Twarzą w twarz z diabłem. Ostatnie słowo należy do Boga
Zanim trafiła do świata mody, padła ofiarą handlu ludźmi. Była więziona i zmuszana do pracy w nocnym klubie. Po ucieczce sceną jej kariery stał się Mediolan. Czerwone dywany, aprobata ze strony światowych sław czy okładki gazet nie dały jej jednak pokoju. Gojenie ran rozpoczęło się w Medjugorie. Ale to nie koniec historii Ani Golędzinowskiej. „Twarzą w twarz z diabłem” to świadectwo sześcioletniej walki o uwolnienie i egzorcyzmów prowadzonych przez o. Gabriele Amortha czy o. Cipriano de Meo. „W tej książce chcę opowiedzieć, że zło naprawdę istnieje. Ale chcę też krzyczeć, że nigdy nie ma ono ostatniego słowa” – podkreśla.
„Twarzą w twarz z diabłem” – wbrew pozorom jest to historia nie o ciemności, ale o Świetle.
Tak, przede wszystkim jest to książka o mocy Boga. Podczas mojej drogi uwolnienia wiele razy spotkałam się twarzą w twarz ze złym duchem, ale Pan Bóg jest o wiele silniejszy, i to On ma ostatnie słowo.
Ta walka ze złem była bardzo wymagająca. Wiele Pani cierpiała podczas sześciu lat egzorcyzmów.
Zły duch podczas egzorcyzmu z o. Gabrielem Amorthem powiedział: „To ja, szatan. Jestem tu z całym osiedlem”. Dał do zrozumienia, że jest ich we mnie dużo. Wiele razy słychać było różne głosy, które nawet kłóciły się między sobą. Takie realia miały miejsce podczas egzorcyzmów. Walka była trudna, ale muszę powiedzieć, że w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że cierpienie jest łaską – mogę je ofiarować za druga osobę czy za dusze w czyśćcu. Podczas jednego z egzorcyzmów przyszły takie dusze, wszystkie ubrane na czarno. Słyszałam i czułam ich potrzebę naszej modlitwy. Przez cały tydzień ofiarowałam za nie wszystkie moje udręki, pościłam, modliłam się. Jak następnym razem przyszły, nie były już ubrane na czarno, ale miały na sobie szarawe, jaśniejsze kolory. Wiedziałam już, że nasze modlitwy, tutaj z ziemi, i cierpienia, które możemy ofiarować za innych, są naprawdę ważne.
W czasie egzorcyzmów zły duch dawał znać, jak bardzo nienawidzi czystości i rodziny.
Ktoś mógłby pomyśleć, że moja historia zniewolenia była następstwem dawnego życia – praca w Mediolanie jako modelka, seks, narkotyki, rock’n’roll… A tak naprawdę nie można czegoś takiego stwierdzić, analizując nagrania moich sześcioletnich egzorcyzmów. Wiele razy zły duch ujawniał nienawiść do czystości. Mówił, że chce mnie zniszczyć, ponieważ odbieram mu bardzo wielu młodych ludzi. Wówczas z włoskim Ruchem Czystych Serc, który założyłam, prowadziliśmy młodzież do czystości. Szatan powtarzał, że to mu się nie podoba, że chce, żeby młodzież była nieczysta, bo wtedy będzie jego. Diabeł dzisiaj się nie pokazuje. Jeżeli on doprowadzi nas do nieczystości serca, do nieczystości ciała, to o wiele łatwiej będzie mu manewrować naszym życiem. Chce, żebyśmy zapomnieli o Świetle, o Panu Bogu. Podczas egzorcyzmów mówił, że nienawidzi małżeństwa, że chce, żeby wszystkie małżeństwa zostały rozwalone, i że nie lubi, kiedy państwo młodzi składają przysięgę przed Jezusem. Oczywiście nie nazywał Go Jezusem, tylko „tym wstrętnym”, używał też wielu innych obrazoburczych określeń.
Podczas egzorcyzmów do pomocy są wołani święci. W czasie jednego z nich przyszła Maria Goretti – święta męczennica, która umarła, bo nie chciała stracić czystości. Zły duch wiele razy mówił, że ona go bardzo denerwuje, że miała wszystko, czyli świętość, czystość, światło, i że robił wszystko, żeby się „pobrudziła”. Na czystości wszystko się opiera – „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8). Możesz być dziewicą, ale jak nie masz czystego serca, jak nienawidzisz innych, to nie jesteś czysta. Chodzi o coś takiego kompletnego. Szatan bardzo tego nie lubi.
W uwolnieniu pomagał także nasz wielki rodak – św. Jan Paweł II.
Tak, wiele razy Papież Polak był wzywany przez egzorcystę i przychodził. Dla Włochów wszyscy jesteśmy blondynami, więc szatan mówił o Janie Pawle II: „Przyszedł ten wstrętny blondyn”. Widać, bardzo mu przeszkadzał, kiedy przychodził. Kiedyś rozmawiałam na ten temat z panią Wandą Półtawską. Była bardzo zainteresowana, w końcu byli przyjaciółmi. Jan Paweł II już nie żył, gdy odbywały się nade mną egzorcyzmy.
Prowadziło Panią wielu znanych egzorcystów: wspomniany już o. Gabriel Amorth, także o. Cipriano de Meo oraz… o. Matteo da Agnone żyjący na przełomie XVI i XVII wieku.
Miałam ogromny zaszczyt być przy takich kapłanach. Ojciec Cipriano de Meo, jak celebrował Mszę Świętą, chociaż to był 90-letni staruszek i ledwo chodził – kiedy konsekrował hostię i wino, to cały stawał się narzędziem, przez które Pan Jezus się uobecniał. Zdawał się taki młody, potężny, pełny światła. Nigdzie indziej czegoś takiego nie widziałam. Myślę, że każdy ksiądz, który by się otworzył na taką wiarę, byłby właśnie narzędziem w rękach Chrystusa. Ojciec Cipriano to dla mnie święty na ziemi. O. Gabriel Amorth – podobnie. Nie widziałam, jak celebruje Mszę Świętą, ale w sercu miał ofiary opętań. Ze wszystkich egzorcystów, których poznałam, on najbardziej takie osoby rozumiał. Wyglądał groźnie, ale tak naprawdę bał się go tylko zły duch. Miał wielkie serce, był człowiekiem oddanym Matce Bożej, Panu Bogu i czystości. Bardzo się cieszył z tych wszystkich osób, które składają obietnice życia w czystości przed ślubem. Był dla mnie jak taki kochany dziadek. Jeśli chodzi o ojca Matteo, to – zabrzmi to dziwnie – umarł 400 lat temu, ale naprawdę nadal egzorcyzmuje. Podczas wielu nagrań słychać, jak od razu przychodził, kiedy modliliśmy się za jego wstawiennictwem. Zły duch momentalnie wpadał w szał. Jeden z moich najmocniejszych egzorcyzmów odbył się właśnie w Sierracapriola, gdzie znajduje się grób o. Matteo da Agnone. Gdy o. Cipriano mówił podczas modlitwy: „Tutaj spoczywają kości słynnego egzorcysty, o. Mateusza da Agnone, on umarł” i tak dalej, diabeł zaczynał krzyczeć: „On nie umarł! On żyje, on żyje!”. Dawał do zrozumienia, że to nie są tylko takie sobie kości, ale żywy o. Matteo. O innych jeszcze zdarzeniach przeczytacie w książce…
Uwolnienie od złego ducha przyszło w 2018 roku. Przez siedem lat Pani milczała. Dlaczego teraz postanowiła Pani przerwać ciszę i dać świadectwo?
Przez siedem lat żyłam tak naprawdę w ciszy. Nie chciałam z nikim rozmawiać o moich doświadczeniach. Musiałam do tego dojrzeć, nabrać dystansu, a przede wszystkim odbudować całe moje życie, które zostało zaorane do zera. Musiałam też wyleczyć się z cierpienia, które przeszłam. Ale w pewnym momencie poczułam, że nie mogę chować głowy w piasek, tylko powinnam dać świadectwo o tym, co Pan Bóg zrobił w moim życiu. Sam Pan Jezus, gdy uzdrawiał ludzi, to potem im mówił: „Teraz idź i powiedz wszystkim, co ja dla ciebie zrobiłem”, więc ukrywanie czegoś tak wielkiego byłoby tchórzostwem. Dlatego przerwałam ciszę. Wyszłam. Liczę się z tym, że ludzie mnie wyśmiewają. Niech robią, co chcą – mnie to nie interesuje. Ja muszę powiedzieć, co się stało. Tym bardziej teraz, kiedy świat w ogóle zapomniał o duchowości, a ludziom wydaje się, że to wszystko nie istnieje, że to jest jakieś średniowiecze. Człowiek zamiast iść do przodu, cofa się.

IV Ogólnopolski Modlitewny Kongres Małżeństw w Krakowie
Już kilka razy zaczynała Pani swoje życie zupełnie od nowa. Pierwszym impulsem do wkroczenia na drogę nawrócenia i wolności było przebaczenie w Medjugoriu. Przebaczenie tym, którzy Panią skrzywdzili.
Tak, przebaczenie w moim życiu było bardzo ważne. Często natrafiam na negatywne komentarze dotyczące Medjugoria, typu: „tam jeżdżą tylko opętani”. Bzdura. Jeżeli jesteś pod wpływem złego ducha, to on cię nie rusza, bo i po co? Już jesteś jego. Gdy udajesz się do świętych miejsc, gdzie ludzie nieustannie się modlą, i gdy się nawracasz – to wtedy zły atakuje. W Medjugoriu podczas drogi krzyżowej na górę Križevac usłyszałam głos: „Ania, ty musisz przebaczyć. Przebaczyć tym wszystkim, którzy cię skrzywdzili”. Kiedy pod tym białym krzyżem udało mi się wypowiedzieć słowa: „Wybaczam wam!”, coś w moim sercu się zmieniło; rozpadło się na tysiąc kawałków, jakby wcześniej przez lata było z kamienia. Udało mi się przebaczyć wszystkim. Od tamtej pory poczułam się wolna. Wielki ciężar, który nosiłam ze sobą, zostawiłam tam, na górze, podczas drogi krzyżowej.
I w Medjugoriu – miejscu szczególnie umiłowanym przez Maryję – została Pani na dłużej…
Po przebaczeniu wróciłam jeszcze do Mediolanu na rok, ale później poprosiłam o przyjęcie mnie w Medjugoriu. Mieszkałam u sióstr zakonnych przez dwa lata. Na początku nie miałam relacji z Matką Bożą, od razu zakochałam się w Panu Jezusie. Maryja nic dla mnie nie znaczyła. Wiem, że gdzieś tam była, ale mnie Ona nie interesowała. To się zmieniło, gdy rozpoczęły się nade mną egzorcyzmy. Wielokrotnie podczas nich przychodziła. Czuć było Jej obecność, ale nigdy nie stawała w pierwszym rzędzie, zawsze była jakby z tyłu. Wówczas przyjęłam Matkę Bożą do swojego serca. Pokora Maryi – nie chce stawać na pierwszym miejscu, tylko nas prowadzi do Jezusa i interweniuje jedynie w momencie, kiedy naprawdę jest to potrzebne – czyni Ją naprawdę wielką. Tę wielkość czuć właśnie w pokorze, gdy „jest mała”, nie chce się pokazywać. Jej olbrzymia miłość i wielkość, które przychodzą przez pokorę, sprawiły, że zakochałam się w Matce Bożej. Wiele razy podczas modlitw o uwolnienie była przy mnie.
Wraca Pani czasem do Medjugoria?
Wracam, wracam. W tym roku byłam dwa razy z młodzieżą.
Podczas spotkań z czytelnikami często wspomina Pani o swoim największym życiowym pragnieniu.
Tak naprawdę mam tylko jedno marzenie: któregoś dnia zostać świętą – świętą w oczach Boga. I by zasłużyć na niebo.
I tego Pani życzę.
Artykuł ukazał się w miesięczniku „W Naszej Rodzinie”.
Monika Tomaszek




