[Jestem w Kościele] Dzieci – najbardziej dyskryminowana grupa społeczna
„Skoro wie, że ma małe dziecko, to powinna być przygotowana na to, by zapobiec ciągłemu darciu się. Nikt nie chce, jadąc komunikacja, jeszcze słuchać ryku bąbelka, bo madka nie potrafi zapobiec jego rykowi” – między innymi w ten sposób użytkownicy mediów społecznościowych skomentowali filmik, w którym matka opowiedziała o tym, jak została wyproszona przez kierowcę z autobusu, gdyż jej dziecko za głośno płakało. Żeby tego było mało, na zewnątrz panował mróz. To jednak tylko kropla w morzu (czy raczej ścieku) podobnych wypowiedzi przesiąkniętych nienawiścią do dzieci i macierzyństwa. My się jeszcze dziwimy, że w Polsce rodzi się dziś najmniej dzieci od II wojny światowej?
Antydziecięca postawa tak znacznej części społeczeństwa jest tym bardziej zaskakująca, gdy zestawić ją z wszem i wobec deklarowaną empatią, która stała się dziś słowem odmienianym przez wszystkie przypadki. Dziwnym trafem nie obejmuje ona tych, od których w największej mierze zależy nasza przyszłość, choćby w tym najbardziej przyziemnym wymiarze – chodzi np. o przyszłość systemu emerytalnego. Kryzys demograficzny jest prawdopodobnie najpoważniejszym problemem współczesnej Polski, ale żadne programy wsparcia rodzin, tanie kredyty, dopłaty do żłobków czy inne działania mające na celu poprawę sytuacji materialnej nic na to nie zaradzą, jeśli dzieci będą funkcjonowały w powszechnej świadomości jako problem, zagrożenie dla klimatu czy przeszkoda w karierze.
Warto jednak sięgnąć głębiej i zastanowić się nad przyczynami społecznej niechęci do dzieci. Z pewnością nie sposób pominąć współcześnie promowanego modelu życia, który opiera się na indywidualizmie i hedonizmie, a w którym dziecko jest zredukowane do przeszkody w samorealizacji. Ale jest jeszcze coś, czego wielu nie chciałoby przyznać. Kultura odrzucenia dzieci nie mogłaby się tak rozpowszechnić, gdyby nie plaga aborcji i społeczne przyzwolenie na ten proceder. Jeśli bowiem mały człowiek w łonie matki może być nazywany zlepkiem komórek lub wręcz pasożytem, którego można w razie potrzeby usunąć, jeśli społeczeństwo przyzwyczaja się do takiego języka i myślenia, w którym życie dziecka jest warunkowe i zależne od wyboru dorosłych, to trudniej dostrzec w nim pełnoprawną osobę zarówno przed, jak i po urodzeniu. Skoro nienarodzone sprowadzamy do problemu, to dlaczego dziwić się, że narodzone – np. płaczące w autobusie – budzą podobną irytację? To nic innego, jak kultura dehumanizująca dzieci na każdym etapie rozwoju.
Najbardziej rażące jest jednak to, że jakiekolwiek podobne postawy wrogości są traktowane jak najcięższa zbrodnia tylko w przypadku zwierząt. Wystarczy wspomnieć, że z jednej strony lawinowo rośnie liczba miejsc przyjaznym zwierzętom, a z drugiej jak grzyby po deszczu pojawiają się tzw. strefy wolne od dzieci. To wiele mówi o kierunku, w jakim zmierzamy jako społeczeństwo. Modne jest dziś powiedzenie, że człowieka można poznać po tym, jaki ma stosunek do zwierząt. Tymczasem tak naprawdę o poziomie społeczeństwa, a wręcz cywilizacji, świadczy to, jak traktowani są najsłabsi i bezbronni, czyli właśnie dzieci. Traktując je jak problem, podcinamy gałąź, na której sami siedzimy.
Wojciech Grzywacz



