[Jestem w Kościele] Na wojnie z religią
Rozpoczął się kolejny rok szkolny, w którym rzuca się kłody pod nogi dzieciom chcącym uczęszczać na religie, ich rodzicom oraz katechetom. Widać to choćby po planach zajęć, które gdzieniegdzie są konstruowane tak, aby utrudnić udział w tych zajęciach. Aby uczestniczyć w katechezie wielu uczniów musi być w szkole nawet na 7.00 rano, bądź zostawać do późna, co stanowi problem zwłaszcza dla dojeżdżających, którzy niekiedy są zmuszeni do rezygnacji z religii. To efekt działań Ministerstwa Edukacji Narodowej, które w oczywisty sposób dyskryminują ludzi wierzących.
Tak właśnie wygląda rzeczywistość w kraju, w którym prawie 90 proc. deklaruje przynależność do Kościoła katolickiego. Prawa tej miażdżącej większości są jednak w jawny sposób naruszane. Warto zatem przypomnieć, że religia jest jedynym przedmiotem szkolnym wymienionym wprost w Konstytucji RP. Co więcej, to nie jest nasz polski, „zacofany” wymysł. W zdecydowanej większości państw Europy lekcje religii są finansowane ze środków publicznych i odbywają się na terenie szkół. W niektórych krajach zajęcia te są nawet obowiązkowe! I wcale nie chodzi tu o religioznawstwo, które jest nauczane tylko w kilku państwach. Standardem jest model konfesyjny, dokładnie taki, jak w Polsce.
Na osobny wątek zasługują problemy katechetów. Nie tak dawno upublicznione zostały dane MEN, wedle których w minionym roku szkolnym w wyniku bezprawnych działań ograniczających lekcje religii do jednej godziny w tygodniu pracę straciło 4,5 tys. nauczycieli tego przedmiotu. Minister edukacji, Barbara Nowacka, w odpowiedzi do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich miała jeszcze czelność stwierdzić, że nie są to masowe zwolnienia.
Stowarzyszenie Katechetów Świeckich wskazało jednak, że te dane to tylko wierzchołek góry lodowej, bo co najmniej drugie tyle zostało wypchniętych z zawodu poprzez tzw. ukryte bezrobocie, a więc np. urlopy dla poratowania zdrowia, wcześniejsze emerytury czy nauczycielskie świadczenia kompensacyjne. W takiej sytuacji katecheci ratują się jak mogą, choćby dzieląc się godzinami ze swoimi kolegami i koleżankami z pracy. Warto również docenić tych księży, którzy ustąpili miejsca świeckim. Niestety nie jest to jednak regułą, choć zarobki nauczycieli są śmiesznie niskie, a rodzinę trzeba przecież jakoś utrzymać.
Dlatego pomysł, by udział w lekcjach religii bądź etyki był obowiązkowy, a wyboru dokonywaliby rodzice lub pełnoletni uczniowie, jest chyba w obecnej sytuacji najlepszym możliwym rozwiązaniem. Z jednej strony nie będzie to generować takich trudności z układaniem planów zajęć, z drugiej zaś, gwarantuje, że każdy uczeń będzie formowany w zakresie moralności. Jak bowiem widzieć w jasnych barwach przyszłość naszej ojczyzny, jeśli młode pokolenia będą kończyć edukację szkolną bez poznania fundamentalnych wartości etycznych? Czy chcemy Polski, w której rzesze ludzi nie dostąpią żadnego wychowania moralnego? Owszem, szkoła nigdy nie zastąpi rodziców, jednak z pewnością pełni niebagatelną rolę w kształtowaniu młodego człowieka, a co za tym idzie – naszej wspólnej przyszłości.
Wojciech Grzywacz


