Na nowo wezwani do wiary

W ciągu długich lat pontyfikatu
Papieża Jana Pawła II przyzwyczailiśmy się do jego pielgrzymek do Ojczyzny.
Rozmaite były tego powody – w każdym razie
nie sentymentalne, jak uparcie podkreślali i wciąż podkreślają niektórzy
komentatorzy, których nie można posądzić o przychylność w stosunku do Kościoła
i do wierzących
w Polsce. Witaliśmy Ojca Świętego, spotykaliśmy się z nim i słuchaliśmy go
przede wszystkim dlatego, że widzieliśmy w nim widzialną Głowę Kościoła,
Następcę św. Piotra, chcianego przez samego Chrystusa. Jesteśmy świadomi
tego, że powszechna
misja Papieża polega na reprezentowaniu nas wobec Jezusa Chrystusa, a Jezusa
Chrystusa wobec nas wszystkich. Oczywiście, widzieliśmy w Janie Pawle II
także przełomowego twórcę historii Polski w ciągu trzech ostatnich dziesięcioleci,
począwszy od pamiętnego 1979 r., twórcę, którego działania i przekazywane
idee
bezpośrednio wpłynęły na każdego z nas, na nasze życie i na dokonywane przez
nas wybory. Trudno przecenić dziejową misję Papieża z Krakowa wobec całej
ludzkości na przełomie tysiącleci.

Pojawia się nieuchronnie pytanie, co w każdym z nas pozostało po tamtych
wizytach, po oklaskiwaniu papieskich przemówień i po owacjach, którymi był
przyjmowany
i żegnany. Każdy rozsądny człowiek wie, że na takie pytania nigdy nie da
się w pełni odpowiedzieć, bo najważniejsze skutki tego wszystkiego, mimo
wszystko,
pozostają niewidoczne dla oczu. Owszem, wszyscy chcielibyśmy, aby wiara przekładała
się bezpośrednio na konkretne czyny i zachowania, widoczne już w chwili,
w której mówimy, że wierzymy; niejednokrotnie wyrażamy oczekiwania, aby przynosiła
ona konkretne owoce w różnych dziedzinach życia, a najbardziej w sferze ekonomii.
Gdyby wiara przyczyniła się szybko i skutecznie do rozwiązania jakiegoś problemu
społecznego, na przykład bezrobocia, to szybko wzrosłaby pozycja Kościoła
w
badaniach popularności prowadzonych przez różne ośrodki badania opinii publicznej.
Nie można oczywiście wątpić, że wiara oddziałuje także na te sfery życia.
Efekty tego oddziaływania nie są szerzej znane także z tego powodu, że nikt
nie prowadzi
badań nad tym, na ile papieskie pielgrzymowanie zmieniło oblicze naszej ziemi,
choć wszyscy, przychylni i mniej przychylni, dobrze wiedzą, że je rzeczywiście
zmieniło. I ta zmiana jest faktem, którego nikt nie ośmiela się zakwestionować,
choć oczywiście, jako ludzie z natury raczej niezadowoleni, często nie chcemy
tego otwarcie przyznać. Spójrzmy na niektóre fakty. Po pięćdziesięciu latach
dewastacji duchowej, moralnej i kulturowej tkanki naszego Narodu, mimo otwartego
promowania wielu degenerujących form zła, które dokonywały rozkładu życia
osobistego i społecznego, zachowujemy tożsamość narodową, mamy świadomość
zła, które nas
dotyka, mamy nadal wzniosłe pragnienia i uparcie dążymy do wielkich ideałów,
zauważamy drugiego człowieka i jego godność oraz niepokoimy się o los Narodu
i ludzkości itd. Czy to wszystko byłoby możliwe, gdyby nie papieska misja
w Polsce? Owszem, można pokazać – nie można się oszukiwać! – wiele rozmaitych
braków, które nas dotykają, ale można pokazać równie dużo dobra, czasami
wręcz
zaskakującego, które jest ofiarnie czynione, a które jednak ma to do siebie,
że nie robi wokół siebie hałasu i nie prowadzi akcji samopromocyjnej, a więc
jest niezauważane. Dobro jest mało medialne, albo to raczej nasze media masowe
są tak skonstruowane, że na promocji dobra im w ogóle nie zależy!
Przeżywaliśmy, z niesłychanym, niespodziewanym, a nawet zaskakującym entuzjazmem,
wizytę Papieża Benedykta XVI, który przybył do Kościoła w Polsce z konkretnym
przesłaniem: "Trwajcie mocni w wierze" – z przesłaniem, można powiedzieć,
bardzo podstawowym, czy nawet elementarnym. Już na początku swojej wizyty następca
Jana Pawła II wymownie zaznaczył, że nie chodzi mu o "podróż sentymentalną",
ale o podróż prowadzącą do tego, co istotne dla wszystkich wierzących i całego
Kościoła. Taka jest przecież eklezjalna misja Piotra, w każdym czasie i wobec
wszystkich wierzących – prowadzić do źródeł wiary i umacniać jej fundamenty.
Zostaliśmy więc przez Papieża Benedykta XVI mocno i wszechstronnie wprowadzeni
do przemyślenia na nowo kwestii wiary w naszym życiu oraz do wyprowadzenia
z niej tych konsekwencji, które są w stosunku do niej współistotne, to znaczy
konsekwencji zarówno w życiu osobistym, jak i w życiu kościelnym i społecznym.
Wiara, będąc osobistą więzią człowieka z Bogiem, jest darem Bożym i wszechobejmującą
odpowiedzią człowieka, wpisującą się we wszystkie dziedziny jego życia, aktywności
i dokonywanych wyborów. Obecny Papież w całym swoim wcześniejszym nauczaniu
teologicznym z upodobaniem podkreślał, że wiara jest "opcją", czyli
decyzją ukierunkowującą całe życie człowieka, a tym samym kształtuje "styl" tego
życia, czyli staje się "drogą", jak mówią wielokrotnie Dzieje Apostolskie.
Taki obraz wiary wyłania się również z papieskich przemówień wygłoszonych
w Polsce w ostatnich dniach. Wszystko inne, co w tych dniach miało miejsce,
było
i jest tylko tłem dla tego istotnego przesłania.
Papież, wychodząc od zdania zapisanego przez św. Pawła: "Trwajcie mocni
w wierze", wyraźnie podkreślił wymiar "trwania", czyli stałości
wiary w ludzkim życiu. Wiara jest wyborem i postawą, które określają i mają
wciąż na nowo określać całe, od początku do końca, życie chrześcijańskie, tak
jak na stałe został przyjęty sakrament chrztu. Nowy Testament, mówiąc o wierze,
nieustannie i zdecydowanie podkreśla ten wymiar trwania jako nieodzowny dla
określania się mianem wierzącego – chrześcijanina. Papieskie przesłanie, ściśle
sytuując się na linii wyznaczonej przez Nowy Testament, przypomniało nam wszystkim,
że wiary nie wolno skorumpować, dostosowując ją bezkrytycznie do osobistych
zachcianek i nacisków kulturowych, które – jakkolwiek wpływowe – mają charakter
przejściowy, a niejednokrotnie są wprost sprzeczne z autentycznością wiary.
Trwanie jest w tym przypadku synonimem "fundamentu" i "prawdy".
Jest przeciwieństwem wszelkiego "relatywizmu". Prawda wiary jest
fundamentem, który stale powinien inspirować i pobudzać do interpretacji
zjawisk kulturowych i eklezjalnych, aby wciąż na nowo odkrywać to jedno,
co autentycznie
konieczne. Trwanie oznacza także ciągłość, która przedłuża w czasie dar łaski
i udzieloną raz odpowiedź. Wiara nie może wycofywać się pod naciskiem przejściowych
mód i pojawiających się trudności, nie może sprowadzać się do chwilowych
zrywów i ograniczać do przypadkowych impulsów. Istnieją w życiu, mimo przemijania
wielu rzeczy, definitywne wybory, które zobowiązują na zawsze. Są one możliwe,
konieczne i wymagające na zawsze; co więcej, są one nieodzowne w każdym stanie
życia. Wiara oparta na takim założeniu ma faktyczną szansę przekształcić
się
w świadectwo.
Wiara trwała potrzebuje także "mocy", aby mogła doprowadzić do
tego, do czego jest przeznaczona, czyli do uświęcenia człowieka i do objawienia
chwały
Bożej. Nie może pozwolić sobie na letniość, która prowadzi do jej rozmycia,
a w końcu także do rozmycia samego człowieka. Ta moc wiary, to wytrwałe i
mocne w niej trwanie rodzi się z daru Ducha Świętego, z adoracji i modlitwy,
z codziennej
ascezy i wysiłku, z codziennej troski o powagę życia i dokonywanych wyborów.
Mocne trwanie w wierze ma swoje konkretne wymagania i warunki, w których
może się określić i ukształtować. Człowiek wierzący jest więc wezwany do
wytrwałego
i odważnego zmagania się z trudnościami, które nieuchronnie pojawiają się,
ale nie są ostatnim słowem wypowiadanym nad człowiekiem.
Tak rozumiana wiara jest drogą do Jezusa Chrystusa jako fundamentu ludzkiego
życia. To, w co wierzymy, prowadzi nas ostatecznie do Tego, w którego wierzymy.
Stąd zdecydowana afirmacja Papieża, że On jest najważniejszy i że istotna
misja Kościoła polega na prowadzeniu do spotkania właśnie z Nim jako żywą
Osobą.
Wiara jest więc najwyższym, i jedynym zarazem, sposobem budowania życia na
skale, a więc drogą do mądrego przeżycia tego przeznaczenia, które zostało
nam dane i zadane. "Trwajcie mocni wierze" – to przesłanie istotne
i twórcze dla każdego wierzącego, które teraz domaga się wprowadzania w życie
przez każdego z nas, którzy śledziliśmy papieskie pielgrzymowanie i którzy
nosimy miano chrześcijan.
Gdy podsumowujemy pielgrzymkę Papieża Benedykta XVI do Polski, nieuchronnie
nasuwają się porównania z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Pojawiły się one
w rozmaitych komentarzach, zwracających najczęściej uwagę jedynie na aspekt
zewnętrzny
dwóch stylów pełnienia posługi Piotrowej w Kościele. Mimo wielu widocznych
odrębności, wynikających z zewnętrznych różnic tych dwóch Papieży, można
wskazać na rozmaite elementy łączące przesłanie Benedykta XVI z nauczaniem
Jana Pawła
II. W 1979 r. polski Papież głosił z mocą na ówczesnym placu Zwycięstwa w
Warszawie, że nie można zrozumieć człowieka bez Jezusa Chrystusa. W tych
dniach Papież
z Niemiec, na tym samym placu, chociaż o zmienionej już słusznie nazwie,
przypomniał nam na nowo, że człowieka określa przede wszystkim wyznawana
wiara, czyli właściwie
Jezus Chrystus, przyjęty w odpowiedni sposób przez człowieka i ustanowiony
osobowym fundamentem jego życia. Coś takiego może mieć miejsce tylko w Kościele:
zmieniają się epoki, mijają dziesięciolecia, przychodzą nowi ludzie i nowe
okoliczności historyczne, a jego przesłanie jest ciągle takie samo – Jezus
Chrystus. Papież Benedykt XVI jeszcze raz zaświadczył wobec nas, że istnieją
prawdy, które się nie zmieniają i że trzeba kontynuować wysiłek trwania przy
nich. Ostatecznie chodzi w tym o nas samych.

ks. Janusz Królikowski

drukuj