[Jestem w Kościele] Od ekologizmu do niewolnictwa krótka droga
Musimy ograniczyć spożycie mięsa i nabiału, zmniejszyć liczbę samochodów i zredukować częstotliwość lotów samolotem. W ten sposób mamy uratować ziemię przed globalnym ociepleniem. To co prawda tylko zalecenia organizacji C40 Cities skupiającej duże miasta, w tym m.in. Warszawę, jednak analizując rzeczywistość, trudno się łudzić, że nie zmienią się one wkrótce w obowiązującą politykę. Dopiero co przecież „mądre” (i bogate – tu już bez cudzysłowiu) głowy z Parlamentu Europejskiego przegłosowały zakaz sprzedaży nowych aut spalinowych od 2035 roku.
Cała ta pseudoekologiczna rewolucja ma się dokonać przede wszystkim wysiłkiem zwykłych, często biednych ludzi, którzy nic nie znaczą w oczach elit żyjących jak pączki w maśle i pławiących się w luksusach. Doskonałym symbolem tej postawy jest słynna „poprawka Ferrari”, którą Europarlament przyjął w ubiegłym roku, a która zakładała, że marki produkujące luksusowe samochody będą objęte mniej restrykcyjnymi regulacjami.
O tym, że zadanie redukcji emisji CO2 zostało rzucone zwłaszcza na barki biedniejszej części społeczeństwa, potwierdzają też dane Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Wynika z nich, że im wyższy poziom zamożności danej osoby, tym również wyższy ślad węglowy przez nią emitowany. Jak zauważył Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego w swojej analizie, na przykładzie 2019 r. widać, że uboższa połowa polskiego społeczeństwa emitowała 5 razy mniej CO2 niż 10 proc. najbogatszych i aż 18 razy mniej niż najbogatszy procent ludności. Oznacza to – ciągnie Piotr Trudnowski – że najbogatsi emitują na głowę 10 razy więcej niż średnia. Żeby tego było mało, okazuje się, że zmniejszenie emisyjności naszego kraju w latach 1990 – 2019 miało miejsce dzięki wysiłkowi uboższej części polskiego społeczeństwa, która zredukowała emisje o 26 procent. Tymczasem najbogatsze 10 proc/ Polaków zwiększyło emisyjność o 35 proc., a górny 1 procent – aż o 129 procent!
Krótko mówiąc – bogate elity prawią wzniosłe słówka o ekologii i trosce o klimat, ale jednocześnie bawią się w najlepsze, podczas gdy Ty, szary człowieku, musisz wypruwać sobie żyły dla bożka ekologizmu. Patrząc na to wszystko, trudno nie odnieść wrażenia, że wspólnym mianownikiem podobnych działań jest ograniczanie ludzkiej wolności pod płaszczykiem troski o planetę. Owszem, wszyscy mamy obowiązek dbać o środowisko, więc odrzucić trzeba wszystkie te wypaczenia z drugiej „strony barykady” polegające na bagatelizowaniu skutków swoich działań dla planety, bazując na fałszywym rozumieniu słów „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Jednak w słusznej trosce o środowisko zachowujmy właściwe proporcje, a zwłaszcza zdrowy rozsądek. Jaki jest sens narzucania tak drastycznych ograniczeń w emisji dwutlenku węgla, jeśli jednocześnie choćby Chiny nic sobie z tego nie robią, zwiększają wydzielanie CO2 i odpowiadają za 1/3 globalnej emisji? Tymczasem udział wszystkich państw UE to zaledwie 7 procent.
„Wolność bez własności jest zawsze niepełna (…). Niebezpieczeństwo państwa niewolników zanika proporcjonalnie do liczby osób, które posiadają własność prywatną i przed Bogiem przyznają się do towarzyszących jej obowiązków” – napisał ks. abp Fulton Sheen. Patrząc na rozmaite ataki wymierzone we własność prywatną, inspirowane troską o środowisko (choć nie tylko), nietrudno dojść do wniosku coraz szybciej zmierzamy w stronę niewolnictwa. Dlatego w obliczu tej pseudoekologicznej rewolucji nie można milczeć. Nie mogą milczeć również pasterze Kościoła, bo tu nie chodzi o jakieś nic nieznaczące polityczne przepychanki, lecz o pozbawienie ludzi wolności, przez którą jesteśmy podobni do samego Stwórcy, a bez wolności człowiek przecież nie jest w pełni sobą.
Wojciech Grzywacz/RIRM



