fot. arch Kpt. Ł. Warmijaka

[NASZ WYWIAD] Kpt. ż.w. Ł. J. Warmijak: Samotność to wielki problem marynarzy. Kiedy pojawia się jakiś problem, także na statku, to jest czas, kiedy przynoszę to Panu Bogu przez ręce Maryi

Na moich statkach staram się otwierać na ludzi, spotykać ich uśmiechem i życzliwością. Motywować do pracy i tworzenia zgranej załogi przez okazanie szacunku dla ich umiejętności, dla ich pracy. Często zagaduję o rodzinę, pytam, jak się czują. […] Oni pytają, jak to jest u mnie, a ja pokazuję zdjęcia z domu, ze wspólnych uroczystości, gdzie cała rodzina jest razem, gdzie widać szczęście i miłość. Opowiadam o swoich przekonaniach, o tym jak buduje się dom na konkretnych fundamentach wiary. Kiwają głowami, rozumieją. Nigdy nie spotkałem się z wyśmiewaniem moich przekonań, mimo że wielu z nich to ludzie deklarujący się jako niewierzący albo wierzący niepraktykującypowiedział w rozmowie z portalem Radia Maryja kapitan żeglugi wielkiej Łukasz Jerzy Warmijak, który obecnie przebywa wraz z załogą na wodach Zatoki Perskiej.

***

Za pośrednictwem mediów społecznościowych zwrócił się Pan z prośbą o modlitwę o bezpieczeństwo marynarzy w rejonie Zatoki Perskiej, ale nie tylko. Ta prośba spotkała się z bardzo dużym pozytywnym odbiorem. To oczywiście dobrze świadczy o użytkownikach Twittera, ale też daje piękne świadectwo o Panu. Jak wygląda życie duchowe na statku, często pewnie przeżywane w samotności? Modlitwa, pamiętanie o wartościach duchowych pomagają? Szczególnie jeżeli chodzi o tęsknotę za bliskimi, za Ojczyzną? Można powiedzieć, że gdyby nie modlitwa to … ?

To szczerze: nie wiem, co. Nie ma to jednak specjalnego związku z morzem. Mogę mówić tylko za siebie, przedstawić jedynie moje świadectwo. Modlę się i na lądzie, i na statku. W tej rzeczywistości akurat nie ma dwóch różnych światów: lądowego i morskiego. Dojrzała potrzeba modlitwy wynika z serca, z umiłowania Boga, z chęci słuchania Go. Gdybym modlił się tylko wtedy, tak jak mówi nasze polskie przysłowie, „Jak trwoga to do Boga” – ukazywałoby to małość mojej wiary. Bo jeśli wszystko jest w porządku, jestem zdrowy, szczęśliwy i „mam” to co? Nie modlę się? „Nie zawracam Panu Bogu głowy”?

Moja modlitwa daleka jest od modlitwy dobrej i pełnej, ale wierzę głęboko, że „jeśli nie umiemy modlić się tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami”. Codziennie staję przed Panem Bogiem, by do Niego mówić i by Go słuchać, ponieważ dla mnie modlitwa jest rozmową. Trwa cały dzień. Czy to na statku, czy w domu. Zaczynam dzień od przeczytania czytań mszalnych z dnia, bardzo pomocna jest aplikacja „Pismo Święte” na smartfonie. „Klik” i już jestem w Namiocie Spotkania, czytam Słowo Boże. Szukam w nim pouczenia, zachęty, rozwiązania konkretnych bieżących problemów. Codziennie w modlitwie pamiętam o Kościele, Polsce i rodzinie. W tych intencjach odmawiam różaniec, wychodzę na pokład, na skrzydło mostka kapitańskiego i staram się modlitwą ogarnąć jak najwięcej w tym również bezpieczeństwo mojej załogi, naszych najbliższych w domu, relacje w załodze … . Czasami pojawia się jakiś problem między marynarzami i to jest ten czas, kiedy przynoszę to Panu Bogu przez ręce Maryi. Często podczas różańca przychodzi myśl, co zrobić, jak sprawę rozwiązać.

Skąd takie przywiązanie do wartości i głęboka wiara?

Życia z modlitwą uczyłem się od dziecka, dar modlitwy wspólnej, rodzinnej przekazali mi rodzice, od 1978 roku członkowie Domowego Kościoła Ruchu Światło-Życie. Oni też uczyli mnie bycia w Kościele, zaangażowania w pracę w parafii.

Często fizycznie nie było z nami taty, Marka, też kapitana żeglugi wielkiej, był na morzu. Ale kiedy zbieraliśmy się na modlitwę rodzinną, wiedzieliśmy, że on też się za nas tam na statku modli. To były czasy bez internetu, czatów, rozmów video. Telefonowało się na statek przez Gdynia Radio, ale my czuliśmy obecność taty właśnie w chwilach wspólnej codziennej modlitwy.

Rybka Warmijakowa

Logo to stworzył mój Ojciec kpt. ż.w. Marek Warmijak. Rozszyfrowanie jest proste, to: chrześcijański znak ryby IXTIS, krzyż, kotwica, M – jak Maryja, a wszystko to łódź Piotrowa.

I tak też jest w naszym małżeństwie i rodzinie. Oboje z żoną wyrośliśmy w oazie młodzieżowej, a teraz uczestniczymy w Domowym Kościele już 28 lat. Od początku naszego małżeństwa. Dzięki modlitwie pielęgnujemy wzajemną miłość, nasze małżeństwo i rodzina jest spełniona i radosna. Mimo ciągłych rozstań, jesteśmy razem.

Chcę tu podkreślić też siłę przysięgi małżeńskiej, której słowami często modlę się w intencji naszego małżeństwa. Wielka moc do budowania miłości między mężem i żoną płynie właśnie z sakramentu małżeństwa. Z tej przysięgi sobie nawzajem złożonej, wobec Boga w Trójcy Jedynego i Wszystkich Świętych.

Czy pracując na morzu jest czas na niedzielą Mszę św. i w jakiej jest ona formie?

Na statku (zwykłym, handlowym) ze względów oczywistych nie ma możliwości uczestnictwa w nabożeństwach i Mszy świętej. Zdarza się, że jeżeli jestem w porcie lub płyniemy przy brzegu i mam możliwość zalogowania się do internetu – to uczestniczę we Mszy świętej na żywo. Na przykład niedawno w niedzielę „byłem” w Kalwarii Zebrzydowskiej na Mszy św. o siódmej rano! Jeżeli jest tylko możliwość staram się znaleźć kościół katolicki i uczestniczyć we Mszy świętej w portach, do których zawijamy. Na przykład w zeszłym roku Boże Narodzenie przeżywałem w Las Palmas w katedrze św. Anny. Niestety akurat na tym kontrakcie nie mam możliwości wyjścia do miasta w żadnym porcie. Tak też bywa niestety.

Swoją duchowość staram się rozwijać m.in. przez czytanie książek, Panu Bogu dzięki za ebooki! Można dzięki nim wziąć ze sobą w podróż całą bibliotekę! Korzystam też dużo z publikowanych w internecie konferencji i rekolekcji. Wielkie podziękowania tutaj dla Radia Maryja i TV Trwam, dla O.O. Benedyktynów z Tyńca, dla programu „WIERZĘ” wSensie.pl i wielu, wielu innym.

Rozpoczęliśmy rozmowę od wartości najważniejszych – tych duchowych – ale żeby lepiej przybliżyć naszym czytelnikom sytuację (może też to jak trudno jest być wiernym tym wartościom), to jakby Pan Kapitan mógł przedstawić sytuację na statku/morzu? To jest dzień pełen pracy i obowiązków? Czy znajdzie się chwila dla siebie?

Przebywanie na statku traktuję od paru lat jak pobyt w „świeckim klasztorze” – wykonuję pracę, którą lubię, na której się znam, ale jednocześnie staram się nie tracić czasu wolnego, który najczęściej spędza się samemu. I to słowo „samemu” jest tu kluczem. Samotność to wielki problem marynarzy. Kiedyś ludzie spotykali się, rozmawiali, mieli na to czas, bo nie było tak powszechnie dostępnych filmów, gier komputerowych, nie było telewizorów w kabinach … . Teraz każdy posiada laptopa czy smartfona, dostęp do tysięcy filmów, internetu i rozrywki. Załoga spotyka się już tylko na posiłkach, a i to nie wszyscy razem, ze względu na układ godzin pracy. Pamiętam czasy, kiedy na statku odbywały się turnieje ping-ponga, brydżowe, załoga grała w BINGO, w szachy. Wszyscy spotykali się wieczorem na seansie filmowym w świetlicy załogowej. Załoga była społecznością, organizmem.

Jak być wiernym wartościom, uczyłem na samym początku drogi zawodowej od kpt. ż.w. Bolesława Hutyry, pod którym miałem wielką przyjemność pracować jako trzeci oficer na greckim masowcu w 1994 roku. Człowiek olbrzymiej wiary i pokory. Społecznik, który zginął w niewyjaśnionych do tej pory okolicznościach w wypadku samochodowym we wrześniu 2000 r. „Wujek Bolek” (był członkiem tego samego kręgu rodzin Duszpasterstwa Ludzi Morza co moi rodzice), organizował na statku wspólne czytanie Pisma Świętego, na wzór oazowego dzielenia się Słowem. W Bronsville w USA duszpasterz ze Stella Maris odprawił Mszę św. na statku na zaproszenie kpt. Hutyry, w Mozambiku, w Maputo kapitan zaprosił na statek arcybiskupa. Ks. arcybiskup przyjął zaproszenie i nas odwiedził. Załoga żartowała, że jeżeli płynęlibyśmy do Włoch, niewątpliwie spotkałby nas zaszczyt widzenia się z Ojcem Świętym!

Dzisiaj w większości marynarze to osoby zamknięte w sobie, wychodzący z twierdzy kabiny tylko do pracy i na posiłki. A spotykałem też ludzi zabierających talerz z jedzeniem i idących jeść w kabinie. Smutne to. Niekiedy zamiast „świeckiego klasztoru” statek może stać się dla marynarza „więzieniem”.

Na moich statkach staram się otwierać na ludzi, spotykać ich uśmiechem i życzliwością. Motywować do pracy i tworzenia zgranej załogi przez okazanie szacunku dla ich umiejętności, dla ich pracy. Często zagaduję o rodzinę, pytam, jak się czują. Po paru tygodniach okazuje się, że chcą porozmawiać, przychodzą, otwierają się. To bardzo różni ludzie, Filipińczycy, Ukraińcy, Litwini, a problemy te same: „w domu czuję się gościem”, „moja żona wydaje wszystkie pieniądze, które wysyłam”, „nie rozumiem moich dzieci”. Pytają się, jak to u mnie jest, a ja pokazuję zdjęcia z domu, ze wspólnych uroczystości, gdzie cała rodzina jest razem, gdzie widać szczęście i miłość. I opowiadam o swoich przekonaniach, o tym, jak buduje się dom na konkretnych fundamentach wiary. Kiwają głowami, rozumieją. Nigdy nie spotkałem się z wyśmiewaniem moich przekonań, mimo że wielu z nich to ludzie deklarujący się jako niewierzący albo wierzący niepraktykujący.

Jakie są relacje między ludźmi, kiedy grupa jest tak wielonarodowa, np. w kontekście przeżywania świąt Bożego Narodzenia?

Święta na statku, jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc, to dni wolne od dodatkowych prac. Oczywiście statek płynie cały czas, wachta na mostku i w maszynie pracuje, ale cała reszta odpoczywa. Ja organizuję zawsze wspólne grillowanie, wieczerzę czy odświętne śniadanie i obiad. W te specjalne dni zakładam mundur i zanim usiądziemy do stołu, zbieram załogę w oficerskiej świetlicy, przy choince w Boże Narodzenie czy po prostu przy odświętnym stole z koszem umalowanych jajek w Wielkanoc i staram się krótko opowiedzieć o znaczeniu tego święta dla chrześcijan. Proszę kogoś z załogi o przeczytanie odpowiedniego fragmentu Pisma Świętego, w tym roku czytane było Słowo Boże po rosyjsku, angielsku i w języku Tagalog (filipińskim). Potem proszę, abyśmy pomyśleli wszyscy o swoich najbliższych i proponuję wspólne odmówienie modlitwy Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo, na głos, każdy w swoim języku. I to działa! Załoga się modli! Potem składam wszystkim życzenia i proszę, aby składali sobie życzenia nawzajem. I tak się dzieje. Mogę szczerze powiedzieć, że po takim wydarzeniu załoga się zmienia. Zmieniają się na lepsze wzajemne stosunki między marynarzami.

Oprócz ducha trzeba zadbać o ciało! Bardzo ważna na statku jest kuchnia. Dobry kucharz to skarb. Ciężko pracujący marynarze muszą mieć pewność, że po pracy zjedzą smaczny i zdrowy posiłek. Poza tym dobry armator zadba o wyposażoną sale gimnastyczną, stół do ping-ponga, bieżnię, rower, trochę „żelastwa” do podźwigania. Czasami jest na statku mały basen czy sauna. To też ważne. Miałem i mam to szczęście, że na moich statkach to wszystko jest. Staram się korzystać z tego i namawiam innych. Zapraszam do wspólnej gry czy ćwiczeń.


Podczas rejsu w czasie wolnym można oddawać się różnym hobby. Moim jest produkcja noży. Stara miłość z harcerstwa …


Ile razy był Pan już w Zatoce Perskiej? I na tej podstawie jakby Pan mógł ocenić obecną sytuację w tamtym regionie?

W Zatoce Perskiej czy w Cieśninie Ormuz bywałem dość często. Szczególnie port Jebel Ali czy Khor Fakkan to porty tranzytowe, gdzie wchodzi duża ilość statków. Cały ostatni kontrakt pływałem tylko na Zatoce Perskiej – pomiędzy Emiratami a Irakiem. W codziennej pracy napięcie w rejonie generalnie nie jest zauważalne. To raczej w rozmowach z miejscowymi pilotami czy agentami poruszamy czasem tematy, które podawane są przez agencje informacyjne. Ostatnio można było jednak zauważyć wzmożoną aktywność „koalicyjnej marynarki wojennej” (czyli USA i ich koalicjantów w rejonie) przez częstsze niż wcześniej wywoływanie statków handlowych do radiowej identyfikacji. Widać też więcej okrętów, helikopterów czy samolotów patrolujących rejon.

Zagrożeniem jest – ogólnie mówiąc – napięta ostatnio sytuacja, ale są też inne sprawy, o których mało się mówi, może do których opinia publiczna jakoś przywykła. Jednak marynarz wybierając się w rejs musi zdawać sobie sprawę, że np. u wybrzeży afrykańskich grasują piraci?

Aktywność piratów na Oceanie Indyjskim zmalała w ostatnich dwóch latach dość mocno. To już teraz pojedyncze przypadki. Statki żeglujące w rejonie Somalii cały czas obsadzane są przez uzbrojonych agentów ochrony, marynarki wielu krajów utrzymują patrole swoich sił w rejonie. Natomiast dużo bardziej niebezpieczne stały się wody Zatoki Gwinejskiej, czyli zachodnie wybrzeże Afryki. Zainteresowanych odsyłam do internetu, jest bardzo dużo materiałów o tym problemie [zobacz, czytaj więcej]. Jadąc na statek zdajemy sobie sprawę z zagrożenia. Armatorzy i agencje międzynarodowe zabezpieczają stały dostęp do najnowszych raportów sytuacyjnych w zagrożonych rejonach.

Na koniec chciałbym zapytać o opinię Pana Kapitana, jako czynnego marynarza, o sytuację nad polskim szeroko rozumianym morzem? Czy w ostatnich latach dla Pana coś może się zmieniło na lepsze?

Tutaj muszę powiedzieć szczerze, że nie jestem ekspertem, ale z tego co śledzę w mediach mogę powiedzieć, że bardzo dobrze, że rząd stawia na rozwój infrastruktury portowej, dostęp do portów od strony morza (przekop Mierzei Wiślanej) i lądu. Inwestycje w autostrady, drogi szybkiego ruchu, koleje, szczególnie z kierunku północ-południe dadzą szansę na przejęcie części ruchu towarów przez łatwy i szybki transport z takich krajów jak Słowacja, Czechy, Ukraina, Węgry. W tej chwili ten ruch odbywa się przez niemieckie i holenderskie porty. Trzeba sobie uświadomić, że każda tona towaru to pieniądz. W zeszłym roku polskie porty oddały do budżetu państwa 40 mld złotych. Jest w co inwestować i są widoki na dużo większe korzyści, które będzie można znowu inwestować! W mojej opinii to już buduje integrację Trójmorza. To jest konkretne działanie w interesie Polski i krajów naszego regionu. Razem, silni gospodarczo przy politycznym wsparciu USA, będziemy mogli oprzeć się dominacji układu Niemcy – Rosja i uniknąć całkowitego podporządkowania się kolonialnym sąsiadom. Z krajem silnym, z silną grupą państw trzeba się liczyć. Podzieleni ulegniemy sile złego. Niestety są też w obecnych działaniach rządu ruchy niekorzystne, na przykład rotacja kadrowa na wysokim szczeblu – głównie z klucza partyjnego – to osłabia przedsiębiorstwa, pozbawia stabilizacji i nie daje gwarancji stałości rozwoju.

***

Post Scriptum

Na koniec chciałbym wrócić jeszcze do spraw wiary i nie mogę oprzeć się, jako marynarz, chęci podzielenia się z czytelnikami „morską opowieścią”.

Superintendent z mojej firmy wizytujący statek, kapitan, opowiedział mi historię o swoim ojcu, również kapitanie. Byli bardzo bliscy sobie, obaj również głęboko wierzący ludzie. Zdarzyło się, że kiedy ojciec umierał, syn był na statku na Dalekim Wschodzie. Nie było możliwości, aby do kraju wrócić, wszystko stało się za szybko. Zwyczajem w Grecji jest uroczysta Msza św. w rocznicę śmierci. Syn znowu był w morzu. Według słów opowiadającego, w godzinie kiedy Msza św. się rozpoczęła, na mostek kapitański do syna wleciał gołąb. Nie bał się przebywających tam ludzi. Podszedł do kapitana, wzleciał i usiadł na chwilę na kole sterowym, przeleciał na ekran radaru, uważnie patrzył na ekran przez jakiś czas, przeleciał na stół nawigacyjny, oglądał rozłożoną tam mapę… . Może nie byłoby to aż takie niecodzienne, gdyby nie jeden szczegół: na mostku w doniczkach rosły różne zioła i kwiaty. Gołąb podleciał do jednej tylko doniczki, aby się posilić, do doniczki z bazylią, ulubioną przyprawą zmarłego ojca.

Tyle opowieści. Bardzo dziękuję za możliwość napisania tych paru słów. Proszę o modlitwę za nas na morzu i za wszystkich pracujących z daleka od swoich najbliższych. I za nasze rodziny.

Z Panem Bogiem.

 

Paweł Palembas, radiomaryja.pl

drukuj