fot. PAP/Marcin Obara

List od czytelnika: Rzeczywistym tematem „Newsweeka” jest polowanie na jakikolwiek zarzut, jaki można by postawić premierowi

Kiedy dziesiątki miliardów złotych, od dziesięcioleci, rok w rok wypływające z polskiego budżetu, nagle przestają z niego wypływać – to ktoś jest z tego niezadowolony. Ktoś wpływowy i zasobny, jeśli tak wielkie przestępcze operacje potrafił przeprowadzać i przez tak wiele lat absorbował fortuny większe od budżetów całych resortów polskiej oświaty, nauki czy służby zdrowia.

Nie są też na pewno zadowoleni ci, którzy przez ponad ćwierćwiecze mogli sobie kupować w Polsce nawet najbardziej strategiczne składniki narodowego majątku, płacąc za to przysłowiową czapką śliwek. A prawdziwie zaniepokojeni muszą być tak diametralną zmianą relacji gospodarczych, w której z przedmiotowo traktowanego „terenu do bezkarnego złupienia” zaczynają wychodzić działania, jakich nigdy wcześniej nie było. Nie tylko biorące pod ochronę narodowy majątek Polaków, ale potrafiące z tego majątku wyłonić podmioty, stanowiące rzeczywistą konkurencję dla przyzwyczajonych do niepodzielnego panowania i niekończącego się, indywidualnego czerpania własnych tylko zysków. To, że Polska przestała być żerowiskiem dla cynicznej zewnętrznej i wewnętrznej eksploatacji, dla wielu jest szokiem. Tym większym, że pomimo strategii „ulica i zagranica”, mimo antypolskiej kampanii medialnej i uruchomienia wszystkich środków na arenie Unii Europejskiej, Polska nie tylko nie ustępuje, ale pozycja obecnie nią rządzących zdaje się utrwalać. Straty dotychczasowych beneficjentów, od dziesięcioleci przyzwyczajonych do sięgania po wszystko, co polskie, jak po swoje, już są znaczne. A perspektywa powrotu do tego, co niektórzy nazywają „polską normalnością”, czyli łatwego ciągnięcia zysków kosztem Polski, zdaje się coraz bardziej oddalać.

Pojawienie się w polskiej polityce, w tym w resortach gospodarczych, kogoś takiego jak Mateusz Morawiecki, jest faktem trudnym do ogarnięcia dla elit i mediów III RP. Wielu pamięta pierwsze wywiady np. z Janem Krzysztofem Bieleckim, siedzącym w swym M-3 na PRL-owskiej wersalce, na tle sfatygowanej meblościanki. Tak, jak wielu innych premierów i ministrów, zaczynających kariery po przełomie 1989 roku, Jan Krzysztof Bielecki do polityki wchodził jako człowiek ubogi. I w krótkim czasie stał się człowiekiem zamożnym. Tak wyglądała droga większości ludzi, idących w III RP do tego, co się nazywa „służbą państwu”. Szli do tej „służby” jako biedacy. I pełniąc ową „służbę” stawali się bogaczami. Przypadek Mateusza Morawieckiego jest do tego, utrwalonego przez ponad ćwierćwiecze wzorca, dokładnie odwrotny. Do pracy w rządzie przyszedł jako człowiek nie tylko w najwyższym stopniu do takich wyzwań przygotowany, posiadający ogromny bagaż doświadczeń w zarządzaniu wielkimi organizmami, ale też jako człowiek w pełni finansowo niezależny. Dla przeciwników obecnego rządu jest to szok! Jak zaatakować kogoś o biografii tak odmiennej od niemal wszystkich, którzy rządzili w Polsce po 1989 i z samego tego powodu nieposiadającego znamiennych dla tej formacji słabych stron?

Niemiecki tygodnik nie jest w stanie sporządzić listy majątku Mateusza Morawieckiego, z którego premier nie byłby w stanie się wytłumaczyć, próbuje więc postawić zarzut odwrotny. I oczywiście nonsensowny, gdyż ustalając, że na etacie w Banku Zachodnim WBK SA zarobił ponad trzydzieści milionów złotych. A majątku posiada mniej! No, skandal, afera po prostu! „Dziennikarze śledczy” tygodnika niemieckiego koncernu Axel Springer, jakby dostrzegając bzdurność zarzutu, szybko przerzucają się na inny trop. Oburzają się, że tak mało im wiadomo o rodzinie premiera. Znów z mizernym sensem, gdyż nie dalej, jak parę tygodni temu mama pana premiera, Jadwiga Morawiecka, w wywiadzie dla Edyty Antoniewicz–Brzozowskiej z portalu Onet.pl, o rodzinie i samej małżonce premiera opowiedziała całkiem sporo a zainteresowani mogli nawet zobaczyć wcale nie małą kolekcję rodzinnych fotografii. Czy to rzeczywiście nie wystarczy? Czy koniecznie trzeba drążyć dalej? Przecież każdy, kto ma w sobie odrobinę rozumu i przyzwoitości powinien pojąć, że Mateusz Morawiecki, którego życie rodzinne śmiało zaliczyć można do jego osobistych sukcesów (w końcu stabilne, trwające już trzecią dekadę małżeństwo z czwórką wspaniałych dzieci) to jednak ma też wyjątkowe powody do troski o spokój swoich bliskich. Miał trzynaście lat, kiedy wszystkie możliwe służby PRL–u bardzo zadbały o to, by życie jego rodziny przemienić w piekło. Niekończące się przesłuchania, zatrzymania, najścia o każdej porze. Rewizje o porankach, południach i wieczorach, przetrząsanie mieszkania pod nieobecność domowników. Koła odkręcane w samochodzie, przecinane przewody hamulcowe, farba wylewana na dachu pojazdu. Kilkakrotne porwania, żądanie informacji o miejscu pobytu ojca, wymuszane często z użyciem pistoletu przyłożonego do skroni. Wie przecież każdy, że także rząd, kierowany dziś przez Mateusza Morawieckiego też nie ma samych przyjaciół. By się o tym przekonać wystarczy wziąć do ręki choćby gazetę taką, jak „Newsweek”.

W ostatnim wydaniu tego tytułu sprawa poszukiwania informacji o Morawieckich jest tematem numeru. Dla myślącego czytelnika rzeczywistym tematem jest polowanie na jakikolwiek zarzut, jaki można by postawić premierowi Morawieckiemu. Polowanie to okazuje się nawet nie porażką, ale klęską. Dziw bierze, że pomimo takiego rezultatu „dziennikarstwa śledczego a la Newsweek” redakcja ogłasza światu to, jak bardzo jest w tym zakresie zawiedziona i bezradna.

Czytelnik/RIRM

drukuj