Fot. Agnieszka Radzik

[TYLKO U NAS] M. Miśko: Obecnie nie ma potrzeby, aby wybijać zdrowe zwierzęta. Gdy norki amerykańskie chorują na koronawirusa, to wcale go nie mutują, a w ciągu dwóch tygodni nabierają przeciwciał. Poza tym są szczepionki

Obecnie nie ma takiej potrzeby, aby wybijać zdrowe zwierzęta. Tym bardziej, że mamy już ponad rok, od kiedy rozpoczęła się pandemia. (…) Skoro norki amerykańskie miały masowo umierać na koronawirusa, skoro miały masowo mutować tego wirusa w sobie i zarażać nim ludzi, pytam: gdzie są te setki, tysiące martwych hodowców norek? (…)  Okazało się, że gdy norki amerykańskie chorują na koronawirusa, to wcale go nie mutują, a po drugie – w ciągu dwóch tygodni nabierają przeciwciał, a po trzecie – mamy szczepionki – mówił w programie „Wieś to też Polska” w TV Trwam Marek Miśko, dyrektor generalny Związku Polski Przemysł Futrzarski.   

W programie poruszona została kwestia stanu sanitarno-epidemiologicznego w hodowli i chowie zwierząt w Polsce. W tym kontekście Marek Miśko opowiedział o wydarzeniach z Wielkopolski, gdzie rolnicy blokowali gospodarstwa przed działaniami służb weterynaryjnych i firmy utylizacyjnej, które chciały wybić zdrowe świnie w związku ze stwierdzeniem w jednym z gospodarstw przypadków ASF.

W 11 gospodarstwach pojawili się lekarze weterynarii, którzy przekazali rolnikom informację, że muszą wybić wszystkie swoje zdrowe zwierzęta – tylko dlatego, że te gospodarstwa znalazły się w strefie zapowietrzonej, a w przyszłości te gospodarstwa mogą liczyć się z tym, że zwierzęta zachorują. Wytłumaczę, na czym polega proces zarabiania pieniędzy na wsi, bo przecież nie wszyscy muszą to wiedzieć. (…) Na wsi trzeba zainwestować mnóstwo pieniędzy, aby móc odchować zwierzę, to są nasze prywatne pieniądze lub pieniądze wzięte z pożyczek, kredytów. Hodujemy to zwierzę, aby móc w ostateczności na nim zarobić, w zależności od tego, jak kończy się cykl rozrodowy tego zwierzęcia, chowania tego zwierzęcia (w przypadku norek jest to kilka miesięcy, w przypadku drobiu jest to znaczenie krótszy czas, w przypadku trzody chlewnej trochę wydłużony) – wyjaśnił.

– Teraz ci właściciele, polscy rolnicy z małych gospodarstw (mówimy o 11 gospodarstwach i łącznie 500 zwierzętach), otrzymują z dnia na dzień informację, że muszą wybić swoje zwierzęta co do nogi, bo ASF. Załóżmy więc, że urzędnicy są w prawie, mają rację. Ja tu się nie sprzeczam, być może jest taka specyfika naukowa, że jeżeli jest strefa zapowietrzona, to trzeba wybijać zdrowe zwierzęta, chociaż osobiście w to nie wierzę. Natomiast, co się dzieje tam, na miejscu? Przychodzi lekarz weterynarii, mówi, że zabije rolnikowi jego roczną czy dwuletnią pracę i nie daje na to żadnego pokwitowania. To miało miejsce w Wielkopolsce w wykonaniu państwowych powiatowych lekarzy weterynarii. Ja zakładam, że w cywilizowanym państwie prawa powinna nastąpić taka sytuacja, w której lekarz, który urzędowo musi podjąć decyzję o zabiciu zwierząt, przynosi protokół państwowy, spisuje protokół, waży zwierzęta, sprawdza ich masę, sprawdza ich wielkość, sprawdza ich wiek, wycenia te zwierzęta i dopiero później przystępuje do urzędowej czynności – akcentował gość TV Trwam.

Dyrektor generalny Związku Polski Przemysł Futrzarski podkreślił, że przepisom dotyczącym wybijania zdrowych zwierząt powinien przyjrzeć się resort rolnictwa.

– Czy rzeczywiście jest potrzeba wybijania zdrowych stad zwierząt? Dlaczego nie robi się najpierw badań tych zwierząt, a dopiero potem podejmuje się kroki i działania? Przyjechał tam wóz, który miał wybić, zabrać te wybite zwierzęta. Rolnicy zaczęli to kręcić kamerami, dzisiaj każdy ma telefon komórkowy, więc każdy może udokumentować i przedstawić szerokiej publiczności, jakie działania są podejmowane w konkretnych przypadkach. I okazało się, że ten wóz nie był przygotowany do przewozu martwych zwierząt, miał dziury w pace, czyli ta krew, płyny ustrojowe pozostające po bitych zwierzętach wydostawałyby się na zewnątrz. Do czego by to doprowadziło? Że ten samochód, przejeżdżając tereny niezagrożone ASF, wprowadziłby wirusa do tych konkretnych stref. Jeżeli tak ma wyglądać opowiadanie o tym wielkim bezpieczeństwie sanitarnym, które panuje w państwie polskim, związanym z weterynarią, to ja przepraszam bardzo – powiedział.

Kwestia prewencyjnego wybijania zdrowych zwierząt dotyczy nie tylko trzody chlewnej, ale również zwierząt futerkowych. W ostatnich dniach głośnym echem odbiła się sprawa fermy norek w Powiecie Biała Podlaska. U trzech zwierząt wykryto zakażenie koronawirusem, w związku z czym ma zostać wybite całe, liczące 37 tys. sztuk, stado o wartości szacowanej na 17 mln złotych. Co istotne, właścicielowi z tytułu likwidacji hodowli nie będzie przysługiwało odszkodowanie [więcej].

– Obecnie nie ma takiej potrzeby, aby wybijać zdrowe zwierzęta. Tym bardziej, że mamy już ponad rok, od kiedy rozpoczęła się pandemia. 6 milionów norek w ubiegłym roku, 6 mln norek w tym roku, mówiono, że to jest takie straszne zagrożenie dla człowieka, że to jest tak straszne zagrożenie dla zwierząt. Gdzie w takim razie są upadki tych zwierząt? Skoro norki amerykańskie miały masowo umierać na koronawirusa, skoro miały masowo mutować tego wirusa w sobie i zarażać nim ludzi, pytam: gdzie są te setki, tysiące martwych hodowców norek, którzy codziennie przychodząc do swojej pracy, byliby przecież według tej teorii zarażani od tych norek, mutowałyby te wirusy i wszyscy ponosilibyśmy tego konsekwencje. Okazało się, że te naukowe zapewnienia były przedwczesne. Naukowcy też dopiero odnajdują się w tych wszystkich sytuacjach, badają, gdzie jesteśmy. Okazało się, że gdy norki amerykańskie chorują na koronawirusa, to wcale go nie mutują, a po drugie – w ciągu dwóch tygodni nabierają przeciwciał, a po trzecie – mamy szczepionki. Myślę więc, że rujnowanie ludziom życia nawet nie przystoi etycznie – podkreślił Marek Miśko.

Gość TV Trwam zwrócił uwagę na bierność ekologów w omawianych sytuacjach.

– Gdzie są ekolodzy? Kiedy ma być odstrzał sanitarny dzików, również do prośnych loch, ekolodzy wychodzą, wchodzą pod lufy myśliwym. Gdzie są teraz ekolodzy i dlaczego nie protestują, że urzędnicy państwowi chcą zabijać trzodę chlewną i maciory z sześcioma prosiętami w brzuchu? Bo oni oczywiście uważają, że te prosięta to są dzieci, ale kiedy chodzi o ludzi, to już nie są dzieci, tylko embriony. To jest taki zlewicowany świat, któremu osobiście się przeciwstawiam – zaznaczył dyrektor generalny Związku Polski Przemysł Futrzarski.

radiomaryja.pl

drukuj