fot. Monikalacka, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

A. Maciejewski o poniedziałkowym spotkaniu w Waszyngtonie: W. Zełenski wyciągnął wnioski, bo ma konkretne sprawy i interesy

Wołodymyr Zełenski wyciągnął wnioski, bo to on przyjeżdża i on ma konkretne sprawy i interesy – nie tylko pokój, ale też kwestie zbrojeń, wiarygodności i przede wszystkim stabilności i buforu bezpieczeństwa, które na dzisiaj są w stanie wyłącznie zagwarantować mu Stany Zjednoczone. Nawet sam ubiór już był inny – takie pokazanie, że odrobił lekcje w detalach, miał kompletnie inny przekaz, bardziej spokojny, bardziej stonowany. Zachował się jak polityk, który prowadzi dyplomację, a nie przychodzi ustawiać do pionu najważniejszego i największego sponsora Ukrainy – mówił w środowym „Polskim punkcie widzenia” na antenie TV Trwam politolog Andrzej Maciejewski, komentując poniedziałkowe spotkanie Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim i zestawiając je z niezbyt udanymi rozmowami między przywódcami w lutym tego roku.

W poniedziałek w Waszyngtonie odbyło się spotkanie Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim i grupą europejskich przywódców z tzw. koalicji chętnych. Prezydent USA uważa, że to dobry pierwszy krok w kierunku zakończenia wojny ukraińsko-rosyjskiej. Rozmowy między przywódcami Stanów Zjednoczonych i Ukrainy przebiegły o wiele lepiej niż te z lutego. Zdaniem Andrzeja Maciejewskiego Wołodymyr Zełenski wyciągnął wnioski i zmienił swoje podejście.

– Zełenski wyciągnął wnioski, bo to on przyjeżdża i on ma konkretne sprawy i interesy – nie tylko pokój, ale też kwestie zbrojeń, wiarygodności i przede wszystkim stabilności i buforu bezpieczeństwa, które na dzisiaj są mu w stanie wyłącznie zagwarantować Stany Zjednoczone. On ma te interesy, stąd nawet sam ubiór już był inny, co zauważył nawet Trump na zasadzie małego prztyczka ze wskazaniem: „Ma Pan ładny garnitur” – takie pokazanie, że odrobił lekcje w detalach, miał kompletnie inny przekaz, bardziej spokojny, bardziej stonowany. Zachował się jak polityk, który prowadzi dyplomację, a nie przychodzi ustawiać do pionu najważniejszego i największego sponsora Ukrainy, bo przypomnijmy, że na dzisiaj Stany Zjednoczone – jak policzył Trump – wydały na obronę Ukrainy, na tę wojnę, ok. 300 miliardów dolarów. Tak to jest szacowane przez prezydenta Trumpa – zwrócił uwagę politolog.

Donald Trump zapowiada, że to Europa musi być gwarantem bezpieczeństwa dla Ukrainy po zakończeniu wojny.

– Ukraina leży na terenie Europy, a nie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i (…) stąd silna obecność europejska na tych spotkaniach i na telekonferencjach (…). Z drugiej strony pamiętajmy ciągle o jednej rzeczy. Nasze doświadczenia pokazują, że były już kiedyś tzw. porozumienia mińskie, które były forsowane przez stronę niemiecką, przez przedstawicieli Komisji Europejskiej. Jak się to zakończyło? (…) Trzy lata temu Rosja poszła dalej i dalej trwa agresja na terenie Ukrainy. Co to oznacza? To oznacza, że sprawa jest bardziej poważna niż nam się zdaje. Na dzisiaj Stany Zjednoczone są jedyną realną siłą polityczną i militarną na świecie, która jest w stanie rozpocząć rozmowę z pozycji negocjatora. Pozycja negocjatora jest taka, jaką bardzo dobrze było widać w ostatnich dniach – to jest pozycja Trumpa, bo on starał się nie konfliktować. On starał się nie oceniać jednej i drugiej strony. On rozmawiał z pozycji: „(…) Koniec zabijania, koniec śmierci niewinnych po dwóch stronach”. On mówi wyraźnie jak negocjator. Oczywiście można dyskutować o tym, że jest to jakaś pewna forma usprawiedliwienia Rosjan, zbyt łagodnego podejścia do Putina, ale (…) ktoś te negocjacje musi poprowadzić. Jak widzimy (…), ostatnie trzy lata pokazały, że na gruncie europejskim – dokładnie Unii Europejskiej – (…) nie ma państwa, które jest w stanie zmusić Putina do rozmów – podkreślił gość „Polskiego punktu widzenia”.

Politolog wskazał też na przełomowy charakter spotkania Donalda Trumpa z Władimirem Putinem, do jakiego doszło w zeszły piątek w Anchorage na Alasce.

– To było piękne pokazanie kija i marchewki. Owszem, był czerwony dywan, była wyciągnięta ręka. Bicie braw raczej odczytałem jako: „No, wreszcie szanowny pan przyjechał!”. To nie było – powiedziałbym – w kierunku takiego klaskania wiwatowego. I zwracam uwagę na jedną rzecz, której jakoś nie zauważono wśród komentatorów, że panowie wchodzili na podwyższenie w szpalerze stojących na lotnisku samolotów, a tak „przypadkowo”, kiedy wchodzili na scenę, przeleciał bombowiec B-2 w towarzystwie czterech najnowocześniejszych „F-ów”. (…) Jeszcze jedna istotna kwestia. Gdzie się spotkali panowie? Na Alasce, na terenie, który Amerykanie odkupili od Rosji. Nic bardziej nie może upokorzyć chyba prezydenta Rosji, jak fakt, że Amerykanie odkupili za dzisiejszą wartość podobno pięciu tysięcy dolarów kawał ziemi bogatej w złoża ropy i gazu – mówił Andrzej Maciejewski.

Rozmówca TV Trwam zwrócił też uwagę na zaproszenie Władimira Putina do „Bestii”, czyli limuzyny prezydenta USA. To też stanowiło formę pokazania dyktatorowi, gdzie jego miejsce w szeregu.

– Gdybym był prezydentem Rosji, jednak zażyczyłbym sobie oddzielnego samochodu, bo to pokazuje pewien prestiż. Co więcej – samochodu z flagą Rosji. Tego nie było. Panowie wsiedli do „Bestii”, gdzie była tylko i wyłącznie flaga Stanów Zjednoczonych. Co więcej, kiedy była konferencja prasowa, na mównicy nie było flagi ani godła Rosji, tylko Stanów Zjednoczonych. Takie małe detale – zauważył gość „Polskiego punktu widzenia”.

Zdaniem politologa Władimir Putin wpadł w pułapkę zastawioną przez Donalda Trumpa, stąd też zaproponował on spotkanie w Moskwie, by jakoś wyjść z twarzą po spektaklu subtelnych, ale zrozumiałych aluzji, jaki miał miejsce na Alasce. Propozycja ze strony Kremla, by do rozmów doszło w stolicy Rosji, to de facto powiedzenie, że – jak wskazał Andrzej Maciejewski – „Sprawa jest do załatwienia w Moskwie i my to zrobimy po swojemu”. Na spotkanie w Moskwie zapewne nie przystanie prezydent Ukrainy. Dlatego też najrozsądniej byłoby je przeprowadzić na bardziej neutralnym gruncie – np. w Warszawie czy Brukseli.

radiomaryja.pl

drukuj