Fot. Wikipedia

Błogosławiona wina

Wkroczyliśmy w Wielki Tydzień – ostatni etap przygotowań do świętowania zwycięstwa Chrystusa, najpierw nad naszymi grzechami. Rozmyślając nad szczegółami tego zwycięstwa – oglądając w męce Chrystusa straszliwe koszty naszej zdrady własnego człowieczeństwa i jego Boskiego Dawcy – otwieramy się na finał tych dni. Będziemy wtedy nawet sławić swoje moralne winy!

„Błogosławiona wina, która ma takiego Odkupiciela”! To dziękczynienie próbuje się nam jednak odebrać na rozmaite sposoby, ale ich wspólnym mianownikiem jest grabież naszego rozumu. Wprawdzie nie możemy przestać być istotami rozumnymi, jednak możemy z własnego rozumu korzystać niewłaściwie, zapomnieć o nim lub też sparaliżować jego działalność. Zwłaszcza odnośnie do rozpoznania własnej winy.

Niejednokrotnie opowiada się nam, że nie mamy żadnych moralnych win, jeśli tylko działamy zgodnie z własnym sumieniem. Owo sumienie rozumie się zatem jako jakąś ślepą wyrocznię dekretującą rozmaite nakazy i zakazy, które należy przyjąć, a nie rozważać je w oparciu o rozpoznanie obiektywnej rzeczywistości, dzięki także pomocy innych ludzi, a nawet pomocy Boga. Tymczasem sumienie to głos naszego rozumu, czyli niejako światła odsłaniającego obiektywną rzeczywistość. A zatem nie wystarczy się w życiu pytać: czy postępuję zgodnie z sumieniem. Czy pytalibyśmy o to Poncjusza Piłata lub Judasza? Trzeba jeszcze stawiać sobie pytanie: czy dbam o sumienie, czyli – czy staram się je uzgadniać z rzeczywistością?

Zlekceważenie tych pytań w duszpasterstwie – na fali rebelii wobec „Humanae vitae” Pawła VI, pod hasłem „szacunku dla sumień” – pokryło kurzem nie tylko konfesjonały, ale także kołyski, a poziom erotyki dorównał wzorom telewizyjnych tasiemców. Gwałtownie podstarzałą Europę targnęły zaś niedające się powstrzymać konwulsje wisielczego humoru, hałaśliwej rozrywki i szyderczego rechotu ze świętości (dobiegające ostatnio z Poznania). Jest to znak rozpoznawczy śmiertelnej rozpaczy, jak to w przeszłości zdarzało się zawsze podczas wielkich epidemii (np. dżumy w Atenach, podczas wojny peloponeskiej). Takie humory trapiły również epokę reformacji. Według Lutra, ludzki rozum jest niczym publiczna kobieta – mówiąc własnymi słowami, darując Czytelnikom cytat z wypowiedzi ojca reformacji. Jego zdaniem, rozumowi nie można zaufać, bo został zniszczony przez grzech pierworodny. Wśród „zreformowanych” zapanowała wtedy prawdziwa epidemia samobójstw, niczym w dzisiejszej Szwecji wśród dzieci i młodzieży zmuszonych do uczestniczenia w „edukacji” seksualnej. Seksualna deprawacja skuteczniej ograbia z poczucia winy, bo mocniej paraliżuje rozum, a z tego powodu napełnia jeszcze bardziej śmiertelnym lękiem niż zwodzenie „religijnych” reformatorów.

Ograbić nas z „błogosławionej winy” próbują też niektórzy naukowcy. Jakże budować jakąkolwiek ludzką cywilizację – czyli cywilizację szacunku dla ludzkiego rozumu – z bioetykami z PAN (z godnymi uwagi dwoma szlachetnymi wyjątkami) żądającymi – jak to niedawno słyszeliśmy – aby nasza służba zdrowia, a w konsekwencji także wszyscy obywatele, nie działali zgodnie z sumieniem (rozumem) w przestrzeni publicznej, tylko ślepo słuchali nakazów władzy, włączając się w proceder zabijania nienarodzonych dzieci? Sumienie jest dla tych „bioetyków” niczym wyrostek robaczkowy: najlepiej jeśli się nie odzywa, a jeśli się odezwie, to trzeba go wyciąć lub pójść do lekarza po tabletki, aby zapanował święty spokój. Ze zbyt bolesnym poczuciem winy trzeba też pójść do psychologa, aby przewietrzył zakamarki pamięci po pobożnej babci i księdzu katechecie; genderowo je też rozmasował. Święconka będzie wtedy smakowała, a nawet dyngusa z radością się przyjmie w garniturze.

Ale bez poczucia realnej winy – winy, której nie da się samemu odwołać, znihilować – nie ma też „Zbawiciela”, a pozostaje tylko piekielny rechot rozpaczy.

Marek Czachorowski

drukuj