fot. Wikipedia.org

Dawna Warszawa…

Przedwojenna Warszawa, to przede wszystkim ludzie, którzy tworzyli odrębną miejską społeczność i kulturę. Ważną grupą, która miała istotny wpływ na folklor ówczesnej Warszawy, to ulicznicy m.in. tragarze, posłańcy, sprzedawcy lodów, dorożkarze, przewoźnicy, sklepikarze.

W czasach, kiedy było jeszcze niewiele telefonów, na rogach ulic, pod cukierniami, często stali posłańcy. Nosili oni czerwone czapki z metalowym numerem. Dodatkowe atrybuty, jakimi wyróżniał się warszawski posłaniec były następujące:

,,Posłaniec w przedwojennym fasonie powinien mieć laskie z siodełkiem, na którym mógł sobie przysiąść, i małą torebkie na pasku na listy”.

                                                                                           (Stefan Wiechecki, Rodzina Mortusiaków, Warszawa 1907)

Głównym ich zajęciem było dostarczanie listów, przesyłek, prezentów, kwiatów z okazji imienin czy urodzin. Nazywani byli potocznie szczygłami lub czerwonymi czapkami.

Posłańcy byli ludźmi, obytymi o dużym poczuciu humoru, a przede wszystkim, dobrze zarabiali. Największą popularnością cieszyły się ich usługi, zwłaszcza gdy zbliżała się godzina sprzedaży biletów na spektakle teatralne. Można było u nich zawsze kupić bilet, często jednak za podwójną cenę. Posłańcy najwięcej zarabiali przy kasach operetki w Teatrze Letnim znajdującym się w Ogrodzie Saskim.

Prócz posłańca na warszawskiej ulicy można było spotkać także tragarzy oraz pilarzy. Pilarzem nazywano robotników, który każdego dnia zbierali się z piłami i siekierami pod pomnikiem Zygmunta III Wazy, oczekując na zatrudnienie. Grupę pilarzy stanowili dawni żołnierze. Byli to mężczyźni niekiedy o fioletowych nosach, twarzach dziarskich i zuchowatych, którą podkreślał sumiasty wąs. Nazywani byli zygmuntowskimi próżniakami. Z czasem spod kolumny Zygmunta, przenieśli się pod pomnik Kopernika.  Natomiast na Powiślu mieszkali szatkownicy zwani także szatkarzami. Byli to dawni powstańcy, którzy walczyli w powstaniu styczniowym, zajmowali się gównie szatkowaniem kapusty. W Ujazdowie, Bielanach i Saskiej Kępie latem, pojawiali się na warszawskich podwórkach, uliczni sprzedawcy lodów, potocznie określani, jako sacharzy lub sacharzy marożnyj.  Z pochodzenia byli to chłopi wielkoruscy zwani także kacapami. Na Starym Mieście mieszkały i pracowały młode szwaczki, które powszechnie nazywanie były pannami z grzywką, pannami z magazynu, szwaczuchnami lub pogardliwie szwajami.

Wiosną w dawnej Warszawie tradycją były coroczne majówki, które odbywały się na Saskiej Kępie. Kiedy tylko na Wiśle puściły pierwsze lody rozpoczynał się sezon na przewoźnika. Warto podkreślić, że ówczesna Warszawa nie posiadała jeszcze mostu Poniatowskiego, natomiast Saska Kępa była  prawobrzeżną dzielnicą Warszawy. Jedyną drogą, którą można było dostać się na Saską Kępę była droga wodna. Przewoźnik zajmował się przeprowadzaniem mieszkańców stolicy  spod młyna na Solcu na drugą stronę. Przewoźnicy okrzykami zachęcali warszawiaków do swoich łodzi, stosowali różne sprytne triki, aby przyciągnąć klienta. Jednym z nich było umieszczanie w swoich łodziach tzw.: wabików. Były to ładnie ubrane dziewczyny, które wozili w swoich łodziach. Była to skuteczna przynęta zwłaszcza na klientów płci męskiej.

Majówkowicze łodziami przewoźników, tłumnie przybywali na prawy brzeg Wisły. Mieszkańcy stolicy, co roku, na wiosnę, bawili się na majówce, czas umilały im wizyty w restauracjach m.in. ,,Pod Dębem” oraz ,,Pod Rakiem”. Dzieci bawiły się na placach zabaw, mężczyźni grali w kręgle oraz ćwiczyli swoje umiejętności na strzelnicy.

Mieszkańcy dawnej Warszawy czytali również codzienną prasę, gazety dostarczane były przez gazeciarzy. Był to uliczny sprzedawca powszechnie nazywany kurierkiem, gazetonosem lub gazetnikiem. Było to bose dziecko warszawskiej ulicy, pełne temperamentu i  poczucia humoru. Gazeciarze były to dzieci, które utrzymywały swoją matkę z licznym rodzeństwem. Jednak pomimo wszystko chodziły do szkół.

Poniższy fragment obrazuje sylwetkę gazeciarza z okresu dwudziestolecia międzywojennego:

,,Wyskoczył w biegu z tramwaju, kocim skokiem uniknął kół pędzącego samochodu, stanął pod murem kamienicy, poddał twarz płatkom śniegu i zaczął krzyczeć: ,,Dobry Wieczór”, ,,Wieczór Warszaaaaa…”,,, Kurier Czerwoooo…”! Płatki śniegu topnieją na rozkrzyczanej twarzy gazeciarza i strużkami spływają na kołnierz z futra zajęczego. Otrząsnął się nagle, rozejrzał i popędził jak pocisk w zalaną czerwienią neonów, dygocącą od jazgotu sań i tramwajów, prasowaną milionem kół dorożek i samochodów ulicę Marszałkowską.” 

                                                                                  (Z. Uniłowski, Blaski i nędze, Warszawski Kalendarz Ilustrowany)

Gazety urzędowe warszawiacy kupowali w kiosku Ruchu. Natomiast inne kupowano u kurierków, którzy w następujący sposób zachęcali mieszkańców do kupna prasy:

 ,,Kurier dzisiejszy! Dwa zamachy, trzy zabójstwa, pięć fałszerstw, dwa napady na kościoły…”

                                       (Z. Uniłowski, Blaski i nędze, Warszawski Kalendarz Ilustrowany)

Prócz gazeciarzy, przewoźników, posłańców, dość charakterystyczną postacią ulicy był stróż. Pogardliwie nazywany cieciem, struplem, strupelskim lub struclem. Ów stróż mieszkał wraz z rodziną w kamienicy, którą się opiekował, w małym mieszkaniu pod schodami zwanym stróżówką. Zajmował się utrzymaniem w czystości schodów frontowych, kuchennych oraz podwórka, które było dość szerokie i kwadratowe, natomiast mury kamienic obdrapane. W podwórku zazwyczaj znajdowała się cuchnąca ubikacja oraz śmietnik. Stróża pilnował w jego pracy rewirowy, odpowiedzialny za daną ulicę. Prócz dbania o czystość przydzielonej kamienicy strucel, zamykał bramę, o godz. 23.00 a otwierał o godz. 5.00 rano. Wiele razy także otwierał bramę w środku nocy, powracającym do domu mieszkańcom kamienicy. Za nocne otwieranie bramy stróż zwykł pobierać symboliczną opłatę zwaną potocznie szperą. Interesującym zagadnieniem było codzienne życie warszawskiego podwórza:

,,Stróż rano otwierał bramę o piątej albo o szóstej, sprzątał klatki schodowe, zamiatał podwórko i ulicę, załatwiał drobne sprawunki panu gospodarzowi, po czym zasiadał na ławeczce w bramie gawędząc z przechodzącymi po zakupy kuchtami i zbierając od nich kamieniczne ploty. Podwórko zaczynało wtedy żyć własnym życiem. Najraniej zjawiała się baba od nabożnych pieśni, typ najmniej zajmujący. Wyśpiewywała głosem ochrypłym pobożne pieśni, zbierając lecące z okien groszaki zawinięte w kawałek oddartego kurierka […] drugą osobą była kościarka. Miała ona ustaloną u kucharek i młodszych opinię lafiryndy. […] stawała po środku podwórka i piskliwym głosem zawodziła: ,,Kośćji, kośćmi kupuje, koścji!” Gdy wołanie nie przynosiło żadnego skutku, podchodziła do śmietnika i haczykiem wygrzebywała z niego stare szmaty, podarte kalosze, porzucone butelki- jednym słowem to, co dla niej przedstawiało jakąś wartość. Trzeci wysuwał się cichaczem z workiem na plecach chałatowy handel […] Handel, handel! Kupuje, sprzedaje, garderobę!! Handełe, handełes!! […] Potem przybywał kataryniarz z nieodłączną morska świnką wyciągającą losy, które przepowiadały dalsze koleje życia. A później już nieprzerwanym szeregiem sypali się podwórkowi goście aż do zmroku. Wkraczała rodzina linoskoczków rozścielając podarty dywanik, na którym odbywały się popisy akrobatyczne, sztukmistrz, który połykał szpady, co wprawiało w niebywały zachwyt przypatrujące się temu dzieciaki podwórkowe, szlifierz dzwoniący młotkiem w żelazną podstawę nieskomplikowanego swego przyrządu, druciarz drutujący gliniane garnki i lutujący cieknące dzbanki i miednice: ,,Garnki drutuje, liutuje, garnki! A wreszcie nadchodziła zawsze mile na podwórku widziana czeska harfiarka, ubrana w sukienkę zieloną lub żółtą, mająca na głowie chusteczkę pąsową, na nogach męskie trzewiki, a na plecach harfę. Repertuar jej był bogaty. Zawierał ballady i romanse, sielanki i erotyczne pieśni […] Na podwórzu zjawiał się też przekupień z piecykiem blaszanym i obwoływał kiełbaski parowe gorące ,,choć z kota, ale dobra robota”. Za nim szła kobieta w chusteczce na głowie i zachwalała obwarzanki piwne: ,,Obwarzanki piwne, paryskie – przedziwne.” […] W pogodne wiosenne i letnie popołudnia podwórko stawało się terenem zabaw miejscowej dzieciarni, boiskiem […] grano tam w pliszki, w moniaki, w klasy bawiono się w czarnego luda, ślepą babkę. Czasami zjawiał się hycel, którego buda zatrzymywała się na ulicy, wypatrując, czy nie znajdzie tu przypadkiem jakiegoś bezdomnego wałęsającego się psiaka. Cały ten ruch podwórkowy regulował stróż, a w zastępstwie wygadana i pyskata żona – stróżka, zwłaszcza wtedy, kiedy niestroniący od kieliszka małżonek, zaprawił się w pobliskim szynku i był pod alkoholem, czyli na bańce, po kilku kilonkach szpagatu.”

                                                                                                           (B. Wieczorkiewicz, Gwara warszawska dawniej)

Warszawiacy jeździli w zaprzęgniętymi w dwa konie dorożkami. Pomalowane one były na niebiesko i kursowały pomiędzy dworcem Wiedeńskim a Petersburskim. Potocznie zwane były dryndami, natomiast dorożkarza nazywano mistrzem bata, sałaciarzem i dryndziarzem. Wyróżnić można było dwa typy dorożek. Dorożka pierwszej klasy to pojazd ze stangretem w stroju ciemnogranatowym i bladoniebieską chorągiewką, natomiast dorożka drugiej klasy, zaprzężona była w jednego konia, stangret miał strój w kolorze pisakowym i chorągiewką żółto-czerwoną. Dorożkarze ubierali się w granatową lub piaskową liberię z metalowymi guzikami. Na głowie mieli czapki z okrągłym dnem, wykonane z sukna, zwane maciejówkami.  Warszawski dorożkarz kojarzony był zazwyczaj z dobrodusznym, ale i pyskatym panem, który potrafił skutecznie bronić swego. Ówczesna prasa ostrzegała przed praktykami warszawskich dorożkarzy:

Rozmowa z pasażerem na temat opłaty za przejazd dorożką wyglądała następująco:

,,Każdy niech się zaopatrzy w piśmienny kontrakt, gdyż umowa ustna z dryndziarzem nie będzie miała znaczenia […]

– Cóż mi pani płaci, dwa złote?

– Z Chmielnej na Królewską, czy to jeszcze mało?

– Toś Se pani mogła piechotą iść, a bodaj to choroba wzięła takich pasazierów.”

                                             (B. Wieczorkiewicz, Gwara warszawska dawniej)

Biedniejsi mieszkańcy stolicy korzystali z dorożki przeważnie tylko w dni świąteczne. Warszawiacy swoje świąteczne przejażdżki odbywali przeważnie na Wolę, Koszyki, Powązki lub odwiedzali swoich znajomych mieszkających na ulicy Hożej lub Wspólnej, które uważane były za peryferie Warszawy. Na początku dwudziestolecia międzywojennego w stolicy pojawiły się taksówki, które swoje miejsce postojowe miały na ulicy Senatorskiej, Wierzbowej, Marszałkowskiej oraz w Alejach Jerozolimskich. Natomiast na pozostałych ulicach czy skrzyżowaniach nadal obecne były tradycyjne dryndy jednokonne lub wielokonne, które miały koła oprawione w gumowe opony.  Były również dorożki, które miały koła nieogumione, tylko metalowe. Tym środkiem lokomocji przemieszczała się najuboższa ludność. Natomiast do najdroższych i najładniejszych dorożek należały dryndy z numerami: 1, 2, 3, 4, 5, 11, 55, 111.

,,Kiedy wycofano z obiegu parokoniki i dryndy na żelaznych obręczach, jednokonki na gumach starały się zachować się dawną tradycję i szyk warszawskiego dryndziarza. I do ostatnich lat dorożki z numerami 1, 5, 55, 333, 555, starały się raczej same dobierać sobie pasażerów zajeżdżając nad ranem galopem pod ,,Adrię” na ulicy Moniuszki czy pod ,,Oazę” na plac Teatralny. Zima natomiast, gdy ,,puchowy śniegu tren w krąg roztoczył lśnień czary…”, sankarze z brzękiem janczarów pędzili za miasto po szosie wilanowskiej do ,,Sielanki”, ,,Kasztelanki” czy ,,Hrabiny”. Taki był fason!’’

                                                                                                           (B. Wieczorkiewicz, Gwara warszawska dawniej)

W miesiącach letnich warszawiacy wyjeżdżali na tzw. letniaki. Odwiedzali pobliskie miejscowości tj: Konstancin, Milanówek czy Grodzisk, znajdujące się na lewym brzegu Wisły, odwiedzane były przede wszystkim przez burżuazję a także przedstawicieli wolnych zawodów. Na prawym brzegu Wisły odpoczywała ludność żydowska, uboższa inteligencja, kupiectwo. Prawobrzeżnymi miejscowościami letniskowymi były m.in. Falenica, Otwock, Anin, Kaczy Dół, Radość, Świder. Na letniska warszawiacy dojeżdżali kolejką wąskotorową znaną także, jako wilanowska.

Społeczność warszawska wolny czas spędzała także w Ujazdowie, na Bielanach i Saskiej Kępie. W przeddzień zabawy w Ujazdowie przyjeżdżali kramarze rozstawiając na stołach kupieckich jedzenie i picie. Największą atrakcją zabaw w Ujazdowie był słup wysmarowany szarym mydłem, należało się po nim wspiąć do samego wierzchołka, dla nie jednego ochotnika był to lada wyczyn. Zwycięzcy otrzymywali zegarek, frak lub cylinder, a także wygłaszali przemowę.

 W połowie XIX w. Bielany stały się dla warszawiaków miejscem licznych wycieczek i zabaw mieszczaństwa. Tradycją w Warszawie stało się uroczyste obchodzenie Zielonych Świąt na Bielanach. Warszawiacy udekorowanymi karetami w korowodzie przemierzali warszawskie ulice  m.in. Długą, Freta, Zakroczymską. Warszawiacy różnych stanów, płci wieku, tłumnie przybywali na Bielany:

,,Szynkarze i kramarze tydzień przedtem stawali w lasku sosnowym szałasy, rozbijali płócienne namioty, zwozili towary, jadło i trunki. Kataryniarze i kapele nocowały już w sobotę na Bielanach, a polany leśne służyły ochoczym do tańca. […] Cała Warszawa wyruszała na Bielany. Jechano, różnymi rodzajami karet i dorożek tj.: sztajnkelerkami, wagnerkami, pragerami, resorowcami, łódkami i stadkami. Tłumy dążyły na Bielany, aby potańczyć na trawie, grać w zielone, jeździć na karuzeli i zajadać się słynnymi bielańskimi ciastkami zwane pfeferkuchenami.”

                                                       (K. Wóycicki, Społeczność Warszawy w początkach naszego stulecia ( 1800 1830))

Warszawiacy mieli także duże poczucie humoru. Powstało wiele żartów dotyczących codziennego życia mieszkańców, wytworzył się jednym słowem swoisty humor ulicy. Humor warszawski pojawiał się w zawołaniach gazeciarzy, na szyldach sklepowych, w przysłowiach o Warszawie, kawiarniach, w prasie. Wszystko to obrazowało charakter przedwojennego warszawiaka. Powodem do licznych dowcipów stały się także nazwy warszawskich ulic. Wśród warszawskich przedwojennych ulic warto wspomnieć m.in. Hożą, Chłodną, Złotą, Żytnią, Nalewki, Gęsią, Wiejską. W humorystycznym świetle ukazywani byli także mieszkańcy stolicy. Oto przykładowe dowcipy na temat warszawiaków i warszawskich ulic:

,,W Warszawie w lecie jedna tylko ulica Chłodna, a w zimie – wszystkie!”  ,,Tylko nasza stolica może jeździć do Woli, a żadna inna tego nie dokaże”  lub ,,Kto Nalewki ma w gardle, buduje Utratę w kieszeni”

                                                    (K. Wóycicki, Społeczność Warszawy w początkach naszego stulecia ( 1800 – 1830) )

Warszawskie sklepy zamiast wystaw, posiadały blaszane szyldy, które wisiały nad sklepami oraz znak cechowy. Na szyldzie widniało nazwisko właściciela sklepu, a także spis sprzedawanych produktów. Na szyldach w formie reklamy umieszczane były także humorystyczne teksty, które miały zachęcić klienta do odwiedzin danego sklepu. Oto przykład:

,,Powracając z Kępy Saskiej, Upraszałbym państwa łaski. Wstąpić tu na chwile małe: Tu są trunki doskonałe!”

                                   (K. Wóycicki, Społeczność Warszawy w początkach naszego stulecia ( 1800 – 1830) )

Zwierciadłem ówczesnej obyczajowości warszawskiej, były liczne przysłowia i porzekadła, które odzwierciedlały poglądy na życie tej oto miejskiej społeczności.  Porzekadła powstawały anonimowo, wyrażały mądrość, wskazówki a także zawierały swego rodzaju filozofię życiową.  W formie językowej porzekadeł odnaleźć można cechy języka danej epoki. Pod kątem treści są one często pouczające poważne lub humorystyczne, a niekiedy ironiczne. Oto przykładowe porzekadła, które były odzwierciedlaniem postrzegania stolicy przez przybyszów z prowincji:

,,Warszawy nie zadziwisz”, ,,Warszawa ma ogrody, a Kraków sam ogród”. Charakter porzekadeł zależny był także od sposobu spędzania wolnego czasu w stolicy: ,,Będziesz li z Litwy albo z Kijowa:, gdy masz, co w mieszku, to Warszawa schowa”. Poprzez przysłowia przestrzegano przed różnego rodzaju złodziejami, naciągaczami, cwaniakami, lichwiarzami: ,,W Warszawie taki zwyczaj, – kiedy nie masz, nie pożyczaj!” Dzięki licznym porzekadłom, można było dowiedzieć się, jaką opinią cieszyły się dawne warszawianki: ,,Lepsza wody szklanka niźli warszawianka” lub ,,Matka Warszawa, gdyż najwięcej tam matek”. Pojawiło się również przysłowie o przekupkach warszawskich: ,,Wygadana jak przekupka warszawska”. Warto także wspomnieć o tych, które upamiętniały poszczególne warszawskie dzielnice. Najstarsze dotyczy Powązek: ,,Jedno – być w kraju Turków, co wróblem na Powązkach”. Mówiło ono o świetności, jaką ta dzielnica przeżywała przez okres dwudziestu lat, kiedy ogrodami na Powązkach opiekowała się Izabela Czartoryska. Niechlubnych porzekadeł doczekał się Grzybów, ponieważ tam osadzani byli kryminaliści i dłużnicy na ul. Leszno. Stąd takie przysłowia jak: ,,Pójdziesz na Grzybów”. Natomiast typowe praskie porzekadło ,,Osoliłeś by Pragę”, oznaczało, że ktoś przepłacił za dany towar, ale także było związane z wielkim ogromnym magazynem solnym znajdującym się na Pradze, który był widoczny na całą dzielnicę. Natomiast na Woli, która kiedyś była miejscem elekcji królów które gromadziły rzesze ludzi, wzięło swój początek powiedzenie ,,Gromadnie jak pod Wolą”. Marymont zaś zasłynął przysłowiem ,,marymontczyk z razowej mąki”, określenie to oznaczała kogoś delikatnego, niestrudzonego pracą.

Dzielnica Marymont swoją nazwę wzięła od nazwy pałacu królowej Marii Kazimiery Sobieskiej (Marie – Mont), który sąsiadował z młynami. Natomiast z Mokotowa wywodziło się powiedzonko ,,Francuz z Mokotowa”. Początkowo oznaczało ono francuskiego dworzanina przebywającego w pałacach księżnej Elżbiety Lubomirskiej, właścicielki Mokotowa, która obsadzała stanowiska na dworze Francuzami. Powiedzenie to określało również ludzi, którzy będąc Polakami, manierycznie używali języka francuskiego.  Warszawska ulica to także miejsce gdzie można było zetknąć się z licznymi piosenkami i balladami, śpiewanymi przez orkiestry podwórkowe. Autorzy utworów często pozostawali nieznani. Teksty pisane były gwarą warszawską, rozpowszechniane były przez ulicznych śpiewaków. Jednym z popularniejszych tekstów była Ballada o Wiśniewskiej autorstwa satyryka warszawskiego – Jerzego Jurandota.  Utwór ukazał się drukiem po raz pierwszy w 1937 r. w zbiorze pt. ,,Niedobrze panie Boże”, z czasem był wielokrotnie przedrukowywany.  Tematyka ulicznych ballad była bardzo różnorodna. Piosenki ukazywały życie warszawskiej ulicy. Jednak zdarzają się również teksty o zabarwieniu politycznym tj.:  Ballada o Okrzei lub Niech żyje wojna! Ballady i piosenki uliczne można podzielić na dwa okresy: śpiewane przed wojną oraz inne pochodzące z okresu dwudziestolecia międzywojennego, trzecia  grupa utworów powstała w okresie okupacji niemieckiej, czwarta grupa obejmuje czasy współczesne.

Warszawa była także miastem hazardu i przeróżnych gier. Arystokracja grała w bilard, pokera i domino w Klubie Myśliwskim. Natomiast mieszczaństwo bawiło się w ten sam sposób w Resursie Kupieckiej, kawiarniach lub restauracjach. Natomiast proletariat grał w karty przeważnie na bazarach, nad Wisłą, i gdzie tylko się dało.  W karty grano zazwyczaj w sztosa, lancknechta, faraona, preferansa, winta i winta odelskiego, bezika, wista, soniko, pikietę. Wrzesień w Warszawie był uważany, jako sezon ogórkowy miejskiego hazardu. W jesienne i zimowe wieczory kluby i lokalne warszawskie były wypełnione po brzegi. Jedni grali z nudów, natomiast inni dla rozrywki, zdarzali się także uzależnieni od hazardu, którzy wiecznie próbowali się odegrać. Wśród graczy swoje miejsce mieli także oszuści powszechnie zwani szulerami, których nikt nie potrafił ograć.

Interesującą grupą, która wpisywała się w obyczajowość dawnej Warszawy byli złodzieje.

Świat złodziei dzielił się na kilkanaście typów uprawiania tego fachu.  Każdy z nich rządził się odrębnym ,,kodeksem” złodziejskim, a także posiadał odrębny rewir do uprawiania swojego fachu. Okradaniem mieszkań zajmowali się klawisznicy, którzy współpracowali z dwoma pomocnikami. Pierwszy to nadawca, którego zadaniem było dostarczenie niezbędnych informacji, oraz świeca, który obserwował teren. Klawisznik otwierał zamki mieszkań, za pomocą podrobionego klucza lub wytrychu. Cała akcja trwała do 10 minut. Najbardziej skomplikowaną i wymagająca sporego doświadczenia był fach kasiarzy, którzy planowali skrupulatnie skok na bank. Część z nich, kiedy wystarczająco zarobili na danym skoku, zakładała własną działalność. Legendą warszawskich kasiarzy był sławny Szpicbródka.

Po I wojnie światowej pojawili się tzw. złodzieje obiadowcy. Nazwa tego typu złodzieja pojawiła się w momencie, kiedy w kantorach i sklepach została wprowadzona przerwa obiadowa. Obiadowcy, często udając robotników, pomiędzy godziną 13.00 a 15.00, dokonywali włamań do sklepów i kantorów.  Najpopularniejszym typem złodziejaszka był kieszonkowiec, w gwarze złodziejskiej nazywany doliniarzem. Kieszonkowcy pojawiali się wszędzie, gdzie był największy tłok m.in. na targach, w kościołach, na pogrzebach. Często wykonywali swoją ,,robotę” w tramwajach, gdzie złodziej ostrzegał przed kieszonkowcami, wówczas większość pasażerów, obawiając się o swoje portfele, odruchowo i nieświadomie dotykała części swojej garderoby i tym samym wskazywali oni złodziejowi miejsce przechowywania swoich pieniędzy. Profesja doliniarza dzieliła się także na trzy kategorie: pierwszą kategorią byli tzw. doliniarze na parkan, którzy specjalizowali się w wyciagnięciu portfela z wewnętrznej kieszeni marynarki. Natomiast druga kategoria to doliniarz na kosyniera, jego zadaniem było przecięcie zewnętrznej strony ubrania, oraz trzecia grupa to doliniarz na dupniaka, który zajmował się wyciągnięciem portfela z tylniej kieszeni spodni.

Stanisław Wiechecki (Wiech – felietonista) tak oto opisywał  jak został okradziony:

,,W Teatrze Letnim, gdy po przedstawieniu odbierałem z szatni garderobę, włożyłem na chwilę portfel do tylniej kieszeni spodni. Oczywiście w minutę już go nie było. Nie zawierał nawet zbyt wielkiej gotówki, tylko sto złotych, ale był w nim dowód osobisty, dokument wojskowy i parę ważnych papierków, których powtórne wyrabianie może potwornie zatruć życie. […] Niedługo po tym spotkałem na ulicy znajomego komisarza Szabrańskiego. Wystąpiłem do niego z pretensją: ,,Ładnie pilnujecie Warszawy. Do teatru pójść nie można, żeby doliniarze człowieka nie obrobili. Szabrański wysłuchał opowieści o okolicznościach mojego wypadku i rzekł: – A więc został redaktor zrobiony na dupniaka. Robota fachowa. Portfel już jest u nas. Oczywiście bez pieniędzy. Kazał mi się zgłosić do urzędu śledczego, numer pokoju taki i taki, tam mi wydadzą moją własność. Bo, jak twierdził, policja ma cichą, niepisaną umowę z zawodowymi złodziejami, którzy po wyjęciu gotówki wrzucają portfele do najbliższej skrzynki pocztowej. A poczta odsyła je od urzędu śledczego. Nie uwierzyłem w idealne działanie tej umowy i do urzędu się nie zgłosiłem. Dopiero po tygodniu przechodząc przez Daniłowiczowską wstąpiłem do biur warszawskiego Scotland Yardu. We wskazanym przez Szabrańskiego pokoju siedział zgorzkniały urzędnik, który niechętnie wysunął wielką szufladę, zawierającą setki portfeli, jeden obok drugiego. Pogrzebał chwilę, wyjął mój i oddał mi go. W portfelu poza pieniędzmi niczego nie brakowało. Był nawet los loteryjny, którego ciągnienie jeszcze się nie odbyło. Rozczulony, po przyjściu do redakcji napisałem list otwarty do szanownego złodzieja z gorącym podziękowaniem za uszanowanie moich dokumentów, oświadczając w zakończeniu, że na tych dżentelmeńskich zasadach gotów jestem ,,współpracować” z zawodowymi złodziejami.”

                                                                                         (K. Rusiecki, Małe tajemnice Warszawy. Zarysy obyczajowe)

Na samym dole drabiny społecznej znajdowali się żebracy warszawscy. Nazywani powszechnie dziadami i babkami proszalnymi, którzy swoją profesję uprawiali zazwyczaj pod kościołami lub cmentarzami. Do tej grupy zaliczali się także uliczni śpiewacy i grajkowie oraz kaleki. Każdy żebrak miał swoje wyznaczone miejsce, którego bronił niczym swojego domu. Powszechnie uważani byli za wyrwigroszów, którzy funkcjonowali dzięki naiwności swoich ofiarodawców.  Żebracy mieli przeróżne sposoby zwracania uwagi na siebie:

(…) Opraszam biedny kalieka, który nie mogąc zapracować na kawałek chleba, najdroższe członeczki, szlachetne, litościwe państwo, opraszam!” […] doświadczony żebrak poucza nowicjusza: A ja ci mówię zmień ubranie, ciebie byle trojakiem obdarują – mnie, co niby udaję poczciwego emeryta, to już najmniej dychacza dają… jak cię widzą tak cię piszą.

                                                                                                 (Żargon ludowy w Warszawie, ,,Kurier Czerwony”, 1890)

Dawna Warszawa była miastem rozległym, pełnym kamienic, pałaców, kościołów, klasztorów, szpitali, młynów i ogrodów. Była miejscem, gdzie dobrze rozwijało się rzemiosło oraz handel. Ludność wiejska, która tłumnie przybywała do stolicy szukała poprawienia swojej doli i statusu majątkowego. Warszawa biednym, wiejskim przybyszom kojarzyła się z dobrobytem i nadzieją na lepsze jutro. Jednak niewielu udawało się zatrudnić w rzemiośle lub handlu. Zdecydowana większość, miesiącami tułała się w poszukiwaniu zatrudnienia oraz dachu nad głową. Ostatecznie wielu przybyszów nie odnalazło się w nowej rzeczywistości, stając się drobnymi złodziejaszkami czy żebrakami. Ci ludzie tworzyli najniższą warstwę mieszkańców Warszawy tzw.: lumpenproletariat, zamieszkujący na warszawskich ulicach.

Klimat Dawnej Warszawy można odnaleźć jeszcze przechadzając się po ówczesnej Pradze. Stare kamienice zachowały się na ul. Wileńskiej czy Inżynierskiej.

Podczas  corocznej imprezy ,, Noc Pragi”, która odbywa się w czerwcu, można poczuć klimat dawnej Warszawy. W tą jedną noc w roku życie Warszawy przenosi się na prawą stronę Wisły.  Odbywają się liczne koncerty a praskie kawiarenki wypełniają się po brzegi.  Podczas takiej nocy otwarte są również galerie, pracownie artystyczne i teatry.

W wielu restauracjach można też zasmakować typowych warszawskich specjałów jak pyzy z mięsem po warszawsku, flaki po warszawsku. Najbardziej charakterystycznym warszawskim smakołykiem była i jest Pańska skórka, którą zajadano się już przed 1908 rokiem, kiedyś  koloru kremowego, natomiast dziś sztucznie różowej, opakowanej w pergamin. Niegdyś specjał  sprzedawany był prosto z koszyków, wszędzie na rogach warszawskich ulic, parkach, na bazarach, przed kinami. Dzisiaj można je jeszcze spotkać przed bramami cmentarzy głównie 1 listopada, okolicznych jarmarkach, czasami przy Hali Mirowskiej oraz na warszawskiej starówce.

Klimat dawnej Warszawy można także poczuć, czytając w humorystyczne felietony  Stefana Wiecheckiego (1896 -1979),  znany jako Wiech,  który opisywał życie ówczesnej Warszawy, w okresie powojennym.

Ukazało się jego kilkadziesiąt zbiorów z felietonami, z których najbardziej popularne to: G jak Gienia, Wątróbka po warszawsku, czy też Zero do Kółka. W felietonach opisywał życie mieszkańców powojennej Pragi, których można było spotkać na ulicy Ząbkowskiej, Targowej, Brzeskiej, Stalowej czy Wileńskiej.

Bohaterami jego felietonów byli dorożkarze, sklepikarze, rzemieślnicy, jak też ludzie ze świata przestępczego. Jego książki  to: Spacerkiem przez Poniatoszczaka (1946), Cafe ,,pod Minogą” (1947), Helena w stroju nie dbałem (1949), Z bukietem w ręku (1949), Na perłowo (1951), Do wyboru, do koloru (1950), Spokojna głowa (1951), Szafa gra (1955), Śmiej się Pan z tego (1956).

Monika Brodzińska, historyk

drukuj