fot. PAP/EPA

USA: w Izbie Reprezentantów będzie trudno o zgodę ws. Syrii

Choć komisja Senatu zagłosowała za interwencją w Syrii, pozostają wątpliwości, czy także Izba Reprezentantów udzieli na nią zgody prezydentowi USA. Jeden z think tanków podliczy, że ok. 200 kongresmenów publicznie wyrażało swój sprzeciw lub silny sceptycyzm.

Lewicowy think tank ThinkProgress przeanalizował publiczne oświadczenia ponad 400 kongresmenów Izby Reprezentantów i doszedł do wniosku, że „200 parlamentarzystów albo zdecydowanie odrzuciło wsparcie interwencji, albo powiedziało, że najprawdopodobniej jej nie poprze”. „Tylko 49 z 400 członków Izby Reprezentantów powiedziało, że na pewno bądź najprawdopodobniej zagłosuje +za+” – czytamy w opublikowanej w czwartek analizie.

Aż 151 kongresmenów publicznie powiedziało, że nie wie jeszcze, jak zagłosuje; natomiast w przypadku 33 członków Izby Reprezentantów nie udało się uzyskać informacji o ich stanowiskach. Autorzy analizy zastrzegają, że w sumie aż 361 kongresmenów nie zdecydowało, bądź może jeszcze zmienić stanowisko. Te liczby odzwierciedlają zapowiedzi ekspertów, że w zdominowanej przez opozycyjnych Republikanów Izbie Reprezentantów prezydentowi Barackowi Obamie znacznie trudniej będzie uzyskać zgodę na ograniczoną interwencję wojskową niż w Senacie, gdzie większość mają Demokraci.

Środowe przesłuchanie ws. Syrii w komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów pokazało, że Obamę mogą zawieść także niektórzy Demokraci, zwłaszcza z liberalnego skrzydła. Głośno wyrażali wątpliwości co de sensu interwencji. „Gdybym miał głosować dziś, to powiedziałbym +nie+” – powiedział prominentny kongresmen Demokratów Emanuel Cleaver z Missouri. „Musimy wziąć pod uwagę dwie sprawy – tłumaczył reprezentujący Nowy Jork Haakeem Jeffries. – Prestiż administracji, którą silnie popieramy, kontra niekończący się konflikt na Bliskim Wschodzie, który – jeśli wojna wybuchnie – stanowi zagrożenie dla życia ludzi, których reprezentujemy”.

W środę komisja spraw zagranicznych Senatu przyjęła już swe stanowisko, zgadzając się na użycie siły w Syrii. Rezolucja zastrzega, że działania będą prowadzone w ograniczonym zakresie (bez udziału żołnierzy wojsk lądowych) i czasie (do 60 dni, a prezydent będzie mógł ją przedłużyć o kolejne 30, chyba że Kongres wyrazi sprzeciw). Ale poparcie dla rezolucji nie było imponujące. Za głosowało 10, a przeciw 7 senatorów. Głosowanie pokazało też, że linia podziałów nie przebiega idealnie wzdłuż partii politycznych. Za głosowało siedmiu Demokratów i trzech Republikanów. Dwóch demokratycznych senatorów przyłączyło się natomiast do pięciu Republikanów, którzy zagłosowali przeciw.

Administracja USA od kilku dni usilnie zabiega w Kongresie o zgodę na ograniczoną interwencję w Syrii. Przeprowadzone są wielogodzinne przesłuchania w komisjach parlamentarnych, briefingi telefoniczne, spotkania za zamkniętymi drzwiami, na których pokazywane są objęte klauzulą tajności dowody, że to reżim Baszara el-Asada użył 21 sierpnia pod Damaszkiem broni chemicznej zabijając ponad 1400 osób. Sekretarz stanu John Kerry i szef Pentagonu Chuck Hagel przekonywali też, że brak reakcji USA podważyłby wiarygodność Stanów Zjednoczonych i stanowiłby zagrożenie bezpieczeństwa narodowego USA i ich sojuszników, jak Izrael czy Jordania.

Parlamentarzyści nie kwestionowali dowodów, że to reżim Asada – jak twierdzi rząd USA – użył gazów bojowych wobec własnych obywateli. Nastrój podczas przesłuchań w Kongresie pokazuje, że – pomni wojny w Iraku – boją się, że konflikt w Syrii mógłby przerodzić się w długą i kosztowną dla USA w ofiary wojnę, której nie chce społeczeństwo. Według wtorkowego sondażu Pew Reserach Center, tylko 29 proc.

Amerykanów popiera uderzenie na Syrię, a 48 proc. jest temu przeciwnych. „Niektórzy mówią, że bombardowanie to nie wojna. Miejmy nadzieję, że nie będzie ofiar po naszej stronie. Ale nie możemy udawać, że nie rozpoczynamy wojny” – powiedział republikański senator Randal Paul, który zagłosował przeciw rezolucji. To on przewodzi najbardziej przeciwnemu interwencji skrzydłu Partii Republikańskiej, związanemu z Tea Party. W przeciwieństwie do tzw. jastrzębi, ci tzw. minimaliści opowiadają się za ideą izolacjonizmu w polityce zagranicznej USA.

PAP

drukuj