fot. pixabay

[Nasz Dziennik] Plan przejęcia lasów przez Unię Europejską

Fiasko Komisji Europejskiej! Parlament Europejski odrzuca przepisy umożliwiające Brukseli monitorowanie sytuacji w naszych lasach – czytamy na łamach „Naszego Dziennika”.

To byłby dokument, który w istocie otwiera drzwi do ingerencji unijnych urzędników w to, co najcenniejsze – w naszą leśną substancję, w przyrodę, w narodowy majątek, jakim są polskie lasy. Parlament Europejski odrzucił wczoraj projekt Komisji Europejskiej COM/2023/728, czyli rozporządzenie w sprawie ram monitorowania na rzecz odpornych lasów europejskich. I bardzo dobrze.

– To była zła propozycja – nieprzemyślana, zbyt centralistyczna, niebezpieczna dla krajowych kompetencji i w dodatku kosztowna. Jeśli naprawdę zależy nam na ochronie europejskich lasów, nie możemy robić tego metodami, które bardziej przypominają biurokratyczny eksperyment niż rozsądną politykę – zwraca uwagę w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Jadwiga Wiśniewska, poseł do Parlamentu Europejskiego z frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.

Za odrzuceniem propozycji KE głosowało 370 europosłów. Zmian w lasach chciało 264. Wstrzymało się 9. Co ciekawe, przeciwko zmianom opowiedziała się także Europejska Partia Ludowa, która stanowi naturalne polityczne zaplecze Komisji Europejskiej. Co więcej, posłowie nie zgodzili się nawet na przekazanie projektu do dalszych prac w komisjach.

– W sprawach lasów chodzi o coś więcej niż tylko przepisy. To groźba ingerencji w jedną trzecią terytorium Polski, bo tyle stanowią nasze lasy. To próba narzucenia nam z zewnątrz, jak mamy dbać o coś, co od pokoleń chroniliśmy sami, z sukcesem, bez pomocy unijnych urzędników i ich tabel czy porad – podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr Paweł Sałek, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa.

Jak dodaje, decyzja PE jest jedyną akceptowalną.

– Leśnictwo nie jest – i nigdy nie było – częścią wspólnej polityki Unii Europejskiej. Nie ma go w traktatach, nie podlega wspólnym kompetencjom. I tak musi pozostać. Unia nie ma prawa ingerować w nasze lasy, nasze łowiectwo, naszą gospodarkę leśną. Tym bardziej że Polska jest tu wzorem – mówi „Naszemu Dziennikowi” Krystyna Szyszko ze Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski im. prof. dr. hab. Jana Szyszko.

W ostatnich latach Komisja Europejska poświęca lasom wiele uwagi, a to ze względu na ich szczególny charakter. Obecnie lasy zajmują aż 40 proc. terytorium Unii Europejskiej. Co więcej, stanowią one szczególną wartość przyrodniczą, ale też są naturalnym zapleczem dla jeszcze ciągle rozwijającej się unijnej gospodarki. Biorąc pod uwagę cykliczne pożary lasów w Europie, a także występujące plagi szkodników, burze i nawałnice, Komisja Europejska zaproponowała utworzenie sytemu, który na bieżąco – w założeniu – monitorowałby sytuację w lasach. Tym bardziej że Komisja Europejska uczyniła z lasów jeden z filarów walki z mitycznymi zmianami klimatu. Unijni urzędnicy ubolewają, że przez lata Wspólnota nie wykształciła jednego, centralnego modelu „troszczenia się o lasy”.

Ogłoszono więc strategię leśną 2030, której jednym z elementów był odrzucony wczoraj przez Parlament Europejski projekt dotyczący monitorowania lasów.

– Las to nie jest zbiór danych. To żywy organizm, część kultury, gospodarki i krajobrazu, który w każdym kraju wygląda inaczej. Dlatego właśnie polityka leśna musi pozostać w gestii państw członkowskich – zwraca uwagę Jadwiga Wiśniewska.

Jak dodaje, Bruksela chciała utworzyć system, który dublowałby już istniejące krajowe rozwiązania, generowałby koszty, niósłby ryzyko ujawnienia wrażliwych danych i – co najgroźniejsze – otwierałby furtkę do ingerencji w krajowe prawo własności i gospodarkę leśną.

Projekt Komisji wyglądał jak próba przejęcia kompetencji, które z mocy traktatów należą do państw. Polityka leśna nie jest i nigdy nie była wspólną polityką Unii. Tymczasem rozporządzenie przesuwało realny ciężar decyzyjny i operacyjny na poziom Brukseli, tworząc centralne ramy i wymogi raportowe, które miały obowiązywać wszystkich – niezależnie od lokalnych uwarunkowań czy doświadczeń.

– To już nie była koordynacja. To był zamach na suwerenność w dziedzinie, która powinna pozostać narodowa – zwraca uwagę Krystyna Szyszko.

Wrażliwe dane gospodarcze

Kolejny problem – dublowanie systemów. Każde państwo ma własne, rozbudowane mechanizmy monitorowania lasów: inwentaryzacje wieloletnie, statystyki, zdjęcia lotnicze, satelitarne, krajowe bazy danych.

– Po co tworzyć drugą, równoległą strukturę na poziomie UE? Zamiast uznać równoważność krajowych systemów i budować interoperacyjność, Komisja chciała wszystko zunifikować. Brzmi nowocześnie, ale w praktyce oznacza chaos, koszty i brak odpowiedzialności – stwierdza Jadwiga Wiśniewska.

Jak wskazuje, te rozwiązania byłyby skrajnie kosztowne dla krajów członkowskich. Co więcej, nikt nie potrafił zagwarantować, że gromadzone dane byłyby bezpieczne.

– Geolokalizacje, informacje o zasobach drewna, planach pozyskania – to przecież wrażliwe dane gospodarcze. Udostępnianie ich bez ograniczeń to igranie z bezpieczeństwem właścicieli, zarządców i całych sektorów – ostrzega Jadwiga Wiśniewska.

Polska gospodarka leśna to nie tylko drzewa.

– To potężny filar całej ekonomii – przemysł drzewny, papierniczy, meblarski, tartaczny. To miejsca pracy, eksport, inwestycje, tradycje. W tej branży nie ma miejsca na eksperymenty polityczne ani ideologiczne pomysły zza biurka. Las nie potrzebuje biurokratów z Brukseli, którzy nigdy nie słyszeli, jak zachowują się drzewa podczas upałów lub na mrozie, a chcą uczyć nas, jak je sadzić – stwierdza dr Paweł Sałek.

Zachowaliśmy równowagę między przyrodą a gospodarką, między ochroną a użytkowaniem, między człowiekiem a naturą.

– To nasz sukces cywilizacyjny wypracowany przez pokolenia leśników, drwali, tartaczników i myśliwych, ludzi, którzy rozumieją las nie z raportów, tylko z codziennego kontaktu z nim – akcentuje poseł Prawa i Sprawiedliwości.

Do tego dochodzi klasyczna unijna biurokracja. Kolejne sprawozdania, raporty, wskaźniki, formularze, harmonogramy. A wszystko w imię „proporcjonalności”.

– Tyle że nikt nie udowodnił, że te nowe obowiązki są proporcjonalne do efektów, jakie miałyby przynieść. Już dziś istnieje szereg narzędzi do monitorowania lasów: krajowe inwentaryzacje, dane Eurostatu, Europejskiej Agencji Środowiska, program Copernicus. Po co więc dokładać następną warstwę raportowania? – pyta poseł do Parlamentu Europejskiego.

Jeszcze bardziej niepokojące było oparcie całego systemu na teledetekcji – czyli satelitach. Zdjęcia z orbity to świetne narzędzie, ale bez solidnej weryfikacji terenowej stają się niebezpiecznie zwodnicze.

– Widzieliśmy to już przy dyskusjach o tych rozwiązaniach. Z satelity wszystko wygląda prosto – a potem okazuje się, że rzekoma „wycinka” była po prostu planowym zabiegiem hodowlanym albo klęską wiatrową – podnosi Jadwiga Wiśniewska.

Świat rolników i leśników doskonale wie, że natury nie da się zmierzyć z Kosmosu.

Ingerencja w prawo własności

Najbardziej jednak uderzało ryzyko ingerencji w prawo własności. Zcentralizowane unijne wskaźniki i progi mogłyby w praktyce wymuszać konkretne praktyki gospodarcze: jak sadzić, co wycinać, co zostawiać.

– A przecież każde siedlisko, każdy las ma swoją specyfikę – inne gleby, inny klimat, inne potrzeby. Bruksela z uporem abstrahuje od tej różnorodności, próbując narzucić jedną receptę dla całej Europy – podkreśla dr Paweł Sałek.

To się po prostu nie może udać.

Nie sposób też nie zauważyć, że cała ta inicjatywa pojawiła się równolegle do innych aktów prawnych – jak EUDR czy przepisy o monitorowaniu gleb.

– Zamiast koordynacji mamy nakładanie się wymogów i legislacyjny chaos. Rada UE zresztą zaproponowała już prostsze podejście, bardziej realistyczne i mniej kosztowne. Komisja jednak uparcie brnęła w swoją wersję – pełną niejasnych wskaźników, otwartych baz danych i nieokreślonych kosztów – wyjaśnia Jadwiga Wiśniewska.

Trudno więc się dziwić, że projekt spotkał się z szerokim sprzeciwem praktyków. Rolnicy, leśnicy, organizacje branżowe – CEPF, EUSTAFOR, Copa Cogeca – wszyscy mówili jednym głosem: dość nadregulacji. Nie da się prowadzić gospodarki w lesie, jeśli każde działanie trzeba raportować do Brukseli. Potrzebujemy współpracy, a nie kontroli. Wsparcia, a nie nakazów.

– Ten opór nie wziął się znikąd. To efekt narastającego sprzeciwu rolników, leśników, myśliwych – ludzi, którzy na własnej skórze odczuli, jak niszczące potrafią być decyzje podejmowane tysiące kilometrów od ich pól i lasów – stwierdza dr Paweł Sałek.

To efekt protestów, które przetoczyły się przez całą Europę, w tym przez Polskę.

– Nikt lepiej niż ci ludzie nie wie, jak dbać o naturę, jak chronić ją z rozsądkiem i odpowiedzialnością. Oni nie potrzebują unijnych wytycznych – mają wiedzę, doświadczenie i miłość do ziemi, której żaden paragraf nie zastąpi – akcentuje dr Paweł Sałek.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”

drukuj