
Fot. Autorstwa John Everett Millais, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6365784
[Jestem w Kościele] Doktor Kościoła na trudne czasy
Św. John Henry Newman niebawem zostanie oficjalnie ogłoszony Doktorem Kościoła. Decyzja Papieża Leona XIV o nadaniu mu tego zaszczytnego tytułu jest nie tylko w pełni zasłużona, ale wręcz opatrznościowa. Myśl pozostawiona przez tego wybitnego XIX-wiecznego teologa może bowiem stanowić odtrutkę na współczesne błędy i chaos doktrynalny, który dotyka Kościół.
Jeśli komuś obiło się o uszy nazwisko Newman, zapewne kojarzy dwa bodaj najpopularniejsze wątki z jego nauczania. Pierwszy dotyczy rozwoju doktryny. To hasło może być jednak rozumiane zarówno ortodoksyjnie, jak i całkowicie błędnie. Niestety nierzadko zdarza się, że różnej maści środowiska, nazwijmy to reformistyczne (np. w rodzaju Niemieckiej Drogi Synodalnej), postulują rozmaite nieuprawnione zmiany w nauczaniu Kościoła, podpierając się przy tym właśnie autorytetem angielskiego kardynała. Oczywiście mamy tu do czynienia z jawną manipulacją i zwykłym fałszowaniem rzeczywistości, bo koncepcja św. Johna Newmana w żadnym razie nie sprzyja tego rodzaju prądom. Doktor Kościoła in spe jasno nauczał, że rozwój doktryny to proces pogłębiania zrozumienia prawdy objawionej, a nie jej zmiany czy dostosowania do współczesnych ideologii. Podawał przy tym precyzyjne kryteria, które pozwalają odróżnić autentyczny rozwój od jego wypaczenia.
Drugi kluczowy wątek to rola sumienia. Tu pewnie niektórzy kojarzą słynny „toast” z Listu do księcia Norfolk, gdzie Newman, polemizując z zarzutem, że posłuszeństwo wobec papieża kłóci się z wolnością sumienia, napisał: „Gdybym miał wznieść toast, piłbym najpierw za sumienie, a dopiero potem za papieża”. Ta myśl, wyjęta z kontekstu, bywa wykorzystywana przez środowiska reformistyczne do usprawiedliwiania odrzucania części nauczania Kościoła. Dajmy na to podręcznikowy przykład, czyli stosunek do antykoncepcji – po publikacji encykliki św. Pawła VI „Humanae vitae”, niektóre episkopaty (a w ślad za nimi wierni) nie zaakceptowały stanowiska Papieża w tej sprawie, zasłaniając się właśnie sumieniem. Tymczasem gdyby wycierający sobie usta tym wybitnym teologiem raczyli choć trochę zgłębić jego teksty, dowiedzieliby się, że według niego sumienie nie działa w oderwaniu od nauczania Kościoła, a papież nie jest absolutnym władcą, lecz stróżem objawienia. Tak więc prawdziwe sumienie prowadzi do posłuszeństwa Magisterium, a nie do jego odrzucenia. Wskazania angielskiego myśliciela stanowią zatem antidotum z jednej strony na relatywizm, gdzie sumienie staje się subiektywną opinią, jak i na ultramontanizm, absolutyzujący autorytet papieża ponad wszelką miarę.
Św. John Henry Newman to także przykład zdrowego ekumenizmu opartego na fundamencie prawdy. Jako konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm, przeszedł on drogę głębokiego i uczciwego intelektualnie poszukiwania prawdy. W dobie, gdy ekumenizm bywa notorycznie sprowadzany do powierzchownego dialogu i niekiedy prowadzi do indyferentyzmu, życie angielskiego myśliciela przypomina, że autentyczny ekumenizm wymaga przede wszystkim odwagi w dążeniu do prawdy i jej głoszeniu. Jego fascynujące losy – od anglikańskiego pastora do katolickiego kardynała – pokazują, że droga do jedności wiedzie przez osobiste nawrócenie i wierność Objawieniu, a nie przez kompromisy doktrynalne.
Te trzy aspekty myśli nowego Doktora Kościoła to oczywiście tylko kropla w morzu jego spuścizny, ale kropla bardzo aktualna i inspirująca. Mam nadzieję, że ten krótki tekst zachęci czytelników do zgłębienia dzieł tego wyjątkowego świętego. Co tu dużo gadać – czytajmy Newmana, bo naprawdę warto!
Wojciech Grzywacz


