Co boli polską szkołę?

Kończą się wakacje, dzieci niedługo wrócą do swoich szkół. Oczywiście pod warunkiem, że szkoła, do której chodziły, nie znalazła się akurat na liście placówek przeznaczonych do likwidacji.

 

Nowy rok szkolny to także nowe podręczniki – ich zakup to twardy orzech do zgryzienia szczególnie dla rodzin wielodzietnych. Bezpowrotnie minęły czasy, gdy z jednego podręcznika korzystało kilka roczników uczniów. Ale pomyślne spełnienie dwóch powyższych warunków wcale nie gwarantuje, że dzieci, ich rodzice oraz nauczyciele mogą odetchnąć z ulgą. Kierunek zmian, które pozbawiają szkołę jej podstawowego zadania, jakim jest pomoc rodzinie w wychowaniu ich dziecka, przypieczętowują kolejne pomysły ministrów oświaty w rządzie PO – PSL: Katarzyny Hall i Krystyny Szumilas. Forsowane przez nie reformy wskazują na traktowanie szkolnictwa jako działalności biznesowej, a ucznia jako materiału do obróbki, której efektem ma być dostarczenie taniej siły roboczej na europejskie rynki pracy. Trwa w najlepsze demolowanie tego, co jeszcze w polskiej oświacie było dobre.

Znikające szkoły
Raz po raz, głównie przy okazji protestów organizowanych przez uczniów i ich rodziców, polska opinia publiczna dowiaduje się o zamykanej szkole. W ostatnich latach z mapy Polski zniknęło ich ponad trzy tysiące: w roku szkolnym 2006/2007 zamknięto 653 szkoły, w następnym roku – 599, dwa lata później 587, w roku 2009/2010 zlikwidowano 540 placówek, w 2010/2011 – 486, a w 2011/2012 – 300. Wszystko wskazuje na to, że w roku szkolnym 2012/2013 zostanie pobity kolejny niechlubny rekord. Już w kwietniu na stronach Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowana NSZZ „Solidarność” pojawiła się informacja, że w tym roku liczba likwidowanych i przekształcanych placówek może przekroczyć 2500. Jako główny argument podaje się niż demograficzny oraz przerzucanie przez rząd na samorządy coraz większej liczby zadań związanych z oświatą, za czym nie idą żadne dodatkowe fundusze z państwowej kasy. To dlatego samorządy likwidują kolejne szkoły, łączą je lub przekazują ich prowadzenie np. stowarzyszeniom oraz zwalniają nauczycieli.
– Głównym powodem likwidacji szkół są drakońskie oszczędności samorządów w zakresie wydatków na oświatę celem ratowania własnych budżetów – mówi Ryszard Proksa, przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”. Samorządowcy bronią się argumentem, że otrzymując subwencję oświatową nie na liczbę szkół, ale liczbę dzieci, nie mają wyboru. Wieloletni wójt gminy Sokoły Józef Zajkowski wylicza, że od momentu przejęcia placówek oświatowych przez samorządy liczba szkół w jego gminie spadła z dziewięciu do dwóch. – A i tak gmina musi dokładać do ich utrzymania, bo wysokość otrzymywanej przez nas subwencji oświatowej wynosi 4 mln 600 tys. zł, a wydatki są o ponad 2 mln wyższe. Jak mówi wójt, na skutek rządowych decyzji wydatki na oświatę ciągle rosną, mimo że od czterech lat nie zmieniła się wysokość przekazywanej gminom subwencji. – To chora sytuacja, która prowadzi do zadłużania samorządu i paraliżu – ocenia Zajkowski. – Rząd twierdzi, że wszystko jest w najlepszym porządku, i w naszych rozmowach z samorządami udaje kibica. Państwo pozbyło się odpowiedzialności za oświatę i nadzoru nad jej jakością – podsumowuje przewodniczący Proksa. Przeciwnicy likwidowania szkół nie zgadzają się z argumentem niżu demograficznego i pytają, co będzie, gdy liczba narodzin za jakiś czas wzrośnie. Czy uda się znowu otworzyć szkołę z taką samą łatwością, z jaką ją zlikwidowano? Wskazują również na to, że stłaczane w molochach dzieci – inaczej niż w swoich dotychczasowych małych szkołach – nie mają szans na indywidualne traktowanie przez nauczyciela, co wpływa negatywnie zarówno na jakość ich wykształcenia, jak i wychowania. Nie mówiąc już o tym, że wraz z zamykaną szkołą mieszkańcy wsi tracą często jedyny ośrodek skupiający życie kulturalne w ich miejscowości.

Cenowy koszmar
Problem zakupu podręczników szkolnych z roku na rok budzi coraz większe emocje. I nie ma się czemu dziwić, skoro w ciągu ostatnich trzech lat ich ceny wzrosły o 25 procent. Zmieniają się podstawy programowe, a oferta podręczników dopuszczonych przez MEN do wykorzystania w szkolnictwie publicznym jest bardzo szeroka. Gdy sięgnie się do wykazu podręczników dopuszczonych do użytku np. dla klas IV-VI szkoły podstawowej, wtedy dobrze widać, że nauczyciel uczący danego przedmiotu w tych trzech klasach może wybierać nawet wśród kilkudziesięciu pozycji. I tak do nauki matematyki MEN dopuszcza 24 podręczniki, do języka polskiego – 29, a do języka angielskiego – uwaga! – aż 56. Będzie to duże uproszczenie, ale gdyby tę ostatnią liczbę podzielić na 3, wtedy na jedną klasę w przedziale od IV do VI przypadnie średnio 18 podręczników tylko do języka angielskiego. To od nauczyciela zależy, który podręcznik wybierze – ten droższy czy ten tańszy. Często zdarza się, że w danej szkole nauczyciele jednego przedmiotu korzystają z różnych podręczników, co dodatkowo ogranicza możliwość ich powtórnego wykorzystania. Z pewnością zarabiają na tym firmy wydawnicze. A rodzice? Ci płaczą i płacą.
Pani Janina, mama siedmiorga dzieci, w tym dwójki w wieku szkolnym, mówi, że najdroższe są książki do nauki języków obcych. Nie mogąc kupić używanych podręczników, porównuje ceny nowych dostępnych na organizowanych w szkołach kiermaszach oraz w księgarniach internetowych. – Trzeba się sporo natrudzić, żeby kupić je jak najtaniej – wzdycha. Krytykuje konieczność zakupu całej masy zeszytów ćwiczeń: – Są kosztowne, a tak naprawdę oduczają dzieci pracy – uzasadnia. – Nauczyciele często rezygnują z podręczników, z których korzystali w poprzednim roku, co uniemożliwia używanie ich przez młodsze roczniki – mówi Irena Bylicka, sekretarz Związku Dużych Rodzin Trzy Plus. Jej zdaniem, dzieje się tak dlatego, że edukacją rządzi rynek wydawniczy, na którym toczy się walka o duże pieniądze. Za przykład dobrych rozwiązań w tej dziedzinie stawia kraje Europy Zachodniej, takie jak Anglia czy Francja, gdzie podręczniki są własnością szkoły, a ćwiczenia rozdawane są na kartkach.
Dokończenie na s. M4
Dokończenie ze s. M3
Dziś zestaw podręczników do klas 1-3 kosztuje niemal 200 zł, do klas starszych szkoły podstawowej od 400 do 600 złotych. Podobną kwotę trzeba wydać w gimnazjum, natomiast zakup podręczników do liceum to koszt rzędu od 500 zł wzwyż. – Z czego te ceny wynikają? Ma się nieodparte wrażenie, że istnieje pewien lobbing drukarski, który tak jak np. lobbing farmaceutyczny narzuca wygórowane ceny, nieadekwatne ani do treści, ani do poniesionych nakładów – mówi metodyk Przemysław Przybylski. Częste zmiany podstawy programowej, chęć zaoszczędzenia czasu i pieniędzy przy ich tworzeniu – to wszystko sprawia, że wielu rodziców nie jest zadowolonych z zakupionych nowych podręczników. – Od strony graficznej ich jakość niewątpliwie uległa poprawie. Ale od strony treściowej pozostawiają wiele do życzenia – potwierdza Przybylski. – Rzadko kiedy są pisane przez autorytety z dorobkiem naukowym, a częściej przez ludzi posiadających wprawdzie jakieś doświadczenie, ale nie na tyle duże, aby modułowo tworzyć coś, co ma kształtować wiedzę dzieci i młodzieży w zakresie języka polskiego, historii i innych przedmiotów – zauważa metodyk. Kilka tygodni temu głośno było o nieprawidłowościach związanych z programem „E-podręcznik do kształcenia ogólnego”. Kolejna afera rządu Donalda Tuska, która szybko zyskała sobie miano „podręcznikowej”, wybuchła, kiedy się okazało, że warte wiele milionów złotych zlecenia miały trafić do firm i osób powiązanych z wiceminister edukacji Joanną Berdzik. Przy okazji wyszło na jaw, że szef realizującego program Ośrodka Rozwoju Edukacji jest osobą karaną za paserstwo. I znów okazało się, że pod szczytnymi hasłami modernizacji polskiego szkolnictwa oraz ułatwiania życia uczniom i ich rodzicom kryły się partykularne interesy ministerialnych urzędników. Zakup podręczników nie kończy wydatków związanych z posłaniem dziecka do szkoły. Potrzebne są jeszcze przybory szkolne, strój i obuwie gimnastyczne oraz pieniądze na wszelkiego rodzaju opłaty klasowe. W sumie wyprawka dla dziecka w szkole podstawowej może kosztować nawet ponad 800 złotych.

Dla kogo historia jest passé
Okrojenie nauczania historii w szkołach ponadgimnazjalnych to kolejna bulwersująca decyzja rządu PO – PSL, czyli minister Katarzyny Hall i jej następczyni Krystyny Szumilas. Dziwi tym bardziej, że zarówno prezydent, jak i premier są historykami. Do tej pory na naukę tego przedmiotu w zakresie podstawowym przypadało 150 godzin. Od 1 września 2012 r. będzie to już tylko 60 jednostek lekcyjnych.
Wprowadzenie nowej podstawy programowej zaowocuje tym, że młodzież, która nie zdecyduje się na zdawanie matury z historii, zakończy naukę tego przedmiotu na pierwszej klasie szkoły średniej. Ministerialne plany wywołały ostry sprzeciw wielu osób i środowisk. Wiosną tego roku w kościele Ojców Salezjanów w krakowskich Dębnikach pięciu opozycjonistów z lat 80. podjęło trwający kilkanaście dni strajk głodowy. Ich protest kontynuowali działacze pierwszej „Solidarności” w innych miastach. Aktualnie pod nazwą „Przywracamy lekcje historii do szkół!” prowadzona jest wielka akcja społeczna, w ramach której zbierane są podpisy pod Obywatelskim Projektem Ustawy o zmianie ustawy o systemie oświaty. Jej uczestnikom zależy na tym, aby wszyscy uczniowie szkół ponadgimnazjalnych, tak jak do tej pory, mogli kontynuować naukę historii w drugiej i trzeciej klasie. – Nauka historii to niezwykle ważny element wychowawczy. Bez świadomości historycznej trudno być świadomym patriotą – podkreśla historyk prof. Wojciech Polak, autor książki „Patriotyzm dnia codziennego”.
W starszych klasach szkół ponadgimnazjalnych w miejsce historii wejdzie przedmiot uzupełniający o nazwie „Historia i społeczeństwo” składający się z dziewięciu bloków tematycznych z kilku dziedzin: historii, wiedzy o kulturze i wiedzy o społeczeństwie, z którego nauczyciel będzie mógł sobie wybrać cztery. Po wielu protestach i rozmowach jedyne ustępstwo ze strony MEN polega na tym, że jeden z tych bloków o charakterze stricte historycznym „Panteon ojczysty, ojczyste spory” został uznany za obowiązujący od września 2013 roku. Jest to jednak niewielka pociecha.
– Paradoks polega na tym, że osiem pozostałych bloków w gruncie rzeczy wcale nie ma charakteru historycznego. A to w praktyce oznacza, że w drugiej i trzeciej klasie poza jednym semestrem, przez pozostałe trzy uczniowie nie będą uczyli się historii – alarmuje prof. Polak. Reforma MEN zakłada także zredukowanie liczby godzin języka polskiego o 60 godzin oraz przedmiotów ścisłych o 120 godzin. Od drugiej klasy następować będzie pełna specjalizacja. Wszystko więc wskazuje na to, że liceum, którego drastycznie okrojony program nauczania tych przedmiotów skończy się w pierwszej klasie, będzie ogólnokształcące tylko z nazwy. – Być może ludziom, którzy to wprowadzają, wydaje się, że postępują w sposób nowoczesny, europejski, że znajomość historii swojego kraju może sprzyjać postawom nacjonalistycznym czy szowinistycznym. Przecież to kompletna bzdura. Wszystkie kraje w Europie, a także Amerykanie, dbają o to, żeby ich młodzież świetnie znała historię, zwłaszcza historię kraju ojczystego, i traktują to jako element wychowania patriotycznego oraz sposób utrwalenia tożsamości narodowej – przypomina prof. Polak.

Religia na cenzurowanym
Wraz z pierwszym dzwonkiem wejdzie również w życie rozporządzenie Ministerstwa Edukacji Narodowej, które przewiduje, że w ramowym planie nauczania nie będzie lekcji religii ani etyki. Przedmioty te zostały wpisane w szkolny plan nauczania finansowany przez samorząd. Niektóre samorządy już alarmują, że nie będą w stanie udźwignąć nowych zobowiązań finansowych.
Ministerstwo zapewnia, że nic się nie zmieni w organizacji zajęć nauczania religii i będzie ona wyglądać dokładnie tak samo, jak przez ostatnie dwadzieścia dwa lata. Przeczy temu jednak brzmienie rozporządzenia. Konferencja Episkopatu Polski wkrótce zamierza na nowo podjąć negocjacje w sprawie jego nowelizacji. – Interesuje nas wyłącznie nowa wersja rozporządzenia, w której lekcje religii i etyki z powrotem zostaną wpisane do ramowego planu nauczania – informuje ks. bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski. Potrzebna jest pewność, że religia będzie przedmiotem finansowanym z budżetu państwa, a nie samorządu. – Brak takiej gwarancji może skutkować tym, że w przyszłości pojawiać się będą coraz odważniejsze próby wyeliminowania religii z grona zajęć obowiązkowych, a samorządy będą się tłumaczyły brakiem środków na podstawowe rzeczy i koniecznością oszczędzania – przestrzega ks. bp Mendyk. Czy w konsekwencji może prowadzić to do zniknięcia religii ze szkół? – Nie dopuszczamy takiej możliwości. Naszym miejscem jest szkoła i musimy w tym środowisku pozostać. Religia jest często jedynym przedmiotem, gdzie jeszcze próbujemy budować w oparciu o wartości – odpowiada przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego KEP.
@$: Sześciolatki w pierwszej klasie Protesty rodziców oraz szkolna rzeczywistość sprawiły, że Ministerstwo Edukacji Narodowej o dwa lata przesunęło reformę, w myśl której wszystkie sześciolatki od 1 września tego roku miały zostać objęte obowiązkiem szkolnym. Resort ugiął się pod ostrym protestem rodziców skupionych głównie wokół zainicjowanej przez Karolinę i Tomasza Elbanowskich akcji „Ratuj maluchy”. Jej uczestnicy od dawna apelowali, że szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków, a one same mogą nie radzić sobie z zadaniami stawianymi dzieciom o rok starszym.
Zdaniem Anny Zalewskiej z Fundacji Servire Veritati Instytut Edukacji Narodowej, która pomysł przymusowego posłania sześciolatków do szkoły uważa za chybiony, przesunięcie tej reformy w czasie niczego nie zmienia, a jeszcze bardziej powiększa bałagan i chaos. Borykające się z finansowymi problemami szkoły mają nikłe szanse, aby dostosować się do przyjęcia tak małych dzieci. – Jest to kwestia zarówno zreorganizowania przestrzeni szkolnej, by najmłodszych odizolować od uczniów starszych, zmian w funkcjonowaniu świetlic, przygotowania placów zabaw, jak i wymiany mebli, nie zapominając o odpowiedniej wielkości sanitariatach – tłumaczy. Zdaniem Anny Zalewskiej, ministerstwo forsując swoją reformę i posyłając sześcioletnie dzieci do osiedlowych szkół-molochów, nie ma pojęcia o realiach polskiego szkolnictwa. Wątpliwość budzi również to, czy ministerialni urzędnicy mają świadomość, w jakich warunkach częstokroć docierają do szkoły dzieci wiejskie. – Widok pięciolatków z tornistrami na poboczach nieoświetlonych dróg nie jest chyba spełnieniem europejskich marzeń o równym starcie do edukacji – zauważa Zalewska. Dziś już wiadomo, że zdecydowana większość rodziców dzieci w tym wieku woli, aby ich pociechy zostały w przedszkolach albo w zerówkach. Wynika to z faktu, że poza nielicznymi wyjątkami sześciolatki w pierwszej klasie po prostu sobie nie radzą. – W klasach mieszanych widać, że między sześcio- a siedmiolatkami istnieje ogromna różnica. Sześcioletnie dzieci mają mniejsze zdolności manualne, potrzebują więcej uwagi i pomocy – wyjaśnia Anna Zalewska. Jak dodaje, przymusowe posłanie tych dzieci do szkoły spowoduje zwiększenie wśród nich liczby przypadków dysleksji, dysgrafii i szeregu zahamowań, ponieważ z powodu przyspieszonego tempa nauczania mniejszą uwagę poświęci się temu, co u małych dzieci jest najważniejsze, czyli równomiernemu rozwojowi motorycznemu, emocjonalnemu i społecznemu.

A gdzie dobro ucznia?
Polska szkoła nie od dziś boryka się z wieloma problemami. Ministrowie kolejnych rządów z różnym, często fatalnym skutkiem próbowali wpływać na jej funkcjonowanie. Dziś każdy widzi chociażby negatywne konsekwencje wprowadzenia gimnazjów, do których trafiają wyrwani ze znanego im otoczenia uczniowie, wkraczający właśnie w okres dojrzewania, co dzieje się ze szkodą dla ich psychiki. Również reformy wprowadzane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej pod rządami koalicji PO – PSL każą sobie stawiać pytanie o to, jak ministerstwo rozumie reformowanie oświaty. Komu i czemu mają bowiem służyć reformy, przeciwko którym protestuje większość zainteresowanych: uczniowie, ich rodzice i nauczyciele, reformy, o których już wiadomo, że nikomu nie wyjdą na dobre? W każdym razie jedno jest pewne – znów najboleśniej odbije się to na najmłodszych, a wysokie koszty tych zmian poniesie całe społeczeństwo.

drukuj