powierzona” (Art. XII). Przykłady można by oczywiście mnożyć.
Jednocześnie do klasycznej doktryny o rozdziale państwa od religii dodawano nowe propozycje.
Na przykład, Paul Kurtz opublikował niedawno swego rodzaju manifest, pt. „Co to jest świecki  humanizm” (What Is Secular Humanism, 2007), wykraczający poza przyjęte zasady separacji. Ten znany wydawca pism pragmatycznych opowiada się za usunięciem religii nie tylko z życia publicznego, z państwa, lecz także z indywidualnych planów życiowych człowieka, które są – ze swej natury – prywatne. Proponuje on wizję „świeckiego humanizmu”, która „odrzuca nadprzyrodzone interpretacje rzeczywistości, a stara się zoptymalizować pełnię ludzkiego życia w świecie naturalnym” (s. 8) oraz „twierdzi, że wartości etyczne są zrelatywizowane do ludzkiego doświadczenia i nie muszą mieć teologicznych czy metafizycznych uzasadnień” (s. 26).

Uważam, że te nowe propozycje zmierzają w niewłaściwym kierunku, aczkolwiek zgadzam się, że klasyczne rozumienie separacji religii i państwa trzeba zakwestionować. Religia bowiem nie tylko nadaje pozytywny sens moralny działaniom przeważającej większości ludzi, poprzez współdziałanie
z Bóstwem, które wymierza sprawiedliwość, ale – co więcej – może być motywem niektórych najbardziej demokratycznych zachowań, prawdopodobnie najbardziej demokratycznych spośród nich. Dlatego też
w moim wystąpieniu, po rozważeniu relacji między religią a państwem z historycznego punktu widzenia (1), wykażę, że teza o separacji napotyka na wiele trudności (2), tak dalece, że jeżeli, zwłaszcza
w społeczeństwach pluralistycznych religijnie, odrzucenie sekularyzacji nie jest realne (3), to trzeba poszukiwać nowego rozwiązania problemu relacji religii i państwa (4). Postaram się przygotować drogę do takiego rozwiązania. Już na początku chciałbym zaznaczyć, że uznaję różnicę między relacją polityki do religii, a relacją państwa do kościoła (proponowaną m.in. przez Kennetha Canthem w „Chrześcijanin i polityka” [Christians and Politics] z 2001 roku), ale jestem zdania, że drugiej relacji nie można zrozumieć bez uwzględnienia pierwszej. Religia nie jest apolityczna, a państwo nie może pozostać obojętne wobec przekonań swoich obywateli, jeśli traktuje siebie poważnie jako organizację, która opiera się na uznaniu obywateli.

—————————————————

prof. Peter Redpath – St. John’s University, USA



 

Dlaczego współcześni katolicy w Ameryce są tak słabi i mało skuteczni?

Moja odpowiedź na pytanie: dlaczego współcześni Amerykanie katolicy są zazwyczaj tak słabi
i nieefektywni w polityce jest prosta. Dzieje się tak dlatego, że od strony intelektualnej i religijnej większość współczesnych katolików amerykańskich, włączając w to tzw. „katolickich” biskupów i liderów edukacyjnych skłaniają się ku protestantyzmowi. Głównym celem wykładu jest uzasadnienie tego twierdzenia. Od strony historycznej Stany Zjednoczone były założone jako państwo protestanckie. Niezależnie od tego, co twierdzi Barack Obama, nawet dzisiaj USA jest kulturowo, co prawda nie zeświecczonym, lecz protestanckim państwem.

Katolicy pojawili się późno jako siła na amerykańskiej scenie politycznej. Katolicy amerykański spędzili większość dwudziestego wieku próbując wydostać się z getta, w którym kultura amerykańska zwykła umieszczać nowych imigrantów oraz próbując stać się liczącą się siłą w polityce. Do lat 60 XX wieku, kiedy katolicy zaczęli być główną siłą polityczną w Stanach Zjednoczonych zaszły dwa historyczne wydarzenia, które drastycznie zmieniły amerykański klimat kulturowy: (1) Wojna w Wietnamie (2) Sobór Watykański II. Trzecie wydarzenie – Druga Wojna Światowa
i bomba atomowa pomogły przygotować drogę politycznemu rozbiciu lat 60. XX wieku.
Praktycznie wszyscy współcześni amerykanie myślą jak zsekularyzowani protestanci. Uważają,
że religia jest rodzajem ślepej emocji, irracjonalnego uczucia: wiary. Do tej przesłanki dodają drugą: religia jest źródłem moralności.

Skoro religia i moralność są w istocie pozbawione prawdy dodają oni trzecią przesłankę: moralne twierdzenia są irracjonalne. Stąd kiedy amerykanie muszą poradzić sobie z relacjami międzyludzkimi opartymi klasycznych moralnych twierdzeniach, myślą, że muszą „nie osądzać” (non-judgmental). Sądzą, że są zobligowani zasadą tzw. „tolerancji”, by traktować innych ludzi jako równych sobie „samo-stwórców”, gdy mają do czynienia z takimi zagadnieniami, jak małżeństwa homoseksualne, czy innymi formami relacji międzyludzkich. Większość amerykanów ma sposób myślenia protestanckich fundamentalistów. Zasadniczo fundamentaliści są sceptykami. Zazwyczaj nie wcale nie wiedzą, jak właściwie myśleć o moralności. Myślą o moralności w katedoriach „szczerego uczucia” intencji, a nie w kategoriach spełniania dobrych i złych uczynków. Sądzą oni, że religia jest jedynym źródłem moralności, nie że moralność jest źródłem religii. Skoro większość amerykanów naiwnie akceptuje pogląd, że moralność publiczna istnieje i jest pochodną publicznej, czy świeckiej religii.

Moralność ta jest rzekomo inna od ich prywatnej moralności (którą posiadają ze względu na bycie powiedzmy katolikami, protestantami czy żydami). Weszliśmy rzekomo na arenę publicznej moralności przyjmując świecką religię moralności politycznej. To jest polityczne poglądy amerykańskiej lewicy, socjalizmu.
Współczesna sytuacja polityczna w Stanach Zjednoczonych od późnych lat sześćdziesiątych jest ogólne wynikiem baśniowego rozumienia ludzkiej natury i historii. Zachodni socjaliści nie mogą pozwolić katolikom, czy komukolwiek innemu, kto przeciwstawia się ich błędnym odczytaniu rzeczywistości, natury ludzkiej i historii, by mogli wejść z nimi w uczciwą debatę na równych zasadach. Oni zawsze muszą kontrolować media i edukację tak, że ich utopijny, fundamentalistyczny pogląd na naturę ludzką i historię nie stał się widoczny dla opinii publicznej. Dlatego też muszą kontrolować massmedia i promować masową publiczną błędną edukację. Muszą przekształcić kulturę w gigantyczny obóz reedukacyjny, dzięki któremu będą mogli zrobić pranie mózgu ogólnej populacji.


Główną nadzieją współczesnych amerykańskich katolików na powiększenie siły w dzisiejszym życiu politycznym Stanów zjednoczonych w ogromnej mierze leży w uczestnictwie w „oddolnych” ruchach politycznych, alternatywnych mediach i nowych formach edukacji jak nauczaniu na odległość i nauczaniu domowym.


—————————————————

Damien Tudenhope – prawnik ze Stowarzyszenia Rodzin Australijskich, Australia



 

Wpływ tzw. polityki ekologicznej na religię i politykę

W listopadzie 2007 roku nowo wybrany premier rządu australijskiego, Kevin Rudd, w swoim pierwszym wystąpieniu do narodu powiedział, że zmiany klimatyczne są największym „wyzwaniem moralnym” naszych czasów. Przez następne dwa i pół roku jego rząd był całkowicie pochłonięty problemami klimatu i reform podatkowych, z których wpływy miały być przeznaczone na redukcję emisji węgla. Z uwagi jednak na to, że na Konferencji w Kopenhadze nie osiągnięto porozumienia, rząd wycofał się z swego programu legislacyjnego.

W sierpniu 2010 roku Australia po raz kolejny udała się do urn wyborczych. Rząd laburzystów został ukarany przez naród za swoje niekompetencje ekonomiczne. W rezultacie Australia posiada rząd mniejszościowy, w którym Partia Pracy utrzymała się na urzędzie jedynie dzięki poparciu posłów niezależnych. Jednakże bardziej niepokoić może fakt, iż Australijczycy obrócili równowagę sił w senacie na korzyść Zielonych (the Greens). W swoim wystąpieniu chciałbym zająć się zjawiskiem wzrostu popularności Zielonych, znaczeniem tego faktu dla Australii, oraz wpływem polityki środowiskowej na religię, w tym także rozwojem nowych religii, do których należy enwironmentalizm.


Polityczny program Zielonych:

-Zieloni chcą legalizacji małżeństw tej samej płci.

-Zieloni chcą również, aby wszystkie osoby dorosłe, „bez względu na orientację seksualną i tożsamość płciową”, miały prawo do adopcji i wychowania dzieci, do sztucznego zapłodnienia i zapłodnienia pozaustrojowego „in vitro”.

-Zieloni proponują, aby „Ludzie mieli prawo do określenia własnej tożsamości seksualnej”. Skutkiem tego oczywiście płeć stałaby się bez znaczenia.

-Chociaż Zieloni są zdecydowanie przeciwni karze śmierci w każdym przypadku, to jednak popierają aborcję.

-Zieloni od dawna promują eutanazję (nazywaną czasem „zabójstwem z litości”). W 2009 roku w Południowej Australii przedstawili oni projekt ustawy legalizującej eutanazję. Niepokojący jest fakt, że projekt ten nie ograniczał zadawania śmierci tylko do osób nieuleczalnie chorych, lecz również obejmował ludzi dotkniętych tzw. „nieznośnym” cierpieniem.

-Zieloni głoszą, że „kobiety mają prawo do dokonywania świadomych wyborów we wszystkich aspektach swego życia, łącznie z tym… w jaki sposób połączą pracę zarobkową z opieką nad dziećmi”, jednak już program polityczny tejże partii nakłada kary finansowe na te matki, które same opiekują się swoimi dziećmi.

Zieloni popierają w pełni płatny urlop rodzicielski i zinstytucjonalizowaną opiekę nad dzieckiem, jednak odmawiają równego poparcia matkom, które chcą opiekować się swoimi dziećmi w domu.

Zieloni deklarują wprawdzie, iż „uznają i przykładają należną wagę” do pracy matek w domach, jednak wyłącznie w granicach „ustaleń państwowych norm ekonomicznych”. Przecież długoterminowe korzyści ekonomiczne – wynikające z opieki nad dziećmi, sprawowanej przez matki – zasługują na coś więcej, niż odnotowanie w statystykach.

-Zieloni chcą zalegalizować prostytucję. Brzmi to dosyć dziwnie, jako że zapis ten znajduje się w ich programie w części poświęconej „trosce o ludzi” i „o kobiety”.

-Zieloni chcieliby, aby nasz system edukacyjny „udzielał stosownych do wieku ucznia informacji na temat odmienności seksualnej”. Co to znaczy „stosownych do wieku ucznia” nie wyjaśniono. Jednak niektórzy nauczyciele wychowania seksualnego uważają za stosowny wiek już od 4-5 roku życia.

Jak wielu rodziców chciałoby, aby ich dzieci w tak młodym wieku uczyły się o homoseksualności – aby się w ogóle uczyły na ten temat?

-Zieloni chcą również programów zdrowotnych, które „zwiększają prawa dziewcząt i kobiet w zakresie określania przez nie swego życia prokreacyjnego”. Czy to oznacza, że córki powinny mieć prawo do aborcji bez wiedzy rodziców?

-Narkotyki, to kolejne zagadnienie, które interesuje większość rodziców. W tej sprawie Zieloni popierają tolerancyjne stanowisko tzw. „minimalizacji szkody”. Na forum publicznym – a przynajmniej na swoich stronach internetowych – oponują przeciw legalizacji silnych narkotyków. W praktyce jednak Partia Zielonych w przymierzu z rządem laburzystów pokonała ostatnio ruch na rzecz zakazu sprzedaży urządzeń do palenia konopi indyjskich (Zob. News Weekly, 12. VI. 2010).

-Zieloni pragną przyczynić się do rozwoju Australijskiej Komisji ds. Praw Człowieka. Jednak rzecznicy tej Komisji, oprócz wypowiedzi na temat globalizacji i różnorodności, publicznie wyrażają swoją awersję wobec konserwatywnych poglądów religijnych chrześcijan i Żydów.

-Zieloni uważają, że Organizacja Narodów Zjednoczonych i „globalne rządy” są „czymś istotnym dla spełnienia potrzeby światowego pokoju i bezpieczeństwa, praw człowieka, zmniejszenia ubóstwa i zachowania czystości środowiska”.

Zieloni zatem są czymś dużo więcej, niż tylko partią, której celem miałyby być inicjatywy na rzecz środowiska naturalnego.

Enwironmentalizm nie pragnie mieć czystszej wody i powietrza. Jest w pełni rozwiniętą religią, a jego głównym dogmatem jest „dzika przyroda” o boskim statusie i ludzkość jako plaga, która ją zanieczyszcza. Jeżeli popierasz enwironmentalizm, to faktycznie jest tak, że popierasz ideologię, która promuje destrukcję ludzkości – w tym ciebie i każdego, kto jest ci drogi.

Enwironmentalizm stał się nową religią światową. Pierwotnie jego zainteresowania wiązały się z negatywnymi skutkami pewnych działań człowieka, takich jak emisje do powietrza i wody toksyn szkodliwych dla człowieka. Tym samym jego działania posiadały naukowo uzasadnione przyczyny i skutki. Jednak obecnie enwironmentalizm uderza w zupełnie inne tony. Cechuje go teologiczna skłonność do prowadzenia debaty, która przeciwstawia boga (czyli planetę Ziemię, czy też Gaję) szatanowi (czyli ludziom). Uznaje on ludzi za plagę na Ziemi, a wszystko, co robią, za przeciwne Ziemi.

Wyzwanie dla religii jest wobec enwironmentalizmu jest dwojakie: Po pierwsze, odrzucić ubóstwienie środowiska naturalnego i domagać się, by wróciło ono do dziedziny nauki. Po drugie, partie polityczne i poszczególni politycy muszą pociągnąć enwironmentalistów do odpowiedzialności za programy, którymi chcą oni wszystkich nas zniewolić.

Wielkim wyzwaniem, które stoi przed nami, jest przemawianie do sumień tych osób, które będą chroniły przed legalizacją nowej religii enwironmentalizmu.



—————————————————

Scott J. Bloch – doradca byłego prezydenta USA George’a Busha



 

Tybr wpada do Potomaku: czy prześladowanie jest konieczne dla służby społecznej?

Zapytajmy, czy z podjęciem przez katolików służby społecznej wiąże się jakieś ryzyko, a jeśli tak, to czy jest ono tego warte. Problem polega na tym, czy katolicy w ogóle mogą zaangażować się w politykę, a kiedy już się zaangażują, to czy mogą uczynić to w sposób, który autentycznie będzie obejmował zarówno porządek polityki, czyli sztukę tego, co możliwe – mówiąc językiem Arystotelesa, jak również porządek wiary, czyli sztukę tego, co niemożliwe – parafrazując słowa Jezusa Chrystus. Katolicy, podejmując społeczną służbę, zwłaszcza na drodze wyborów, często zdają się uważać za coś cnotliwego, aby zrezygnować z cnoty na korzyść czegoś, co moglibyśmy nazwać względami praktycznymi. Tym czymś mogłyby być kolejne stopnie kariery, postępowanie z duchem czasu, pragnienie by nikomu się nie narazić, czy też by uchodzić za ludzi „miłych” – osobliwy powód, właściwy dla gatunku homo erectus. Ponieważ być człowiekiem oznacza stać prosto, nie chować się, nie leżeć, ani nie czołgać się na brzuchu.

Skupimy się jednak na innych katolikach, na katolikach poważnych, którzy potrafią wybić się na mistrzostwo w polityce, a jednocześnie sumiennie dochować wierności swojemu katolicyzmowi. Problemem dla większości katolików w życiu politycznym jest nie tyle kultura, co oni sami. Ich problemem jest brak świadomości, że znajdują się w samym centrum kultury postmodernistycznej, że znajdują się nie pod wpływem filozofii realistycznej, dostrzegającej obecność prawdy w rzeczach i w nas samych, lecz filozofii postmodernistycznej, która jest w większości pragmatyczna, technokratyczna i nastawiona na manipulację oraz produkcję rzeczy i przyjemności. Można łatwo być zassanym w nurt tego procesu, procesu o naturze biurokratycznej. Po prostu chodzić na spotkania, dać się skusić urokom praktycznych rzeczy, następnie nasłuchać się obietnic, że jeśli zrobisz to, co ci się każe – a ciężko jest oprzeć się sile biurokracji – wzniesiesz się na wyższe szczeble stanowisk partyjnych, komitetów, urzędów państwowych, tych z wyboru i tych z nominacji, a wtedy dopiero będziesz w stanie czynić prawdziwe dobro. W biurokracji zawsze jest jakieś „a wtedy dopiero”.

Jakie siły spotykają się u zbiegu Potomaku i Tybru – tam, gdzie nieodparta żądza stanowisk i wpływów w Rzymie naszych czasów, jakim jest Waszyngton, może wciągnąć każdego w swoje coraz większe wiry?

Miałem szczęście piastować kierownicze stanowisko w szeregach administracji amerykańskiej za prezydentury George’a Busha, najpierw w Departamencie Sprawiedliwości jako wiceszef Biura ds. Inicjatyw Społecznych i Religijnych, a następnie jako dyrektor Urzędu Kontroli Państwa. Nazywano mnie Doradcą Specjalnym Stanów Zjednoczonych. Mój urząd był autonomicznym i stałym urzędem, który nadzorował władzę wykonawczą i Biały Dom w zakresie ich niewłaściwego postępowania, nieudolności, naruszenia prawa, używania stanowisk publicznych dla realizacji celów partyjnych i propagandy wyborczej. Chroniłem ludzi, których nikt inny by nie ochronił. Odkryłem, że ochrona państwa, dla której mój urząd został powołany do istnienia, posiadała swoje korzenie w biblijnej Księdze Mądrości: „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów… Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność…”. Jest to bardzo trafny opis tego, czym jest funkcja, którą pełniłem, i jaka jest reakcja ludzi na tych, którzy ostrzegają i donoszą o nieprawidłowości, nieudolności, czy niebezpieczeństwie, które zagraża społeczeństwu. Można by powiedzieć, że mój urząd był urzędem solidarności z tymi, którzy potrzebują głosu, potrzebują powiedzieć prawdę, potrzebują powiedzieć swoją historię o ucisku, o nadużyciu władzy, o niewłaściwym wykorzystaniu środków publicznych, o naruszeniach porządku i prawa, które są ważne w stabilnym społeczeństwie obywatelskim. Potrzebujemy bowiem proroków, ludzi, którzy podejmują ryzyko zwrócenia uwagi narodu, kiedy ktoś źle postępuje, czy źle się zachowuje. Potrzebujemy, aby inni nas poprawiali, nawet jeśli czasem ciężko jest nam tych innych znosić.

Niektóre z głośniejszych spraw, jakie prowadziłem, wymagały, abym ujawniał odkryte rewelacje, abym chronił moich podwładnych, czy też abym prowadził dochodzenie przeciwko wysoko postawionym urzędnikom w mojej administracji. Znajdowałem informacje do swojej pracy w tysiącach samolotów lądujących awaryjnie z powodu niebezpiecznych pęknięć w ich kadłubach, wszczynałem dyscyplinarne akcje przeciwko wysokim urzędnikom w wielu departamentach i w samym Białym Domu, byłem obrońcą praw moich podwładnych w takich miejscach, jak Departament Obrony (sprawa wadliwych pomp Katrina i nieprawidłowości kontraktów rządowych), Służby Ochrony Pogranicza (sprawa upozorowanej intrygi łapówkarskiej), a także Administracja Lotnictwa Federalnego (sprawa ukrywania awarii systemu nawigacji ruchu powietrznego oraz niedomagań inspekcji orzekających o zdolności do lotu). Składałem zeznania przed Kongresem Stanów Zjednoczonych i regularnie występowałem w mediach, w takich programach, jak NPR (w edycjach porannych na każdy temat), CNN, C-Span, NBC Nightly News, The Washington Post, The New York Times, The Los Angeles Times, USA Today, US News & World Report, St. Louis Post Dispatch. Pisywałem, przemawiałem do środowisk uniwersyteckich i innych wielkich zgromadzeń, aby głosić słowo o tym, jak ważne jest to, by mieć sprawiedliwy rząd, aby pokazywać ludziom, że w szeregach rządu panuje uczciwość, i że nie jest tak, iż każdy żyje w nim na koszt państwa i nic nie robi. Stworzyłem jednostkę zajmującą się bezpieczeństwem inspektorów kontroli państwa i ich uprawnieniami pracowniczymi. Ktoś wyliczył, że moje dochodzenia kosztowały przemysł lotniczy 1 miliard dolarów. Jednakże, każdy z moich współpracowników powie wam, że moje i ich decyzje sprawiły, iż setki tysięcy ludzi może teraz bezpieczniej korzystać z usług komercyjnych linii lotniczych. Chodzi o to, że przeze mnie wielu lobbystów, członków rządu, czy też ludzi spoza niego, nie jest zadowolonych. Występowałem przeciw wielu ważnym ludziom na urzędach, powodując czasem, że musieli podać się do dymisji, jak chociażby szef agencji o wartości 40. miliardów dolarów, która nadzoruje wszystkie rządowe zakupy i budowy, dwóch inspektorów generalnych i jeden prokurator Stanów Zjednoczonych (United States Attorney). Przejąłem urząd, w którym były sprawy nie załatwione od dziesięciu lat, zredukowałem wszystkie zaległości do zera w ciągu pierwszych sześciu kwartałów pracy, po czym nie tolerowałem już żadnych zaległości do końca mojego urzędowania. Zwracałem się z prośbą i otrzymywałem od moich pracowników trzy, a czasem czterokrotny, wzrost rezultatów, które osiągaliśmy w dochodzeniach sądowych i wygranych przez nas sprawach. Stroszyłem piórka ludziom, którzy mianowali mnie na to stanowisko, używając amerykańskiej przenośni, czyli gryzłem rękę, która mnie karmiła. Jak na razie dobrze. Lecz ja przestrzegałem także prawa, a to szczególnie bolało święte krowy naszych czasów. Zostałem zaatakowany za to, że jestem zbyt katolicki. Jestem wdzięczny za to, że mogłem służyć społeczeństwu przez około osiem lat. Czy jednak katolik, podejmujący publiczną służbę, zawsze jest powodem takich konfliktów? Czy każdy człowiek, podejmujący publiczną służbę, który jest katolikiem, musi cierpieć? Tak naprawdę chodzi o to, co jest celem przywództwa i władzy? Czy najważniejszy jest ten, kto decyduje o tym, co, kiedy i gdzie? Czy musi się on również liczyć z prawdą, sprawiedliwością i naszą ludzką naturą?

Nasz Pan, Jezus Chrystus, powiedział: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Naszym obowiązkiem, jeśli przyjdzie nam pełnić służbę społeczną lub zajmować jakieś przywódcze stanowisko, jest robić dobrą robotę. Naszym obowiązkiem jest oddać państwu dobrą pracę, której motywem nie jest ideologia, partia, dogmat, czy nawet wiara, lecz sprawiedliwość, prawo i dobro wspólne. Nie ma bowiem sprzeczności między prawami władzy państwowej i władzy Boga. Przeważnie zachodzi zgodność między władzą i rządami państwa, a prawem Bożym. Jeżeli jednak władza w państwie orzekłaby, że to ona jest bogiem, a zwykły obywatel nie masz prawa modlić się do prawdziwego Boga, to wówczas naszym obowiązkiem byłoby taką władzę odrzucić, jak czynili to pierwsi męczennicy.

Oddajemy Cezarowi to, co należy do niego, właściwie sprawując swój urząd. Czasem jednak służba społeczna stawia nas wobec problemów, których nie chcielibyśmy spotkać na swojej drodze. Tutaj pojawia się ofiara – pojawia się ona dokładnie w momencie, kiedy uznajemy, że trzeba nam zrobić to, co słuszne, nawet jeśli pokrzyżuje to plany króla. Przekonał się o tym Tomasz Morus. Chciał zadowolić króla w niewłaściwy sposób. Owszem, był on „dobrym sługą króla, ale najpierw Boga”.

Papież Benedykt XVI w swoim przemówieniu do polityków na Cyprze powiedział: „Kiedy służba publiczna jest pełniona wiernie, pozwala nam wzrastać w mądrości i prawości, osiągając osobiste spełnienie. Platon, Arystoteles i stoicy przywiązywali wielką wagę do owego spełnienia – eudemonii – jako celu każdego człowieka, a sposobu na osiągnięcie go upatrywali w moralnym postępowaniu. Dla nich, a także dla wielkich filozofów islamskich i chrześcijańskich, którzy poszli w ich ślady, praktykowanie cnoty polegało na postępowaniu zgodnym ze zdrowym rozsądkiem i poszukiwaniu wszystkiego tego, co prawdziwe, dobre i piękne”.


—————————————————

John Smeaton – dyrektor Fundacji ochrony dzieci nienarodzonych, Wielka Brytania



 

Katolicy i polityka w Anglii



Wystąpienie John’a Smeatona dotyczy – ogólnie rzecz ujmując – działalności ruchu pro-life, który łączy w sobie jednoznaczną i konsekwentną obronę prawa do życia z niepodważalną prawdą o przekazywaniu ludzkiego życia poprzez akt małżeński. Na początku autor przywołuje słowa Arcybiskupa Raymonda Burke”a, który – podczas swojego wystąpienia w Rzymie w ubiegłym miesiącu – stwierdza, że choć z jednej strony doświadczamy nieustannych ataków na bezbronne i niewinne życie, to z drugiej dostrzegamy ludzi i organizacje, które tego życia bronią. Słowami Arcybiskupa autor zaznacza, że wspomniani orędownicy życia to nie tylko reprezentanci jednej religii, ale także ludzie innych wyznań, a nawet niewierzący. Osoby te hołdują prawdzie o przekazywaniu ludzkiego życia podczas aktu małżeńskiego, bronią niewinnych i bezbronnych oraz stoją na straży fundamentalnych zasad moralnych. Obserwowany atak na życie z kolei jest niczym innym, jak tylko wynikiem błędu antropologicznego, a ściślej mówiąc błędnego ujęcia ludzkiej seksualności. To wypaczone rozumienie aktu seksualnego, którego konsekwencją jest tzw. nastawienie antykoncepcyjne stoi u podstaw dominującej w dzisiejszym świecie kultury śmierci. Na dowód tego, autor przywołuje zarówno przykłady osób ze świata polityki, jak i przykłady wielu znaczących dokumentów i uchwał o zasięgu międzynarodowym, które sprzyjają krzewieniu kultury śmierci, a nawet szykanują tych, którzy sprzeciwiają się temu zmasowanemu atakowi na życie. John Smeaton wylicza rozmaite konsekwencje, jakie wynikają z pro-aborcyjnego lobby, z lansowania eutanazji, antykoncepcji, czy też zgody na przeprowadzanie badań na ludzkich embrionach. Z drugiej strony, podkreśla wagę organizacji broniących ludzkiego życia, podkreśla ich skuteczność i podaje przykłady zwycięstwa nad złem. Ponadto, wskazuje na szereg niekonsekwencji i sporów, jakie powstają na gruncie ideologii przeciwko życiu. Autor podaje przykład Irlandii Północnej, która stawiła opór presji rządu Wielkiej Brytanii oraz wymogom Unii Europejskiej i nie dała przyzwolenia na stosowanie aborcji. Najbardziej przerażające jest wg autora to, że nawet hierarchowie Kościoła Katolickiego oraz inni ludzie uważający się za katolików, są gotowi pójść na ustępstwa i wypracować kompromis w kwestii dopuszczalności aborcji, eutanazji, antykoncepcji, etc. John Smeaton nazywa to – za Arcybiskupem Burke”m – nieposłuszeństwem wobec Magisterium, co z kolei jest niczym innym, jak tylko wpływem szatana. Autor w swoim podejmuje także kwestię obrony prawa rodziców do decydowania o charakterze i formie kształcenia swoich dzieci, które jest notorycznie łamane. Dzieje się to np. poprzez nakłanianie uczniów poniżej 16 roku życia – bez wiedzy i zgody ich rodziców –
do stosowania antykoncepcji oraz do wykonywania aborcji. Obecna na całym świecie kampania zła ma wielu zwolenników, ale także, co daje wielką nadzieję, wielu przeciwników. Ruch pro-life, który zrzesza obrońców życia jest „światłem dla świata” w tej – jak określa autor – „Trzeciej Wojnie Światowej”.

 

—————————————————


Anne-Maree Quinn – Healt Service Executive Dublin South City, Irlandia



 

Wzlot i upadek celtyckiego tygrysa: w poszukiwaniu wspólnej podstawy
w zsekularyzowanej kulturze

Bez wątpienia stajemy dzisiaj w obliczu bezlitosnej walki o utrzymanie wartości chrześcijańskich i praktykowania religii w społeczeństwie. Prawdą jest, że w obecnych czasach niezwykle trudne
jest wyrobienie w sobie pewności siebie, jeśli chodzi o uczestnictwo w tej walce. Nawet wewnątrz Kościoła można bowiem dostrzec niezadowolenie i działania podejmowane przez zwolenników tzw. reform, którzy mają wizję Kościoła widzianego z perspektywy świeckiej. Ich głos jest znaczący, a dodatkowo zyskują oni niezwykłą uwagę mediów. Domagają się nowego Kościoła, który będzie odchodził od tradycji i właściwych mu praktyk, zastępując je świeckim relatywizmem. Widać to bardzo wyraźnie, szczególnie, jeśli chodzi o troskę o ludzkie życie – zarówno jego początek jak i koniec, a także kwestię ludzkiej płciowości. W tych okolicznościach niezwykle istotna jest potrzeba wyjaśnienia i zrozumienia, że moralny absolutyzm równości – będący ideologią – jest nie do utrzymania.
Chrześcijanie, a szczególnie katolicy, nadal mają w Irlandii szansę wywierania znaczącego wpływu i dlatego, jeśli głos zwykłych ludzi jest kwestionowany, z pomocą muszą przyjść liderzy polityczni. Największym wyzwaniem jest dzisiaj obudzenie społeczeństwa, szczególnie osób uczęszczających do Kościoła, aby stali się bardziej aktywni w toczących się obecnie debatach. Jednym z kluczowych obszarów, gdzie trzeba podjąć walkę jest negatywna postawa mediów w stosunku
do religii.
W prawdziwej demokracji praktykowanie religii powinno być pomocne w wychowywaniu cnót. Ponadto, powinno wspomagać prawidłową ocenę otaczających nas osób i ich postępowania. Nie musimy koniecznie używać w tym celu prawa kościelnego czy ustawodawstwa państwowego (chociaż obie te rzeczy mają istotne znaczenie). Chodzi tu raczej o to, aby obie te instytucje wzajemnie się wspierały
i pomagały w rozwoju społeczeństwa, na gruncie dobra wspólnego. W tym kontekście widzimy, że wkład zarówno Kościoła jak i państwa jest decydujący. Dla obu najważniejsze powinno być najwyższe dobro jednostki, które ostatecznie zagwarantuje rozkwit narodu.

—————————————————

prof. Alfredo Marcos, Universidad de Valladolid, Hiszpania



 

Katolicy w Hiszpanii: obecność społeczna, wykluczenie polityczne

W referacie przedstawiono ogólną wizję sytuacji socjopolitycznej katolików w Hiszpanii. Główne spostrzeżenie dotyczy zaskakującego kontrastu. Z jednej strony obecność katolików i Kościoła Katolickiego w społeczeństwie hiszpańskim jest więcej niż zauważalna. Kościół katolicki, stowarzyszenia powstałe z jego inspiracji oraz indywidualni katolicy posiadali tradycyjnie znaczącą obecność społeczną w Hiszpanii. Nie na próżno cała historia Hiszpanii, ze swymi blaskami i cieniami, jest naznaczona przez chrześcijaństwo w ogólności, a katolicyzm w szczególności. Z drugiej strony jednak obecność katolików wydaje się rażąco niewielka w niektórych sektorach. Ma to miejsce – na przykład – w środkach przekazu, zwłaszcza w telewizji, w niektórych obszarach życia akademickiego, literatury i sztuki. Zwłaszcza kino hiszpańskie zwykle pozostaje obojętne a wręcz wrogie wartościom chrześcijańskim. Wśród związków zawodowych, w przeciwieństwie do tego, co miało miejsce w Polsce, obecność katolików jest znikoma. Również mało widoczni pozostają katolicy w sferze polityki. Ich sposób myślenia, ich wizja życia ludzkiego i społecznego, ich inicjatywy, są praktycznie nieobecne w sferze politycznej. Katolicy w perspektywie indywidualnej czują się niewygodnie jako politycy
w różnych partiach. Na lewicy próbuje się ich, czy są gotowi postawić dyscyplinę głosowania ponad własnym sumieniem. Na prawicy, czy są gotowi nie kruszyć kopii i stawiać na pierwszym miejscu swoich przekonań moralnych, to znaczy, czy są gotowi skoncentrować swoje starcia z lewicą jedynie na polu gospodarczym. Głosujący katolicy mają jeszcze trudniej. Muszą wybrać między partią wyraźnie wrogą swoim ideom a partią, która wstydzi się ich bronić. W ten sposób idee i wartości tradycji chrześcijańskiej pozostają praktycznie poddane wykluczeniu politycznemu. Wykluczenie polityczne wszystkiego, co katolickie, jest konsekwencją spokojnego przyjęcia fałszywego obrazu czasu historycznego oraz błędnej idei wolności. Solidne osadzenie społeczne tych idei czyni nieskuteczny jakikolwiek wpływ tradycji chrześcijańskiej na sferę polityczną. Można byłoby powiedzieć, że niektórzy lansowali ten obraz rzeczy, a inni najzwyczajniej z tym nie walczyli. Potrzebne są sugestie sposób rozwiązania tego problemu, m.in. tworzeniem tych nowych kanałów uczestnictwa oraz pomysł na nową retorykę, która nie będzie czołowo zderzać się z przyjmowanymi powszechnie założeniami społecznymi. Pierwszym krokiem pozytywnym jest zidentyfikowanie tych błędnych idei, jak to czynimy tutaj, nazwanie ich po imieniu – historycyzm, hedonizm – i wystawienie na światło dzienne. Trzeba bowiem sprawić, by publicznie dyskutowały i nie mogły już więcej działać jako zakamuflowane, niekwestionowalne i wpływowe podstawy naszej kultury.

 

—————————————————




prof. Roberto de Matei – wiceprezes Włoskiej Narodowej Rady Badań Naukowych, European
University of Rome, Włochy



 

Katolicy w XXI w. – zaangażowanie polityczne i teologia historii





Wykład składa się z dwóch części: I. Filozofia polityczna Ewangelii; II Teologia historii chrześcijańskiej. W części pierwszej prof. de Mattei ukazuje najpierw, w jaki sposób doszło do historycznego rozdzielenia sfery publicznej i prywatnej, a w ślad za tym oddzielenia polityki
i moralności. Bardzo ważnym zadaniem współczesnych katolików jest naprawienie tego historycznego błędu i dokonanie nowego zharmonizowania między sfera publiczną a prywatną. Kościół ma prawo wypowiadać sie na tematy religijne i moralne, które dotyczą człowieka, zarówno w jego życiu prywatnym, jak i publicznym. Ten punkt jest bardzo ważny, ponieważ dzisiaj także wśród katolików istnieje tendencja politycznego kompromisu w sprawach zasadniczych. Przeciw tej tendencji, której czasem poddają się także duchowni, Benedykt XVI przypomina nie tylko o istnieniu „absolutnych wartości moralnych”, które nigdy, w żadnym przypadku, nie mogą być przekraczane, ale także o prawie Kościoła do formułowania takich pryncypiów moralnych, nawet w materii politycznej. Filozofia polityczna Ewangelii opiera sie na maksymie
"Oddajcie Bogu co boskie, Cesarzowi, co cesarskie”: jest to sentencja, która zakłada rozróżnienie, ale nie oddzielenie pomiędzy dwoma sferami, publiczną
i prywatną, i ich harmonię opartą na podstawach wspólnego fundamentu etycznego i metafizycznego. Katolik winien zatem walczyć o to, by społeczeństwo w życiu publicznym uznało wartość prawa moralnego oraz porządku naturalnego i chrześcijańskiego. Kościół nie posiada siły politycznej, ekonomicznej lub medialnej, by przeciwstawiać sie światu. Jedyną bronią, która dysponuje jest prawda religijna i moralna, której jest stróżem. Ona pozwala mu rościć sobie pretensje do osądzania ludzi i społeczeństw w imię prawa boskiego i naturalnego, którego strzeże.

Część druga wykładu stanowi prezentację teorii historii chrześcijańskiej. Tak jak
dla chrześcijanina nie istnieje polityka oddzielona od moralności i metafizyki, tak też nie istnieje
dla niego historia oddzielona od teologii. Człowiek powołany został przez Boga do stanu nadprzyrodzonego i nie istnieje, ani nie może istnieć, prawdziwe poznanie człowieka poza Objawieniem. Taka teologia historii zakłada nie tylko istnienie dobra i zła, ale też ludzi, ruchów i prądów, które w historii działają za lub przeciw dobru, albo inaczej postuluje istnienie, obok Kościoła, jego nieprzyjaciół – antychrześcijaństwa. Po upadku komunizmu, ostatniego wielkiego
"konstrukcyjnego marzenia” XX w., współczesny horyzont charakteryzuje powiew nihilistycznego relatywizmu. Ten nihilizm stanowi prawdziwą istotę antychrystianizmu, który nie polega na tym, co zamierza zbudować, ale na tym co zamierza zniszczyć. Dzisiaj strategia rewolucyjna polega na przemienianiu kościołów nie na muzea ateizmu, jak w epoce sowieckiej, ale w hotele i supermarkety oraz na równoczesnym ofiarowaniu alternatywnej odpowiedzi na potrzebę sacrum, zwielokrotniając budowy meczetów i minaretów w imię fałszywej religii. Nowe wcielenie znajduje ona dzisiaj w propozycji religii mahometańskiej. Islam staje się komunizmem dwudziestego pierwszego wieku, proponując na nowo Zachodowi, w nowych terminach, wymiar mesjański i pseudo-religijny dwudziestowiecznego totalitaryzmu. Odpowiadając na wrodzoną człowiekowi potrzebę sacrum, islam proponuje jej surogat,
nie żądając żadnego realnego poświęcenia. Islam jest religią prymitywną, ale wspieraną przez niektóre najbogatsze państwa i przez OCI, Międzynarodową Konferencję Islamską, instytucję, która zrzesza 58 krajów muzułmańskich, które starają się wspierać Islam na świecie, podczas gdy Europa usuwa korzenie chrześcijańskie ze swojej konstytucji i sankcjonuje przestępstwo „islamofobii”. Otchłań dzieli religię chrześcijańską i muzułmańską, nie tylko z racji muzułmańskiego odrzucenia idei Trójcy Świętej, ale też z powodu materialistycznej koncepcji wieczności, która charakteryzuje Islam. Islam, z racji swego materializmu i hedonizmu, jest bliższy komunizmowi i relatywizmowi niż Chrześcijaństwu. Możemy powiedzieć, że jeśli komunizm Marksa przenosił raj na ziemię, to religia Mahometa przenosi ziemskie przyjemności do raju. Jeśli komunizm był świecką religią, to Islam ze swej strony sekularyzuje raj. W obu przypadkach, komunizmu i Islamu, stajemy wobec koncepcji całkowicie różnej niż propozycja duchowej tradycji chrześcijaństwa. Wobec wyzwań prezentowanych przez dyktaturę relatywizmu i Islamu, który każdego dnia zdobywa nowe terytoria, katolicy mają prawo i obowiązek proponować filozofię polityczną i teologię historii opartą na trwałych zasadach ich Tradycji, w przekonaniu, że tylko w tej Tradycji, żywej, bo odnawiającej się codziennie w bezkrwawej Ofierze Krzyża, jest przyszłość ludzkości. Katolicy muszą odzyskać waleczną koncepcję Chrześcijaństwa, w przekonaniu, że pomiędzy dobrem i złem, między prawdą i kłamstwem, między Kościołem i jego wrogami nie ma kompromisu i niemożliwy jest rozejm, ale tylko antagonizm i walka. Ta walka skończy się dopiero przy końcu czasów. Jedną z przyczyn przegranej katolików w drugiej połowie dwudziestego wieku była utrata wizji Kościoła walczącego
i teologii historii, którą ona zakłada.

 

 

drukuj