[Jestem w Kościele] Wrócić na tory liturgicznego pojednania
Lada dzień, 16 lipca, miną 4 lata od publikacji jednego z najgłośniejszych i zarazem najbardziej kontrowersyjnych dokumentów Papieża Franciszka – motu proprio „Traditionis custodes”, które radykalnie ograniczyło możliwość sprawowania tzw. Mszy Św. trydenckiej. Tych kilka lat to dobry moment, aby przyjrzeć się owocom tej decyzji, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie doniesienia medialne o tym, że w ankiecie poświęconej ocenie poprzednich rozwiązań w tej sprawie autorstwa Benedykta XVI, większość biskupów z całego świata stwierdziła, iż wprowadzenie zmian spowoduje więcej szkody niż pożytku. I niestety się nie mylili.
Dziennikarka Diane Montagna ujawniła fragmenty raportu Kongregacji Nauki Wiary, który podsumowywał wyniki ankiety rozesłanej do wszystkich biskupów świata z okazji 13-lecia „Summorum Pontificum” (motu proprio Benedykta XVI, które pozwoliło na swobodę celebracji w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego). Jak się okazuje, większość była zadowolona z funkcjonowania zasad wprowadzonych przez niemieckiego Papieża. W konsultacjach biskupi zwrócili uwagę m.in. na to, że stara liturgia przyciąga wielu młodych ludzi, a także wzbudza wiele powołań kapłańskich. Mimo to Ojciec Święty Franciszek drastycznie ograniczył uprawnienia nadane przez swojego poprzednika.
Problem jednak nie tkwi w tym, że Papież zignorował opinię większości biskupów, bo miał do tego prawo (inna sprawa jak to się ma to głoszonej wszem i wobec synodalności), lecz w tym, iż w liście towarzyszącym „Traditionis custodes” Franciszek wyraźnie zasugerował, że to biskupi domagali się zmian ws. możliwości celebracji Mszy trydenckiej. Tymczasem podkreślmy jeszcze raz – było zupełnie odwrotnie. Rzecznik Stolicy Apostolskiej niezbyt udanie próbował tłumaczyć sytuację, jednak nieoczekiwanie prawdziwość doniesień medialnych potwierdził Andrea Grillo, liturgista, który uchodzi za spiritus movens papieskich restrykcji.
Zwolennicy twardego kursu, który obrał Franciszek, bardzo często bronią swojego stanowiska wskazując na niezdrowy radykalizm wśród tradycjonalistów, podważanie zaufania do Kościoła i jego pasterzy, czy nieprzyjazne nastawienie do katolików, którzy nie podzielają ich poglądów. Nie neguję, że w przypadku części środowisk tradycjonalistycznych tak to rzeczywiście wygląda (sam nie raz natknąłem się na takie osoby w mediach społecznościowych), jednak „Traditionis custodes” zamiast uzdrowić sytuację, tylko ją zaogniło, radykalizując i wpychając w objęcia szemranych kręgów tych, których dotąd nie można było o to posądzać. Wielu przestrzegało Papieża, że tak się skończy rozdrapanie starych ran, które dzięki mądrym działaniom Benedykta XVI się zabliźniały, ale najwyraźniej bezskutecznie.
Jednak nawet jeśli przyjąć założenie, że trzeba było coś zrobić z problematycznymi środowiskami, to zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Wyobraźmy sobie, że teraz w podobny sposób zostałyby potraktowane wspólnoty charyzmatyczne albo neokatechumenat. A śmiem twierdzić, że tu znalazłyby się nawet poważniejsze racje. Błędem byłoby jednak sprowadzać tę kwestię tylko do cierpienia wiernych przywiązanych do dawniejszej formy rytu rzymskiego. Chodzi przecież o coś znacznie poważniejszego, bo o stosunek Kościoła do własnej przeszłości. Benedykt XVI podkreślał, że „to, co poprzednie pokolenia uznawały za święte, świętym pozostaje i wielkim także dla nas, przez co nie może być nagle zabronione czy wręcz uważane za szkodliwe. Skłania nas to do tego, byśmy zachowali i chronili bogactwa będące owocem wiary i modlitwy Kościoła i byśmy dali im odpowiednie dla nich miejsce”.
Między innymi z tych powodów sami tradycjonaliści, ale również wierni, którzy po prostu szanują dziedzictwo liturgiczne Kościoła, mocno liczą na to, że Leon XIV cofnie lub przynajmniej złagodzi obostrzenia wprowadzone przez swojego poprzednika. Nie zagoi to od razu wszystkich ran z ostatnich lat, ale przynajmniej pozwoli wrócić Kościołowi na tory liturgicznego pojednania.
Wojciech Grzywacz



