fot. PAP/Paweł Supernak

[NASZ WYWIAD] Red. P. Lisicki: Ludzie powinni na nowo odkryć sens zmartwychwstania

W tej skomercjalizowanej kulturze liczy się tylko to, co bieżące, co można sobie kupić, a wymiar chrześcijański gdzieś zanika. Nie można temu ulegać, trzeba się temu przeciwstawiać. Ludzie powinni na nowo odkryć sens zmartwychwstania. My nie tylko opłakujemy Pana Jezusa, ale zawsze widzimy w męce drogę do zwycięstwa. Wiemy też, że nie ma innego sposobu dla zmartwychwstania niż przejście przez to, co straszne, co jest cierpieniem i ofiarą – powiedział w rozmowie z Redakcją Informacyjną Radia Maryja Paweł Lisicki, redaktor tygodnika „Do Rzeczy”.

***

Redakcja Informacyjna Radia Maryja: Obchodzimy Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Co chrześcijanom przypomina to wydarzenie?

Red. P. Lisicki: Najważniejszą rzeczą jest sam fakt zmartwychwstania, czyli to, że kiedy kobiety, które towarzyszyły misji Pana Jezusa, poszły do grobu o świcie, zastały ten grób pusty. Zastały przy grobie dwóch młodzieńców bądź dwóch aniołów – w zależności od tego, o której Ewangelii mówimy. Następnie (o tym mówi Ewangelia św. Jana) Maria Magdalena widziała samego Pana Jezusa. Z kolei Ewangelia według św. Łukasza mówi o tym, że Pan Jezus ukazał się św. Piotrowi w Niedzielę Zmartwychwstania. Najkrócej mówiąc, to jest najważniejsza niedziela naszej wiary. Można by było nawet powiedzieć, że to jest niedziela, która jest początkiem Nowego Stworzenia (używając języka bardziej teologicznego niż historycznego), które jest już oparte na nowym Adamie – Chrystusie, który pokonał śmierć, zmartwychwstał i od tego wszystko się na nowo zaczęło.

Sama kwestia Zmartwychwstania Pańskiego była bagatelizowana zarówno wtedy, jak i obecnie. Kiedyś robili to faryzeusze, którzy mówili, że to apostołowie wykradli ciało w nocy, a obecnie środowiska liberalno-lewicowe oraz ateistyczne mówią, że Bóg umarł albo Bóg nie istnieje. Czy to niechęć wobec nauki Chrystusa?

Oczywiście, kiedy mówimy o zmartwychwstaniu, to mówimy o dwóch rzeczach. Z jednej strony mówimy o zmartwychwstaniu, jak o wydarzeniu historycznym, a z drugiej strony mówimy o nim w sensie teologicznym czy symbolicznym, od kiedy właśnie mówimy o Nowym Stworzeniu i o nowym zbawieniu człowieka. Faktycznie, w tych kategoriach historycznych pierwszymi, którzy odrzucili albo sprzeciwiali się zmartwychwstaniu, byli faryzeusze. Oni po tym, jak Chrystus zmarł na krzyżu, poszli do Piłata, zażądali straży, której kazali ustawić się przy grobie, żeby Go pilnowała na wypadek, gdyby przyszli uczniowie Jezusa z chęcią wykradzenia ciała.

Skąd brała się taka wrogość?

Wrogość brała się nie z samej niechęci do zmartwychwstania, bo faryzeusze byli tym stronnictwem żydowskim, które uznawało wiarę w zmartwychwstanie, ale brała się z niechęci czy z odrzucenia misji Pana Jezusa. W tym sensie zmartwychwstanie, które było swego rodzaju przypieczętowaniem czy dowodem słuszności, prawdziwości tej misji, było przez faryzeuszy odrzucane. Faryzeusze, jak uwcześni Żydzi, wierzyli, że zmartwychwstanie dokona się u kresu czasu, na końcu świata, natomiast nie w środku historii, czyli nie będzie dotyczyło jednego poszczególnego człowieka, jakim był Jezus z Nazaretu, tylko wszystkich ludzi, którzy zmartwychwstaną u samego kresu. Tę samą wiarę znajdziemy już w Starym Testamencie oraz w niektórych pismach pochodzących z okresu bezpośrednio poprzedzającego albo bliskiemu działaniu Pana Jezusa. Faryzeusze, mimo że wierzyli w zmartwychwstanie ciał, to odrzucali Jezusa, odrzucali Jego misję, odrzucali to, że jest On prawdziwym Mesjaszem przysłanym przez Boga. Uważali, że to, co Pan Jezus głosi, jest formą zagrożenia dla ich władzy, autorytetu i siłą rzeczy musieli odrzucić zmartwychwstanie.

Co by się stało, gdyby faryzeusze przyjęli zmartwychwstanie?

Gdyby je uznali, to powinni porzucić swoje błędy i zamknięcie swojego serca i powinni zostać uczniami Pana Jezusa. Co najmniej w przypadku jednego faryzeusza tak się stało. Chodzi o Pawła, który będąc faryzeuszem najpierw przez co najmniej dwa lata prześladował chrześcijan, pierwszą wspólnotę wiary. Mówi on o tym wyraźnie w listach, jak i w Dziejach Apostolskich. On był tym, u którego stóp składano szaty, kiedy  kamienowano św. Szczepana, więc używał siły, przemocy, wszelkich możliwych sposobów, aby stłumić wiarę w Chrystusa, a po nawróceniu w drodze do Damaszku był jednym z głównych apostołów, jednym z głównych głosicieli zmartwychwstania.

Przyjęcie nauki Jezusa było więc równoznaczne z przyjęciem wiary w zmartwychwstanie.

Tak, uznanie wiary w zmartwychwstanie pociągało za sobą uznanie w Jezusie prawdziwego Mesjasza posłanego przez Boga. W przypadku faryzeuszy tym, co było rozstrzygające, było odrzucenie misji Jezusa i Jego nauczania. To uniemożliwiło im rozszerzenie i przyjęcie zmartwychwstania. Tak głęboka była ich wrogość wobec nauczania, postaci, wobec cudów i  faktu – nazwijmy to – Pana Jezusa, że gotowi byli zamknąć oczy na zmartwychwstanie i poświęcić zmartwychwstanie, byleby tylko nie dostrzec w Jezusie syna Bożego i właściwego Mesjasza.

A co ze współczesnymi przeciwnikami zmartwychwstania?

Motyw jest bardzo podobny. Uznając wiarę w zmartwychwstanie, należałoby uznać prawdziwość nauki Chrystusa, prawdziwość nauki Kościoła, który tę naukę głosi i reprezentuje. Tylko istnienie Boga, który jest Stwórcą, ma władzę nad naturą, więc sam fakt zmartwychwstania wprost prowadzi nas do uznania istnienia Boga albo poddania temu, że Bóg istnieje, do podporządkowania się temu. To jest to coś, co lewicowo-liberalni, ateistyczni, twórcy z samej zasady odrzucają, negują. Oni uważają, że człowiek jest istotą całkowicie autonomiczną. To człowiek kreuje świat wartości, świat znaczeń, że nie istnieje Bóg, który byłby Panem człowieka i Panem natury, że człowiek nie jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże, tylko człowiek sam siebie stwarza, sam siebie kreuje, sam siebie wytwarza, nadaje sensy i znaczenia. Odrzucają to, co na wstępie mówi św. Jan w Ewangelii, a mianowicie to, że „logos” jest źródłem sensów znaczenia, że „logos” jest światłem oświecającym każdego człowieka, który przychodzi na świat, że Boskie słowo jest właśnie tym punktem, miarą odniesienia, tylko uważają, że sam sobie człowiek nadaje wszystkie sensy i znaczenia, jest stwórcą siebie, świata i natury.

Co oznaczałoby dla nich przyjęcie wiary w zmartwychwstanie?

Oznaczałoby to zerwanie z fałszywymi przekonaniami i przyznania się, że Bóg istnieje, jest wszechmocny, jest Panem świata, sensu; że „logos” jest źródłem i miarą wszystkiego. Stąd opór, niechęć i odrzucenie zmartwychwstania. Powiedziałbym, że zmartwychwstanie jest takim punktem granicznym, posługując się określeniami filozofii Karla Jaspersa. Jest to taka sytuacja, gdzie wszystko się waży, wszystko się decyduje w tym jednym punkcie. Ktoś, kto szczerze zrozumie, uwierzy w zmartwychwstanie, jest już nowym człowiekiem, otwartym na Boga i Jego działanie. Ktoś, kto się przed tym zamyka, zamyka się z zasady przed Bogiem jako władcą, jako Panem wszechmocnym, jako Bogiem wszechmocnym, jako kimś, kto jest u samego źródła. To jest punkt rozdzielenia duchów i dlatego to jest tak kluczowe. Lewicowi liberałowie robią wszystko, co się tylko da, byle tylko do wiary w zmartwychwstanie nie dopuścić, byle wiarę zredukować, wyprzeć się jej, znaleźć jakieś inne wytłumaczenie, wyjaśnienie tego, co opisują Ewangelie czy inne pisma Nowego Testamentu.

Możemy więc powiedzieć, że wynika to z racjonalizacji życia. Chodzi o odrzucenie strefy duchowej i skupieniu się na tym, co fizyczne.

To próba wciśnięcia przekazu chrześcijańskiego w kaftan. Uznajemy, że świat to wyłącznie to, co możemy poznawać przy pomocy zmysłów i jedyna wiedza, jaką możemy mieć – dotyczy ona tylko tego, co policzalne, ilościowe. Rozum nie może tu orzekać w niczym, co wykracza poza czas i przestrzeń. Ktoś, kto ma tak ograniczony punkt widzenia i uważa, że tylko w taki sposób możemy patrzeć na świat, to siłą rzeczy neguje i odrzuca fakt zmartwychwstania, które wskazuje poza ten zamknięty w czasie oraz przestrzeni świat i pokazuje Boga będącego Panem świata. Człowiek, który się z tym nie godzi, musi dokonywać nieustannych aktów redukcji, racjonalizacji; musi tłumaczyć świadectwa nt. zmartwychwstania, żeby dało się to sprowadzić do tego, jak on patrzy na świat. Stąd różne teorie, które mają wytłumaczyć tę redukcję.

Jakie są to teorie?

Jedną z nich posługiwali się faryzeusze w czasach bliskich życiu Jezusa – to teoria kradzieży. Według niej uczniowie przyszli w nocy i wykradli ciało Chrystusa. To tak absurdalne, że nawet racjonaliści dostrzegli niedorzeczność tej teorii. Nie można sobie wyobrazić, że uczniowie najpierw przyszli i wykradli ciało, ukryli je, a potem ogłosili całemu światu, że wierzą w Niego jako w Zmartwychwstałego Chrystusa, a potem dla swej wiary szli na śmierć. Nawet racjonaliści to odrzucają. Skoro ciało Jezusa nie zostało wykradzione, to co się mogło wydarzyć? Ktoś inny mógł je wykraść. Kto jednak miałby w tym interes? Teoretycznie mogli być to przeciwnicy, ale oni chcieli udowodnić, że Jezus nie zmartwychwstał. Jak więc mogli dokonywać operacji, która doprowadziłaby do uznania zmartwychwstania? Oni byliby pierwszymi, którzy pokazali ciało.

Kradzież zwłok wydaje się także niemożliwa, biorąc pod uwagę ówczesną kulturę.

W ówczesnej kulturze panował ogromny szacunek dla zwłok, dla pochówku. To nie byli tacy ludzie, jak dzisiaj, gdzie kwestia śmierci, pogrzebu, była czymś marginalnym (poza ludźmi wierzącymi). Dla niewierzących jest to właściwie kwestia usunięcia przedmiotu, z którym nie wiadomo, co zrobić – takie można odnieść wrażenie, gdy się patrzy na tzw. świeckie pogrzeby. W starożytności szacunek, respekt, cześć to była postawa należna zwłokom. Nie sposób sobie wyobrazić, że ktoś przechodząc obok grobu – pomijając kwestie fizyczną i odsunięcia głazu – zabrał zwłoki i coś z nimi zrobił. To niemożliwe. Skoro nie doszło do wykradzenia, to co mogło się stać z ciałem Jezusa? Na przykład ktoś, kto się opiekował zwłokami, mógł je przenieść w inne miejsce. To jednak także kłóciło się z obyczajowością i sposobem myślenia ówczesnych Żydów. Teoretycznie kobiety mogły też się pomylić i pójść do niewłaściwego grobu. Kobiet jednak było kilka. Między momentem śmierci i pochówku a chwilą pójścia do grobu przez kobiety minął jeden dzień. W okolicy znajdowało się kilka innych grobów, z czego ten jeden był bardzo dokładnie rozpoznany, gdyż był to grób nowy i żył jego właściciel – Józef z Arymatei. Nie sposób uznać, żeby ktoś się pomylił co do położenia grobu.

Wracając do faryzeuszy – brak reakcji ze strony przeciwników jest więc kolejnym dowodem?

Tak, gdyby „dysponowali” zwłokami Jezusa, byliby pierwszymi, którzy w momencie, kiedy apostołowie zaczęli mówić o zmartwychwstaniu Chrystusa, natychmiast wysłaliby swoich ludzi, aby odnaleźć zwłoki i je ludowi pokazać, żeby udowodnić fałszerstwo i kłamstwo apostołów. Najlepszym dowodem autentyczności pustego grobu jest milczenie ze strony przeciwników posłania chrześcijańskiego. Jak weźmiemy to wszystko pod uwagę, to co nam pozostaje? Pozostaje jedna i sensowna odpowiedź – Pan Jezus zmartwychwstał. Jest też kilka argumentów to poświadczających.

Jakie są to argumenty?

Na przykład wstrząs panujący wśród uczniów Pana Jezusa. Ewangelie wyraźnie mówią o zaskoczeniu, strachu, a nawet przerażeniu, co wyraźnie pokazuje, jak wielkim wstrząsem była dla uczniów informacja o tym, że Pan Jezus powstał z martwych. To nie było coś, nad czym mogli zapanować. To było równie zaskakujące i niespotykane, jak dla wszystkich innych Żydów. Gdyby nie potwierdzenie faktu polegające na tym, że Chrystus się im objawił, (…) to wiara w zmartwychwstanie nie miałaby swojej podstawy i by się nie narodziła.

Człowiek ma taką naturę, że żąda dowodów. Czy mamy obecnie dowody, które potwierdzałyby autentyczność męki Pańskiej i zmartwychwstania, oprócz zapisów z Nowego Testamentu?

Zapisy z Nowego Testamentu są bardzo ważne, ale tak naprawdę pierwszym zapisem historycznym, który mówi o zmartwychwstaniu Pana Jezusa w sposób jednoznaczny i bardzo wyraźny, są słowa z 15. rozdziału Listu do Koryntian św. Pawła Apostoła (list został napisany w 52 lub 53 roku po Chrystusie). Ten jednak konkretny fragment musiał powstać znacznie wcześniej, ponieważ apostoł pisząc do Koryntian podkreśla: „Mówię wam o tym, co wam na początku przekazałem”, czyli mówi o tradycji, którą przekazuje. Od kogo ją ma? Najprawdopodobniej od pierwszych apostołów, czyli przekaz pochodzi zapewne z okresu bezpośrednio następującego po samej śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa, czyli z okresu pierwszych może kilku, kilkunastu miesięcy, kiedy został sformułowany. Z tego wynika, że mamy zapis, który pochodzi sprzed 20 lat po śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Trudno mieć do czynienia z bardziej autentycznym ówczesnym opisem niż kilka pierwszych wersów z 15. rozdziału Listu do Koryntian św. Pawła. Kolejne dowody to oczywiście Ewangelie, ale i inne listy św. Pawła. Mamy też inne pisma Nowego Testamentu.

A inne świadectwa?

Mamy też inne świadectwa, które może są bardziej odległe, ale okazują się być bardzo mocnymi dowodami. To jest np. „dowód kulturalno-obyczajowy” – od najwcześniejszych początków, w których wiemy o życiu Kościoła, chrześcijanie zaczęli czcić niedzielę jako Dzień Pański i pamiątkę zmartwychwstania Pana Jezusa. Dzisiaj to jest czymś oczywistym, ale nie zauważamy, jak niezwykłą to było rzeczą dla pierwszych chrześcijan. Trzeba pamiętać, że pierwsi chrześcijanie w pierwszym momencie funkcjonowania Kościoła byli Żydami. To wiąże się z tym, że należy pamiętać, jak wielkie znaczenie dla ówczesnych Żydów, ale i tych współczesnych, ma dzień szabatu, który był dniem całkowitego odpoczynku, dniem uświęconym. Był to dzień, w którym wszyscy Żydzi nie pracowali tylko oddawali się modlitwom, oddawali się wspominaniu dniu, w którym Bóg odpoczął.

Ówcześni Żydzi byli bardzo pobożnymi ludźmi.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo pobożnymi ludźmi byli ówcześni Żydzi, jak wielka wagę miało dla nich ścisłe, surowe, szczegółowe przestrzeganie przepisów prawa, jak wszystkie grupy Żydowskie, o których wiemy, (…) zawsze pilnowali jednego – przestrzegania czci dnia świętego, czyli szabatu. Nagle okazuje się, że od samego początku chrześcijanie nie czczą jako dnia świętego soboty, tylko niedzielę. To jest gigantyczny przewrót, rewolucja kulturalna dokonana wśród ludzi, o których pobożności i przywiązaniu do religii wiemy bardzo dobrze. (…) To jest pośredni dowód zmartwychwstania, ponieważ to nam mówi, że wszyscy Ci ludzie musieli się zetknąć, musieli doświadczyć czegoś rzeczywistego, czegoś tak niezwykłego i tak znaczącego, że to całkowicie przewróciło wcześniejsze postrzegania świata. Ta zmiana wydaje się być zmianą banalną, ponieważ tak zostaliśmy wychowani, ale dla pierwszych chrześcijan to była niebywała rewolucja, która musiała mieć swoją bardzo istotną przyczynę.

Co było tą przyczyną?

To mógł być fakt, że Pan Jezus zmartwychwstał nie w samą niedzielę, jeśli tak można powiedzieć, ale o świcie Jego pusty grób został znaleziony, a tego samego dnia objawił się Marii Magdalenie czy św. Piotrowi. Tylko to może wytłumaczyć nagłą zmianę, która dokonuje się na początku wśród uczniów Pana Jezusa. Wszyscy oni byli Żydami. Nie ma po prostu innej możliwości zrozumienia tego faktu, który nie ma niczego porównywalnego w całej historii judaizmu, by nagle nastąpiła zmiana w tak istotnym elemencie kultu, jeśli nie byłoby tutaj daru zmartwychwstania.

Istnieją współczesne świadectwa męki Pańskiej i zmartwychwstania?

Jeśli chodzi o współczesne inne świadectwa, to takim najbardziej prawdopodobnym jest Całun Turyński, na którym odbiła się postać Zmartwychwstałego Chrystusa, którego autentyczność (potwierdzają – red.) wszystkie do tej pory przeprowadzone badania (dotyczące samego płótna, plam krwi, sposobu ułożenia ciała itd.). To jest jeden z najważniejszych świadków fizycznych czy materialnych męki Pańskiej.

Całun Turyński dla wielu jest dowodem istnienia Chrystusa, Jego męki i śmierci na krzyżu. Obecnie jednak pojawiają się głosy, że Całun Turyński to falsyfikat, a samo płótno jest z późniejszych czasów.

Są świadectwa wielu ludzi, którzy nie są osobami wierzącymi, że kiedy zaczęli badać Całun, doszli do przekonania, że jest on autentyczny. Pierwsza i najbardziej banalna rzecz – nie znamy żadnego innego Całunu, na którym mielibyśmy podobne odbicie postaci w stanie „spoczynku”, z bardzo niezwykłymi cechami wskazującymi na coś niezwykłego. Nie ma ani jednego podobnego przykładu. To oczywiście jest za mało, by powiedzieć, że Całun jest autentyczny, ale weźmy pod uwagę drugą rzecz – mówimy o Całunie jako tak znaczącym świadku zmartwychwstania Pana Jezusa dopiero od końca XIX wieku, od wykonania pierwszego zdjęcia w negatywie, które tak dokładnie pokazało sylwetkę i postać odbitego na Całunie człowieka. Musiałby istnieć jakiś średniowieczny fałszerz, który przewidziałby, że sześć wieków później pojawi się fotografia i że ta fotografia będzie w stanie pokazać dokładnie odbicie ciała i zwłok. Róże rzeczy oczywiście człowiek sobie może wyobrazić, ale (…) nawet dzisiaj nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, co będzie za 600 lat. Tym bardziej taki człowiek nie był w stanie sobie wyobrazić w XIII, XIV czy XV wieku, gdzie musiałoby dojść do dokonania fałszerstwa.

Od momentu pierwszego zdjęcia Całunu Turyńskiego technologia znacznie się rozwinęła. Mimo to nauka wciąż nie neguje jego prawdziwości.

Przy pomocy bardzo dokładnych zdjęć robionych w ogromnej rozdzielczości możemy zauważyć na powiekach osoby, która tam została odbita, fragmenty monet pochodzących z czasów, kiedy żył Pan Jezus. Mamy dokładną wiedzę na temat tego, w jaki sposób człowiek, który „odbił się” na Całunie, cierpiał. Na materiale widzimy fragmenty korony cierniowej, sposób biczowania, krzyżowania. Musielibyśmy uznać, że w średniowieczu był jakiś fałszerz, który przewidział pojawienie się fotografii w wieku XIX, przewidział pojawienie się fotografii cyfrowej w wieku XX, przewidział pojawienie się badań laserowych w późnym wieku XX, który dysponował tak głęboką wiedzą medyczną, że był w stanie dokładnie opisać sposób krzepnięcia i wypływu krwi z ran. Dodatkowo taki fałszerz musiałby być w stanie przewidzieć, to, że współczesna medycyna wskaże na to, że – inaczej niż to pokazuje ikonografia chrześcijańska – Pan Jezus miał przebite ręce nie na dłoniach, a w nadgarstkach, bo tak na wszystkich obrazach było to pokazywane. (…) Jednym słowem mielibyśmy do czynienia z fałszerzem lepszym niż wszyscy fałszerze w dziejach razem wzięci.

Czy to może przekonać osoby podważające prawdziwość Całunu?

Oczywiście, jeśli ktoś z zasady odrzuca możliwość zmartwychwstania, to wszystko to, o czym mówię, też go nie przekona. Jak ktoś jest uparty i zawzięty, to nie ma takiego dowodu, który by go przekonał. Jednak jeśli mamy do czynienia z kimś chociaż minimalnie otwartym na rzeczywistość, nieodrzucającym z samej zasady wszystkich możliwych potencjalnych dowodów i znaków, to taki człowiek będzie musiał dostrzec w Całunie coś autentycznego i będzie musiał uznać, że Całun Turyński faktycznie przedstawia kogoś, kto najprawdopodobniej był Jezusem z Nazaretu. I to przedstawia go w stanie po śmierci i w chwili zmartwychwstania.

Wracając do samych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, najpierw musieliśmy przeżyć Wielki Piątek. Jezus wiele razy mówił, że jeżeli ktoś chce go naśladować, niech zaprze się samego siebie, weźmie swój krzyż i idzie za nim. Kwestia noszenia krzyża w obecnych czasach jest jednak nie do końca mile widziana. Czemu tak się dzieje?

Krzyż bardzo oswoiliśmy. Chrześcijanie noszą krzyżyki, mamy krzyż w domach, jest na kopułach kościołów. Jest wszędzie obecny. Trzeba pamiętać, że krzyż był przede wszystkim narzędziem męki, pohańbienia – jak mówili Rzymianie – był najokropniejszą karą. Do tego stopnia był czymś okrutnym w oczach ówczesnych pogan, że był czymś w rodzaju tabu, usiłowano o nim nie mówić, nie pokazywać go i to jest też kolejny dowód na siłę wiary chrześcijańskiej, że z narzędzia męki, z narzędzia tortury, hańby, który był przeznaczony dla najniżej położonych w społeczeństwie ludzi – niewolników, buntowników, zabójców – krzyż stał się symbolem chwały i zwycięstwa Chrystusa. To pokazuje wielką siłę wiary, ale i wielką siłę przemieniania wszystkiego przez chrześcijaństwo, które potrafiło z tego uczynić znak zwycięstwa, chwały i Bożej potęgi. Dzisiaj mamy powrót do mentalności, którą można nazwać wręcz pogańską, gdzie krzyż jest odzierany ze znaczenia chrześcijańskiego.

Co w nim widzą osoby niewierzące?

Zaczyna się na nim widzieć coś nieważnego, nieznaczącego. Jak to określił jeden z tzw. nowych ateistów – czy gdyby Pan Jezus dzisiaj zmarł na krześle elektrycznym, to byśmy czcili krzesło elektryczne? To jest taki element głupiej drwiny, szyderstwa i pokazuje, jak wielu ludzi straciło znaczenie tego, czym jest krzyż jako znaczenie przyjęcia na siebie cierpienia. Dlaczego Pan Jezus mówił o wzięciu na siebie krzyża? Nie dlatego, że chciałby, aby ludzie poddawani byli torturom, ale pokazywał na krzyż jako na pewną rzecz konieczną w życiu chrześcijanina. Konieczną przez to, że tylko zniesione cierpienie – które traktuje się jako ofiarę, jako coś, czemu należy się poddać, przyjąć i w tym sensie do niego podchodzić – może nas wyzwolić ze zła, z niegodziwości i przybliżyć do nas Boga.

Tegoroczne święta przebiegają w zaostrzonym rygorze sanitarnym. Czy to okazja, żeby przypomnieć sobie, jaki jest prawdziwy wymiar Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, mówiący, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych?

To jest bardzo ważne, żeby pamiętać o tym, że dla chrześcijanina życie ziemskie nie jest nigdy wartością najważniejszą. Święto Zmartwychwstania powinno nam przypominać, że gdzie indziej chrześcijanie mają swoją ojczyznę, że nie Jerozolima ziemska, tylko Jerozolima niebieska jest ich właściwą ojczyzną. Niestety, wielu chrześcijan dzisiaj zachowuje się tak, jakby jedynym punktem odniesienia było zdrowie, bezpieczeństwo, życie doczesne, a jakby wszystko to, co duchowe, było na marginesie. To jest efekt procesu sekularyzacji, laicyzacji, która dokonuje się w całej kulturze europejskiej i dociera do Polski. Nie oznacza to, że należy lekceważyć życie ziemskie, ale nie może być ono jedyną miarą, punktem odniesienia dla chrześcijanina. Trzeba mieć nadzieję, że te święta przywrócą nam taką świadomość. W przeciwnym wypadku mielibyśmy do czynienia z czymś, co można wręcz nazwać zdradą Chrystusa, czyli porzuceniem wiary na rzecz skupienia się na tym, co doczesne, ziemskie i tymczasowe, a co nigdy nie było dla chrześcijaństwa najważniejsze.

Czy nie mamy do czynienia z próbą komercjalizacji Świąt Wielkanocnych? Mówi się o króliczkach, o święconce, a pomija się aspekt męki i zmartwychwstania?  

W tej skomercjalizowanej kulturze, kiedy liczy się tylko doczesność i tylko to, co bieżące, co można sobie kupić, wymiar chrześcijański gdzieś zanika. Nie można temu ulegać, trzeba się temu przeciwstawiać. Przez obostrzenia (…) ludzie powinni się zastanowić, co jest naprawdę ważne, co jest istotne i odkryć na nowo sens zmartwychwstania jako święto przynoszące nam wspomnienie o męce i zmartwychwstaniu. To jest zawsze w świadomości chrześcijańskiej ściśle związane. Męka nie jest tylko męką, my nie tylko opłakujemy Pana Jezusa, nie tylko wspominamy Jego straszną, tragiczną śmierć, ale zawsze widzimy w męce drogę do zwycięstwa i wiemy, że ona zakończyła się zmartwychwstaniem. Ona jest drogą do zwycięstwa, czyli do zmartwychwstania, ale też wiemy, że nie ma innego sposobu dla zmartwychwstania niż właśnie przejście przez to, co straszne, to, co jest cierpieniem i ofiarą.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

radiomaryja.pl

drukuj