Narodowe rekolekcje w Brukseli

Z Dariuszem Sobkowem, byłym ambasadorem tytularnym, urzędnikiem Parlamentu Europejskiego, rozmawia Nasz Dziennik.

 

Panie Ambasadorze, na dzień przed wysłuchaniem publicznym w Parlamencie Europejskim poświęconym przyczynom katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku, zorganizował Pan w Brukseli, wraz z belgijską Polonią, uroczystości rocznicowe, w których udział wzięli przybyli z Polski członkowie rodzin ofiar tragedii smoleńskiej. Skąd pomysł na liturgię i Mszę Świętą przy tego typu spotkaniu?

– Wysłuchanie publiczne miało miejsce na kilka dni przed drugą rocznicą wydarzeń z 10 kwietnia, a, naszym zdaniem, tej rocznicy nie sposób upamiętniać  inaczej, jak zaczynając właśnie od Mszy Świętej. To była przecież ofiara naszego narodu. Prezydent Lech Kaczyński przewodził delegacji wszystkich stanów polskiego życia publicznego i religijnego, którzy w chwili śmierci pełnili swoje obowiązki. Te 96 osób leciało tam, aby uczcić 70. rocznicę ludobójstwa katyńskiego. Oni także chcieli ją uczcić zaczynając od modlitwy na grobach ofiar tego bestialskiego mordu. Obu tych dramatów nie sposób zrozumieć bez Boga i odniesienia do historii Polski. Do dzisiaj nie wiemy dlaczego musiał wtedy zginąć nasz Prezydent, nasi liczni księża i biskupi, generałowie i piloci, ministrowie, posłowie i tylu innych polskich patriotów. Polska straciła tego dnia, w sensie symbolicznym, ale i dosłownym, głowę naszego państwa. Każdego 10. dnia miesiąca, w godzinie katastrofy, w Warszawie odbywa się uroczystość pod Pałacem Prezydenckim ku ich czci, a jej początkiem jest Msza Święta w kościele seminaryjnym sąsiadującym z Pałacem.

Wszystkie największe rocznice historii Polski czczone są w kościołach. Tak samo będzie już i z tą rocznicą katastrofy smoleńskiej. Chcę też zauważyć, że nikogo nie trzeba było inspirować do zorganizowania tej liturgii. Ta potrzeba wynikała z głębi, z naszej potrzeby powierzenia siebie i naszych spraw Bogu. Dlatego całą liturgię, łącznie z pięknymi dekoracjami, zorganizowały panie z tutejszego koła różańcowego w dzielnicy Schaerbeek w Brukseli, z Zofią Ugolik, przewodnicząca stowarzyszenia polonijnego, panią Anną Woś oraz siostrą kapłana, który zginął dwa lata temu w Smoleńsku – panią Renatą Szczęsny, wraz z gronem licznych polskich parafianów. Ksiądz proboszcz Stanisław Dziura, wielki patriota i wspaniały kaznodzieja, pracujący już 30 lat wśród tutejszej Polonii, przewodniczył koncelebrze, w której udział wzięło wielu polskich księży i zakonników przybyłych z różnych stron Belgii, a także przybyli z Torunia Ojcowie Redemptoryści i parafianie.

 

Widać było, iż przyjazd rodzin ofiar tragedii smoleńskiej, był szczególnym świadectwem dla tutejszej Polonii.

– Zdecydowanie. W tym czasie trwały akurat w Brukseli rekolekcje wielkopostne dla Polaków w jednym z kościołów Polskiej Misji Katolickiej. Ta Msza Święta i spotkanie z bliskimi ofiar, to były takie narodowe rekolekcje dla Polonii belgijskiej. Rodziny smoleńskie dały swoje świadectwo, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Po Mszy wierni podchodzili do rodzin ofiar, żeby porozmawiać, lub nawet by choć uścisnąć ich dłonie. Ich świadectwo było jakimś wezwaniem do nawrócenia, które często następuje po dobrze przeżytych rekolekcjach. O wiele bardziej czujemy się Polakami w zetknięciu z osobami, które straciły swoich najbliższych w Smoleńsku. Obecność tych osób pokazuje, że to jest rana narodowa i nie jest ona zagojona. Ciągle nie odpowiedziano na zasadnicze pytania. Ta rana zadana dwa lata temu Polakom jest łatwiejsza do pojęcia w sensie mistycznym, ale nie będzie zaleczona, dopóki nie poznamy prawdy na temat przyczyn i okoliczności tej narodowej ofiary. W kościele znajdujemy religijne zrozumienie sensu dla zadanej 10 kwietnia śmierci i dzisiejszego cierpienia najbliższych ofiar. Pozostaje jednak ciągle wiele pytań o kondycję państwa polskiego, które zostało poniżone, nie zdało egzaminu z podstawowego obowiązku – gwarancji bezpieczeństwa fizycznego swoim przedstawicielom. Dzisiaj państwo polskie nadal nie daje gwarancji bezpieczeństwa Polakom w wielu aspektach naszego życia. Jeśli śmierć 10 kwietnia nie poszła na marne, w co głęboko wierzę, to nastąpi nawrócenie Polaków. Pierwsze tego objawy chyba już widać. Miliony naszych rodaków podnoszą głowę z zapytaniem o sprawy fundamentalne, składają podpisy ze swoimi danymi osobowymi. Polacy maja odwagę obywatelską, aby odrzucić świat zorganizowanego kłamstwa otaczający nas od lat. Polacy jako naród zdali egzamin, ale państwo polskie ciągle czeka na wyrównanie tej krzywdy zadanej narodowi. Oni naprawdę 10 kwietnia zamknęli oczy, abyśmy my mogli je otworzyć na wiele niesprawiedliwości wokół nas. Pamięć o tym, co stało się dwa lata temu, jest wezwaniem do narodowego nawrócenia. Osobiście oprócz udziału we Mszach Świętych rocznicowych, pamiętam i modlę się za moich przyjaciół i kolegów, którzy wtedy zginęli w Smoleńsku.

 

Wspomniał Pan o utraconych przyjaciołach…

Tak. Z racji pełnionych przeze mnie funkcji znałem większość osób, które leciały na uroczystości do Katynia, jednak z trzema łączyła mnie prawdziwa, wieloletnia przyjaźń. Mówię o Aleksandrze Szczygło, Mariuszu Handzliku, Mariuszu Kazanie.

 

 Jak Pan ich wspomina? Jacy to byli ludzie?

– Byli w dosłownym tego słowa znaczeniu nadzwyczajni, bo przecież gdyby takimi nie byli, wówczas tego dnia nie zabrano by ich na pokład tego samolotu. Tego dnia lecieli do Katynia w jakimś sensie wyselekcjonowani przez Polaków ludzie. Jedni byli wybrani w wyborach – jak Pan Prezydent i posłowie, inni byli w swoich dziedzinach pracy i życia mianowani na najwyższe stanowiska. Wszyscy oni stanowili elitę społeczną. Liczni działacze patriotyczni którzy tam byli, słynęli ze swojej miłości Ojczyzny. Koledzy, których straciłem, na co dzień byli prawdziwi w tym co robili. Wierzyli w swój zawód, w sens służenia dla kraju odrodzonego z totalitaryzmu. Między sobą nie ukrywaliśmy jednoznacznej oceny patologii trawiącej od lat polską służbę publiczną. Uosobieniem tej walki z patologiami naszego państwa była osoba Prezydenta. Teraz widzę, że wszyscy jak gdyby spieszyliśmy się zawsze w tym co robiliśmy. Może czuliśmy, że ten czas naprawy Polski jest ograniczony, że coś na nas szykują. Nasze drogi krzyżowały się z kolegami z pracy w ministerstwie, kancelarii premiera, na placówkach dyplomatycznych, w czasie wizyt zagranicznych i negocjacji. Każdy z nich utożsamiał państwo, któremu służyć powinni urzędnicy i dyplomaci.

 

Jak zaczęła się Wasza przyjaźń?

– Poznaliśmy się na początku lat 90-ych. Byliśmy wszyscy w tym samym wieku, tuż po studiach i dostaliśmy do ręki dar, o którym nawet nie marzyliśmy w czasie studiów. Przecież w stanie wojennym bardziej utożsamialiśmy się z działaniami dyplomacji watykańskiej w stosunku do Polski, niż z tzw. „dyplomacją PRL”. Naszym przywódcą, naszym Mojżeszem, był Jan Paweł II. Natomiast tzw. dyplomaci PRL mieli swego faraona w Moskwie. Jeden taki faraon nawet do dzisiaj jest tam jeszcze zabalsamowany. Wszyscy byliśmy w sposób naturalny antysowieccy i religijni zarazem. Jeden z tych nieżyjących kolegów spędził cały rok w Taize i do dzisiaj bracia zakonni z Francji go pamiętają. Każdy przyjazd Polskiego Papieża był dla nas świętem religijnym i propolskim zarazem. Po 1989, a szczególnie po 1991 roku, czyli w pełni wolnych wyborach, otrzymaliśmy ogromny dar. To był dar służenia Polsce jako urzędnicy, politycy, dyplomaci. Ta misja i wspólne idee scementowały naszą przyjaźń.

 

Czyli pamięć o tragedii smoleńskiej może mieć bardzo konkretny, propaństwowy wymiar?

– Oczywiście. W swoim wystąpieniu po Mszy świętej w Brukseli pani Marta Kaczyńska odwołała się do faktu, że jako członek Unii Europejskiej powinniśmy domagać się wyjaśnienia tej katastrofy, gdyż normalny kraj europejski tak właśnie by postąpił. Poseł Antoni Macierewicz przestrzegał przed próba zepchnięcia tajemnic tragedii smoleńskiej do katakumb. Dzisiaj ci, którzy starają się przemilczeć te sprawy, którzy utrudniają jej wyjaśnienia, działają na niekorzyść państwa. Spychają Polskę do roli kraju trzeciego świata.

Przez wiele lat pracowałem w departamencie promocji MSZ. Przekonywałem naszych zagranicznych partnerów o tym, że Polska jest państwem europejskim. Organizowałem konferencje na temat równych dziedzin życia naszego kraju. Dowodziłem, że nasz przemysł, rolnictwo i administracja będą funkcjonować w sposób normalny, taki sam jak w innych dużych krajach UE. Nigdy nie przyszło mi nawet na myśl i nikt nie zadawał nawet pytania, czy Polska jest w stanie zabezpieczyć ochronę fizyczna swoim dyplomatom, generałom, głowie państwa. Polska jest krajem europejskim, a oto tutaj stała się rzecz, która może mieć miejsce tylko w krajach prymitywnych, pozbawionych normalnej struktury państwowej. Raport MAK opublikowany rok temu był dla Polaków obraźliwy, pomijając już to, że był świadomie kłamliwy. Brak natychmiastowej międzynarodowej reakcji państwa polskiego na ten raport, był konkretnym zaprzeczeniem sensu mojej wieloletniej pracy jako urzędnika i dyplomaty. Przecież normalna dyplomacja kraju europejskiego zachowuje się inaczej, broni bezpieczeństwa i dobrego imienia swojego prezydenta, swoich urzędników. W dzień po publikacji tego kłamliwego raportu MAK, w dość emocjonalnej formie zwróciłem publicznie uwagę moim byłym kolegom z polskiej dyplomacji, że jeśli już nie chcą bronić dobrego imienia Prezydenta Polski, to niechaj zadbają, żeby nie szargano imieniem ich kolegów z pracy, którzy tam zginęli. Poskutkowało tylko tyle, że przestano wymieniać nazwiska dyplomatów, którzy ponoć „naciskali” na pilotów.  Wdowa po gen. Andrzeju Błasiku, dzięki niezależnym mediom jak m.in. „Nasz Dziennik” i TV Trwam, również obroniła w Polsce dobre imię swojego męża, a zarazem dobre imię polskich lotników. Nie może jednak być tak, że każdy na swój sposób, niemal prywatnie broni ofiar katastrofy smoleńskiej. To jest znowu zrzucanie na barki obywateli funkcji państwowych. Do dzisiaj czuję wstyd wobec rodzin smoleńskich za postępowanie moich kolegów, którzy ciągle odgrywają ważne role w dyplomacji, za ten brak szacunku jaki okazują dla państwa, dla zmarłego Prezydenta, a szczególnie za brak reakcji międzynarodowych na kłamliwe tezy raportu MAK. Nasi koledzy, którzy zginęli w Smoleńsku nie milczeliby, gdyby żyli. Oni mieliby odwagę stanąć w obronie dobrego imienia państwa. Są na to nawet liczne dowody.

 

Co konkretnie ma Pan na myśli?

– Konkretne pisma, oficjalne decyzje urzędowe opublikowane po katastrofie smoleńskiej i podpisane przez polskich polityków takich jak Aleksander Szczygło oraz urzędników takich jak Mariusz Handzlik, którzy zginęli w Smoleńsku. Wskazywali oni na złe przygotowanie bezpieczeństwa organów państwa pod względem logistycznym w czasie podróży i konkretnie tej wizyty w Smoleńsku, na rozgrywanie przez obce mocarstwo rocznicy katyńskiej. W tym sensie można, również odwołując się do innego porównania, powiedzieć, że w Smoleńsku zamknięto 10 kwietnia usta tym, którzy mówili o dramatycznym stanie bezpieczeństwa państwa. Oni nie mogą już o tym mówić, ale my właśnie dlatego jesteśmy zobowiązani tej prawdy głośno się domagać od instytucji międzynarodowych i Parlamentu Europejskiego. Władysław Stasiak był moim starszym kolegą z Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Kiedyś oceniał nasze prace ze staży zagranicznych, w tym mój raport. Spytałem go wtedy, czego jego zdaniem najbardziej brakuje w polskiej administracji. Odpowiedział mi: „wielu polskim urzędnikom brakuje szacunku dla państwa polskiego”. Z tym zadaniem do odrobienia w domu i w pracy pozostajemy już od dwóch lat.

 

Czy katastrofa smoleńska pomaga Polakom mieszkającym w Belgii na nowo przeżyć swoje przywiązanie do kraju?

Jak najbardziej tak. Dowodzi tego chociażby fakt, że w tym samym kościele w Brukseli, gdzie odprawione były uroczystości w druga rocznicę  dramatu smoleńskiego, odbędzie się teraz  Msza Święta w przeddzień kolejnego przesłuchania, tym razem w obronie wolności mediów w Polsce, w obronie Telewizji Trwam. Smoleński doprowadził do tego, że wielu Polaków mieszkających poza granicami kraju zastanawia się na serio co można dzisiaj zrobić, żeby  ten dramat przemienić w działanie na rzecz kraju. Wiele osób poczuło się zobowiązanych do obrony kraju, którego bezpieczeństwo zostało tak bardzo naruszone. Naszą odpowiedzią jest m.in. obrona wolności mediów w Polsce. Symbolem tej wolności jest dzisiaj Telewizja Trwam. Do tej pory nie było jeszcze zgromadzenia w Brukseli na taką skalę w obronie zagrożonych wartości w naszym kraju. W poniedziałek 4 czerwca odbędzie się  Msza Święta w intencji obrony wolności słowa i telewizji Trwam.  Następnego dnia, we wtorek 5 czerwca  będzie miało miejsce kolejne się przesłuchanie w Parlamencie Europejskim, tym razem ukazujące sposoby ograniczania wolności słowa w Polsce. Dwa lata temu miałem okazje współorganizować trzy tego typu spotkania wraz z Europosłem  Prawa i Sprawiedliwości Panem Markiem Gróbarczykiem. Wtedy przychodziło na nie po kilkadziesiąt osób. Teraz zapowiedziany jest udział  dużo ponad stu osób i dodatkowe kilkaset zamierza demonstrować przed Parlamentem  Europejskim w tej samej sprawie. Jak widać sprawa swobody wypowiedzi i wolności mediów katolickich jest coraz bardziej  nabrzmiała i wygląda to coraz gorzej w naszej Ojczyźnie. Na szczęście

Europosłowie  nie pozwalają zapomnieć  o tej ważnej sprawie, a Polaków stać na coraz większą mobilizację, również poza granicami naszego kraju w obronie katolickiej telewizji. Pamiętajmy, że dla wielu polskich emigrantów jest to jedyna telewizja polskojęzyczna, którą oglądają na co dzień, a Radio Maryja jest powszechnie słuchane w Belgii.

Dziękuję za rozmowę

drukuj