fot. PAP/EPA

Premier League: Arsenal upokorzony przez Liverpool

Miał być szlagier i wielkie widowisko. Po spotkaniu Liverpoolu z Arsenalem spodziewano się niezwykle wyrównanego pojedynku, które reklamowano jako starcie najlepszego ataku ligi z najlepsza obroną. Hit rzeczywiście był ale jednostronny, jak nigdy.

Kibice na stadionie jeszcze dobrze nie zajęli swoich miejsc, a The Reds po minucie gry prowadzili 1:0. Po świetnym dośrodkowaniu Gerrarda w polu karnym gości najlepiej zachował się Skrtel i umieścił piłkę w bramce.

Wojciech Szczęsny nie zdążył otrząsnąć się po takim początku spotkania, a musiał wyciągać piłkę ze swojej bramki po raz drugi. Akcja z 10 min wyglądała niemal identycznie jak ta  z pierwszej. Co ciekawsze została przeprowadzona przez tych samych zawodników. Anglik dośrodkował, a środkowy obrońca skompletował swój dublet bramkowy.

Kibice Kanonierów po 17 min mogli już wyłączać transmisję. W pole karne ich ulubieńców bezkarnie wpadł Suarez i wyłożył futbolówkę jak na tacy Sterlingowi. Szczęsny był bez szans.

Ale to nie koniec nokautu. W 20 min gospodarze prowadzili już 4:0. Tym razem pojedynek sam na sam ze Szczęsnym wygrał Daniel Sturridge.

Statystyki liderów tabeli po pierwszej połowie wyglądały koszmarnie. Równie dobrze mogli by na to boisko nie wychodzić, nie zdołali stworzyć sobie żadnej groźnej sytuacji pod bramką Mignolet.

Wydawało się że na drugą połowę gracze Arsena Wengera wyjdą zmotywowani do szybkiego zmniejszania strat. Nic z tych rzeczy. To The Reds nie spuszczali z tonu. W 52 min prowadzili już 5:0. Wprawdzie bramkarz reprezentacji Polski zdołał obronić pierwsze uderzenie Sterlinga ale przy dobitce był już bez szans.

W 60min Wenger nie miał już nic do stracenia przeprowadził potrójna zmianę wpuszczając na boisko m., in Podolskego, ale Liverpool spokojnie kontrolowali przebieg meczu, jakby widząc że tego dnia Kanonierzy są dziwnie bezradni. Zapewne nie byli w stanie otrząsnąć się po ciosie jaki spotkał ich przez pierwsze 20 min.

Stać ich było  tylko na honorowe trafienie i to z rzutu karnego. W 68 min Gerrard sfaulował w polu karnym Chamberlaina, a jedenastkę pewnie wykorzystał Mikel Arteta.

Po takim blamażu Arsenal raczej nie utrzyma prowadzenia w tabeli, za to Liverpool ponownie zaczyna swój marsz w górę. Jedno wiemy na pewno: najlepszy atak – owszem Liverpool, najlepsza obrona to zdecydowanie nie ta ekipy Arsenalu.

Sport/RIRM

drukuj