Paweł Wypych (z lewej) piastował funkcję doradcy Lecha Kaczyńskiego i sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta

Rodziny chcą prywatnych ekspertyz

Z Małgorzatą Wypych, wdową po Pawle Wypychu, ministrze w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej, rozmawia Marta Ziarnik

Kilka tygodni temu rodziny odbierały z Mińska Mazowieckiego przesyłki z pozostałymi rzeczami swoich bliskich. Pani też taką otrzymała?
– Nie, dlatego że wszystkie rzeczy, które mąż miał ze sobą w drodze do Katynia, odebrałam już wcześniej. Podejrzewam, że rzeczy, które w ostatnich tygodniach były dostarczane rodzinom, to były głównie te przedmioty, co do których wcześniej istniały wątpliwości, tzn. gdy np. więcej niż jedna rodzina się o nie ubiegała. Ewentualnie były to rzeczy opisane w albumach, które były udostępniane w Mińsku Mazowieckim.

Odzyskała Pani wyjątkowo wartościowy zegarek, który mąż otrzymał na 40. urodziny od przyjaciół?
– Niestety, do tej pory zegarka męża nie odzyskałam. Nie było go wśród rzeczy, które zostały przy nim znalezione na miejscu katastrofy.

Sądzi Pani, że mógł podzielić los pozostałych cennych przedmiotów, które zostały rozkradzione?
– Trudno powiedzieć. Pewne jest jedynie to, że tego zegarka nie ma. Jego brak sygnalizowałam już w Moskwie i do tej pory nikt mi nie był w stanie powiedzieć, co się z nim stało. Nie otrzymałam też żadnej odpowiedzi na pisma dotyczące zaginięcia tej cennej pamiątki po mężu.

Złożyła Pani w tej sprawie wniosek o popełnieniu przestępstwa?
– Jeszcze nie.

Z poprzedniego pytania wnioskuję, że była Pani osobiście w Moskwie identyfikować ciało męża?
– Tak. I na szczęście udało mi się to. Identyfikacja nastąpiła bardzo szybko. Z tego, co pamiętam, było to w poniedziałek i ciało męża znalazło się w tej pierwszej grupie, która przyleciała do Polski. Wróciłam dzień później. Bardzo się cieszę, że w moim przypadku była możliwość identyfikacji osobistej. Dzięki temu jestem na 100 proc. pewna, że w trumnie jest mój mąż.

Nie miała Pani zastrzeżeń co do organizacji i pracy pracowników prosektorium?
– Trudno tutaj mówić o zastrzeżeniach osobie, która pierwszy raz brała w czymś takim udział. Natomiast mając już wiedzę obecną, myślę, że dziś podjęłabym inne decyzje w niektórych kwestiach.

W jakich na przykład?
– Dzisiaj na pewno inaczej postąpiłabym w przypadku rzeczy, z którymi pochowany został mój mąż. Na pewno nie pozostawiłabym ponownie tej decyzji innym. Ale wtedy człowiek działał w olbrzymim szoku. Proszę też pamiętać, że my wszyscy tam obecni zostaliśmy postawieni przed bardzo traumatycznym przeżyciem i część osób nie pamięta bądź pamięta niektóre wydarzenia i rzeczy inaczej niż na przykład osoby nam towarzyszące. Dlatego czasami nawet trudno jest nam odtworzyć sobie w pamięci niektóre sytuacje. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że osiągnęłam swój cel, jakim było odnalezienie Pawła i przywiezienie go do Polski. Nic innego nie miało i nie ma dla mnie znaczenia, ani sposób traktowania nas, ani kłamstwa, które nam wmawiano.

Mąż był wysokim urzędnikiem państwowym. Czy po katastrofie otrzymała Pani z miejsca jego pracy potrzebne wsparcie?
– Proszę pamiętać, że od razu po katastrofie w miejscu pracy mojego męża nastąpiła bardzo duża zmiana i w jej trakcie zdawałam sobie z tego sprawę. Wiedziałam, że od teraz kto inny będzie gospodarzem tego miejsca. Dzięki temu raczej niczego się nie spodziewałam, niczego nie oczekiwałam. Niemniej uważam, że pomoc, którą dostałam ze strony Kancelarii Prezydenta, była właściwa. Zwłaszcza że wiele pozostałych wdów spotkało się z dużą obojętnością w miejscach pracy swoich mężów.

W jaki sposób, jako prawnik, ocenia Pani śledztwo smoleńskie? Podziela Pani przekonanie premiera Donalda Tuska, że w tej sprawie zrobiono wszystko, co konieczne?
– Absolutnie nie. Jak pani wspomniała, z wykształcenia jestem prawnikiem i patrzę na tę kwestię w prawnym kontekście. Wielokrotnie też poruszałam ten temat z moimi kolegami po fachu czy też z pełnomocnikiem i za każdym razem jednogłośnie stwierdzaliśmy, że szalenie istotna jest kwestia naszej dostępności do dokumentacji i do dowodów. Zwłaszcza do tego najważniejszego, czyli do wraku tupolewa. I nie da się ukryć, że już chociażby w tym temacie nic nie jest zrobione. Dziś już niestety można powiedzieć, że to zostało zaprzepaszczone. W przypadku katastrof czy też wypadków drogowych, o tym, jak to przebiegało, wnioskuje się na podstawie efektów końcowych, czyli tego, co było na miejscu zdarzenia. Dlatego ta dokumentacja, szkice itp. są bardzo istotne, żeby to można było wszystko odtworzyć jak najdokładniej. W przypadku katastrofy smoleńskiej, tak jak pokazują zdarzenia i cała historia, to nie do końca zostało zrobione. Zostały zaprzepaszczone tzw. złote 24 godziny, które może nie przynoszą odpowiedzi na wszystkie pytania, ale mogą do nich szybko doprowadzić. Nie będę się zagłębiać w to, czy to mogło zostać zrobione, czy też nie, ponieważ obecne ustalenia wskazują, że jednak działania podejmowane z naszej strony, czyli ze strony Polski, mogły być inne. A mówienie w tym momencie, że coś nas przerosło, jest takim chowaniem głowy w piasek. To nie był zwyczajny wypadek, już nie tylko pod względem okoliczności – bo o tym nie należy przesądzać (choć obecne badania wskazują, że to niekoniecznie był nieszczęśliwy wypadek) – ale zwłaszcza pod względem rangi osób, które w nim zginęły. W tym samolocie leciał nie tylko prezydent Polski, ale także wielu parlamentarzystów, członkowie rodzin katyńskich, generałowie i ważni politycy. Pomimo tego, że strata ta jest dla Polski olbrzymia, katastrofa została potraktowana jako zwykły nieszczęśliwy wypadek i szybko przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. A tak nie powinno być.

Rodziny, które wskazują na nieprawidłowości w dochodzeniu, są jednak atakowane.
– Uderza się w osoby, które pokazują, że jednak nie wszystko jest w porządku, i które walczą z takim narzucaniem nam z góry przyjętej teorii wbrew faktom. A te zaczynają coraz bardziej wychodzić na jaw. Wystarczy spojrzeć na wyniki badań profesorów z USA, na wyniki sekcji zwłok wykonanych w Moskwie i tych późniejszych itp. A tak naprawdę, im mniej by było niewyjaśnionych sytuacji, tym sprawa ta byłaby prostsza, nie byłoby takich, nazwijmy to, teorii spiskowych, które – ku przerażeniu nas wszystkich – zaczynają jednak iść w stronę prawdy.

Mówi Pani o ustaleniach profesorów Biniendy i Nowaczyka?
– Tak. Ale proszę zauważyć, że ustalenia tych ekspertów pociągają za sobą kolejne. Profesor Binienda był niedawno w Polsce, gdzie spotykał się z naukowcami, którym przedstawiał swoje badania. I pomimo że jest pewne grono krytyków jego badań, do tej pory nie ma żadnych merytorycznych kontrargumentów do tego, co on przedstawił. Profesor Binienda i pozostali opierają się w swojej pracy na metodach ściśle naukowych, więc jeżeli z przeprowadzonych eksperymentów i symulacji wychodzi to, o czym oni mówią, to należy się nad tym naprawdę poważnie zastanowić. I opinie profesorów po spotkaniach, o których mowa, wskazują na to, że przypisanie tej tragedii tylko jednemu czynnikowi w postaci błędu pilota i brzozy stawia dotychczasowe śledztwo pod olbrzymim znakiem zapytania. Pytanie, co jeszcze – w trakcie dalszych badań – stanie pod tym znakiem zapytania? Tak naprawdę to tylko dzięki ich pracy jesteśmy w innym miejscu, niż byliśmy jeszcze kilkanaście miesięcy temu, kiedy większość skłaniała się do tego, że to mógł być rzeczywiście nieszczęśliwy wypadek. Nauka pokazuje jednak, że niestety mogło być zupełnie inaczej…

Nie po drodze jej jednak z tymi, którzy odpowiadają za śledztwo.
– Na szczęście nauka nie ma obywatelstwa i przynależności partyjnej. Dlatego jestem optymistycznie nastawiona, choć niewątpliwie idzie to w tragicznym kierunku. Bo jeśli rzeczywiście okaże się, że do tej katastrofy przyczyniły się osoby trzecie – obojętnie w jaki sposób – to stawia to pod znakiem zapytania absolutnie wszystko.

Sądzi Pani, że polskie i rosyjskie władze przyjmą te logiczne, naukowe dowody, skoro przeczą one wszystkiemu, co do tej pory uskuteczniano?
– Przede wszystkim jestem zwolenniczką powiedzenia, że prawda zawsze zwycięży. I nawet jeśli ona będzie bardzo bolesna, to i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw. Władza to są ludzie, poszczególne osoby, które mają głowę i które potrafią logicznie myśleć, i naprawdę wierzę, że zwycięży zdrowy rozsądek. Proszę chociażby zauważyć, jak szybko zwiększa się grupa rodzin smoleńskich, które zaczynają z uwagą przysłuchiwać się wynikom badań profesorów z USA. Przyznam pani szczerze, że sama jeszcze kilka miesięcy temu byłam jedną z pierwszych osób, które gdy pojawiały się głosy, iż mógł to być zamach, pukały się w głowę.

Co w takim razie wpłynęło na zmianę Pani podejścia?
– Po prostu gdy trzeźwo spojrzy się na fakty i porozmawia z osobami, które nie są związane z tą sprawą emocjonalnie czy politycznie, do człowieka zaczynają docierać pewne sprawy, pewne wnioski. Z czasem, patrząc na to z dystansem, zaczęłam rozumieć, że coś jest nie tak, że coś się nie zgadza. I coraz więcej osób dochodzi do podobnych wniosków. Są pewne elementy, które nie pozwalają już bezkrytycznie podejść do tej sprawy i do dotychczasowego śledztwa. Podobnie jak pewne niuanse sprawiły, że wyszła na jaw prawda o tym, iż Gibraltar to nie była zwykła katastrofa czy że w Katyniu doszło do bestialskiego mordu NKWD na polskich oficerach. Nasi bliscy lecieli na ich groby 10 kwietnia 2010 roku po to, by utrwalić w świadomości Polaków i świata tę prawdę, i ten cel osiągnęli… Ale wracając do pani pytania, to najwięcej do myślenia dały mi kolejne badania profesorów z USA i Australii i płynące z nich wnioski. W połączeniu z potrzebą, którą – zapewne tak jak i pozostałe rodziny – odczuwam wewnętrznie, czyli potrzebą stworzenia spójnego i logicznego obrazu tego, co się rzeczywiście tam stało, obrazu, który nie będzie – tak jak wszystko, co nam do tej pory się przedstawia – dysonansem, zaczęłam głęboko się nad tym zastanawiać i logicznie analizować. I z tego, co wiem, podobnie myślących i działających osób jest coraz więcej. Coraz więcej rodzin chce na własną rękę dochodzić prawdy. A że jest to zgodne z prawem, nikt nie powinien tutaj mieć żadnych uwag.

Co dokładnie ma Pani na myśli, mówiąc, że rodziny na własną rękę dochodzą prawdy?
– Mam tu na myśli chociażby to, że kolejne rodziny decydują się na prywatne ekspertyzy (m.in. chemiczne) czy sekcje zwłok, które później mogą zostać wykorzystane jako dowody w sprawie. Coraz więcej osób decyduje się także na spotkania zagraniczne, podczas których dzielą się naszymi trudnymi doświadczeniami i szukają wsparcia w dążeniu do wyjaśnienia tej tragedii. I to jest normalne, bo wydarzyło się coś zupełnie dla wszystkich – nie tylko dla nas, rodzin – niewyobrażalnego, więc próbujemy to w końcu wyjaśnić. A musimy działać szybko, ponieważ czas działa, niestety, na naszą niekorzyść.
Proszę zauważyć, że dwa lata po katastrofie mamy już inny ogląd wielu spraw niż tuż po niej. I ma pani rację, bo 10 kwietnia 2010 roku faktycznie zostały poczynione pewne posunięcia, które są zagadkowe. Ale jak już powiedziałam, prędzej czy później to się wyjaśni. Te ostatnie spotkania prof. Biniendy z polskimi naukowcami i olbrzymie nimi zainteresowanie dowodzą, że tego, co zostało zapoczątkowane przez naukowców, już nie da się zatrzymać.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj