Prokurator autonomiczny aż do bólu

Prokurator generalny Andrzej Seremet ustami swojego rzecznika prasowego ogłosił, że „nie ma podstaw, by kwestionować umorzenie śledztwa w sprawie organizacji lotów do Smoleńska”.

 

Co więcej, prokurator Seremet zastrzegł, że nic nie zrobi w kwestii ewentualnego wznowienia tego śledztwa, bo, jak stwierdził, nie ma nawet instrumentów prawnych, by wznowić postępowanie „umorzone przez niezależnego prokuratora”. Co więc może prokurator generalny? Może nagrodzić śledczych prowadzących tzw. cywilny wątek śledztwa smoleńskiego, bo przecież spisali się świetnie, skoro ich najwyższy przełożony nie ma im nic do zarzucenia. Ale może też postąpić tak, jak w przypadku śledztwa dotyczącego telefonu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, które także prokuratura okręgowa umorzyła. Jednak Andrzej Seremet rekomendował wtedy prokuraturze apelacyjnej podjęcie sprawy. To normalna praktyka, wynikająca z zasad nadzoru służbowego nad pracą prokuratorów. Dlaczego teraz prokurator generalny nie zastosował podobnej ścieżki?

 
Gdy słuchałem oświadczenia rzecznika pana prokuratora Seremeta, miałem wrażenie, że to jakieś kpiny. Oto bowiem słyszymy o tym, że śledztwo zostało umorzone przez „niezależnego prokuratora”. Jednak nie tylko mnie zastanawia, czy w tym przypadku prokuratura była w pełni wolna od oczekiwań władzy, czy też tym oczekiwaniom w jakiejś mierze sprostała. Jak bowiem traktować sytuację, gdy prokuratorzy spisują całą listę uchybień, jakich dopuścili się urzędnicy różnych państwowych instytucji przy organizacji wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 10 kwietnia 2010 roku, która została tak tragicznie przerwana, ale w podsumowaniu twierdzą, że do przestępstwa mimo wszystko nie doszło?
Czy to nie jest działanie na polityczne zamówienie, aby uchronić od odpowiedzialności najwyższych urzędników państwowych na czele z kilkoma ministrami? Przecież wiadomo, że ewentualny akt oskarżenia nie mógłby się zakończyć tylko na szeregowych pracownikach kancelarii premiera, MSZ czy ambasady polskiej w Moskwie. Nie wykluczam też takiej sytuacji, że nie udało się znaleźć kozła ofiarnego, który wziąłby całą winę na siebie, tak jak stało się to w przypadku byłego wiceszefa BOR. Gdyby zarzuty usłyszał np. dyrektor departamentu pan X, mógłby w obronie za dużo powiedzieć o niechlubnej roli w całej sprawie pana ministra Y albo jego zastępcy – pana wiceministra Z. A potem jeszcze za nich musiałby świecić oczami szef rządu. Więc śledztwo umorzono.

 
Obawiam się też niestety i tego, że skoro zdaniem prokuratury cywile nie zawinili przy okazji katastrofy smoleńskiej, to wróci lawina oskarżeń wobec wojska, rozwiązanego specpułku i… pilotów. Cóż, najwidoczniej cały czas jest aktualny SMS rozsyłany tuż po katastrofie przez kogoś z rządowej wierchuszki z oskarżeniami pod adresem załogi Tu-154M. Nasza władza przecież się nie myli.

drukuj