
Red. W. Kozioł o rakiecie na Lubelszczyźnie: Wszystkie znaki wskazują, iż był to rosyjski pocisk CH-101. Pojawia się pytanie, czy było to celowe zagranie ze strony Federacji Rosyjskiej, czy jedynie przypadek
Wszystkie znaki wskazują, iż był to rosyjski pocisk CH-101. Pojawia się pytanie, czy było to celowe zagranie ze strony Federacji Rosyjskiej, czy jedynie przypadek. Obie wersje są prawdopodobne i ciężko to rozsądzić. Faktem jest jednak, że obiektów, które przemierzały trasę wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy, było więcej, a następnie większość z nich zawracała na wschód. Rosjanie tak robili nie pierwszy raz. To z jednej strony ma wymuszać na Ukraińcach pewne zastanowienie, że jeśli zestrzelą jakiś obiekt na granicy, to może doprowadzić do tego, iż spadnie na polską stronę i znowu wywoła napięcia – mówił Wojciech Kozioł, redaktor portalu Defence24, w programie „Polski punkt widzenia w TV Trwam.
W nocy ze środy na czwartek mieszkańcy Lubelszczyzny przeżyli chwile grozy. Rosja prowadziła zmasowany ostrzał Ukrainy, a w Polsce zawyły syreny alarmowe i poderwano myśliwce.
– Miałem pewne deja vu z września ubiegłego roku. Wiele sygnałów, które wskazywały na to, iż do czegoś takiego może dojść, pojawiło się już wieczorem poprzedniego dnia. Informacja o tym, że coś się rozbiło, kazała stwierdzić, iż ostrzał był bardzo duży. Z czasem zaczęły docierać informacje, że mieliśmy do czynienia z głowicą uzbrojoną, wtedy człowiek zaczął na to całkiem inaczej patrzeć, bo to pokazało, iż sygnały płynące z MON czy MSWiA nie do końca zgrywają się z tym, jak w rzeczywistości powinni na tą sytuację zareagować – oznajmił Wojciech Kozioł.
Nie wiadomo, czy pojawienie rosyjskiego pocisku się nad terytorium Polski było działaniem celowym, czy efektem przebiegu rosyjskiego ataku na Ukrainę. Wiadomo natomiast, że podczas tego ostrzału więcej obiektów poruszało się wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy, a następnie zawracało na wschód.
– Wszystkie znaki wskazują, iż był to rosyjski pocisk CH-101. Pojawia się pytanie, czy było to celowe zagranie ze strony Federacji Rosyjskiej, czy jedynie przypadek. Obie wersje są prawdopodobne i ciężko to rozsądzić. Faktem jest jednak, że obiektów, które przemierzały trasę wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy, było więcej, a następnie większość z nich zawracała na wschód. Rosjanie tak robili nie pierwszy raz. To z jednej strony ma wymuszać na Ukraińcach pewne zastanowienie, że jeśli zestrzelą jakiś obiekt na granicy, to może doprowadzić do tego, iż spadnie na polską stronę i znowu wywoła napięcia. Z drugiej strony sama polska strona ma problem zareagowania, bo w tym momencie musimy zidentyfikować taki obiekt, czy mamy do czynienia ukraińskim pociskiem, czy mamy do czynienia z ukraińskim myśliwcem, czy mamy do czynienia z obiektem cywilnym. Na wiele rzeczy musimy zwracać uwagę – wskazał redaktor portalu Defence24.
Incydent pokazał nie tylko skalę zagrożenia, ale również problemy z systemem ostrzegania ludności. Alert RCB i syreny alarmowe uruchomiono już po upadku pocisku, a mieszkańcy przez długi czas nie otrzymywali jasnych informacji, jak powinni się zachować.
– System ostrzegania przed niebezpieczeństwami nie zadziałał właściwie. Sam alert RCB, a następnie alarmy miały miejsce po spadnięciu tego pocisku. Do tego dochodzi fakt, iż Polska ma ogromny problem, jeśli chodzi o komunikację strategiczną. Pierwsze sygnały o tym, że coś spadło, były już ok. godz. 03.30. Służby pojawiły się dopiero na miejscu ok. godz. 05.00 czy nawet 07.00. Jeśli chodzi o system informowania, to tutaj jest bardzo wiele problemów. Nawet jeśli pojawił się alarm, to losowy mieszkaniec zadaje sobie pytanie: co dalej? Podręcznik do bezpieczeństwa, który został niedawno wydany, mówi nam, iż mamy słuchać komunikatów w radiu i telewizji. Tych komunikatów nie było, więc naturalnie osoby, które wiedzą, że jakieś zagrożenie mogło nastąpić, powinny udać się do schronów, ale schronów też nie ma – akcentował gość programu „Polski punkt widzenia”.
radiomaryja.pl


