Pamięć o gehennie polskich kapłanów

W sobotę w Kościanie zmarł Ks. kanonik Leon Stępniak, najstarszy kapłan archidiecezji poznańskiej, więzień niemieckich obozów w Gusen i Dachau. W piątek przed świętami wielkanocnymi skończył 100 lat. Był ostatnim żyjących w Polsce kapłanem, który przeżył Dachau.

Bratanica ks. Leona Stępniaka – Anna Jagodzińska, historyk, pracownik IPN, od kilku lat zajmuje się martyrologią obozu w Dachau udostępniła naszej redakcji część dokumentów dotyczących życia zmarłego wuja.

29.03.2013 r

Anna Jagodzińska z. d. Stępniak, historyk IPN

 

W 100 – Lecie  Urodzin  Księdza  Kanonika Leona Stępniaka.

Drogi Jubilacie, dzisiaj,  29 marca 2013 r. w Wielki Piątek,  dzień Męki Pańskiej  kończysz  100 lat życia, w tym 74 lata kapłaństwa. Już na początku swego powołania poddany zostałeś wielkiej próbie, jaką było wieloletnie więzienie w niemieckich obozach  koncentracyjnych w Dachau i Gusen. To tam zetknąłeś się z niezrozumiałym dla człowieka okrucieństwem i łamaniem godności ludzkiej. Lecz niezachwiana wiara w Boga i w Jego miłość prowadziła Ciebie przez wszystkie lata niewoli do szczęśliwego wyzwolenia a następnie do posługi kapłańskiej w Swarzędzu, Gieczu, Grodziszczku, Wonieściu i Kościanie.

Jakże pięknie napisał o Tobie w liście na 65.  lecie posługi kapłańskiej J. E. Ks. Arcybiskup Metropolita Poznański Stanisław Gądecki: „Doświadczyłeś niezwykłej  łaski Bożej (…). Gdy w życiu Księdza Kanonika uwzględni się udrękę obozu koncentracyjnego i obecną radość długich lat aktywnej pracy duszpasterskiej i optymizmu Księdza Kanonika, nie można tego  nie odczytać inaczej jak tylko jako <znak nadziei dany nam przez Boga>. Powtórzyć można za Psalmistą : „Stało się to przez Pana i jest cudem w naszych oczach”(Ps. 118, 23).

Te słowa dobrze odnoszą się do Twojej pracy duszpasterskiej. Zostałeś  kapłanem, by służyć Bogu, a w centrum Twojej działalności było zawsze dobro człowieka. Nigdy swoich głęboko przemyślanych poglądów nie narzucałeś innym, nie pouczałeś z poczuciem wyższości, do której miałeś moralne prawo, ale starałeś się wniknąć w całą złożoność ludzkiej natury, czasami grzesznej, czasami zagubionej.

Urzekasz wielu ludzi dobrem i fantastyczna pamięcią, duchowością i pokorą. Wiele z tych cech zawdzięczasz domu rodzinnemu i atmosferze w nim panującej.

Nasz Ojciec Jan, gdy czas mu na to  pozwolił, brał w pierwszy piątek miesiąca dokard i z naszą Mamą jechał do Kościoła parafialnego, odległego 7 kilometrów od domu w Bronisławiu/ks. Leon Stępniak/

Ksiądz kanonik  Leon Stępniak, syn Jana i Pelagii z Grześkowiaków,   urodził się 29.03.1913 r. w Czarnotkach koło Środy Wielkopolskiej jako najstarszy z dziesięciorga rodzeństwa (siostry: Emilia, Maria, Zofia, Irena, Weronika, oraz  bracia: Franciszek, Antonii, Jan i Bronisław).

Ojciec Leona – Jan Stępniak, ur. 24 maja 1886 r. w Jeziorach Małych k. Zaniemyśla, pochodził z zamożnej rodziny rolniczej, głęboko wierzącej, o ogromnych tradycjach patriotycznych.

Matka – Pelagia Grześkowiak, ur. 13 listopada 1884 r., poprzez matkę Stanisławę z Radziejewskich była spokrewniona z Marią Radziejewską, czwartą miłością Henryka Sienkiewicza. Pelagia Radziejewską „czwartą miłością” Henryka Sienkiewicza; Marię Radziejewską, wówczas 24 letnią dziennikarkę „Katolika” Henryk Sienkiewicz poznał w 1899 r. na uroczystości odsłonięcia w Miłosławiu pomnika Juliusza Słowackiego.

Siostra matki, Hipolita wstąpiła do Zakonu Sióstr Służebniczek w Pleszewie. Pracowała w szpitalu w Śmiglu.

Trzech kuzynów Leona –ze strony Matki było duchownymi katolickimi:

– ks. Stanisław Radziejewski, święcenia kapłańskie otrzymał podczas ostatniej wojny.

– ks. Mieczysław Radziejewski, święcenia kapłańskie otrzymał w 1955 r. –związany z Poznaniem.

– ks. Zdzisław Król  został kapłanem zakonnym w Zgromadzeniu Księży Chrystusowców, był duszpasterzem dla Polaków w Roubaix. Spoczywa na cmentarzu w Jarocinie.

Ślub Jana i Pelagii odbył się 5 lutego 1912 r. w Kościele w Winnej Górze. Zachowany list Jana pisany do młodej żony  z pobytu w Warszawie w 1912 r. świadczy o wielkim uczuciu jakie łączyło tych dwoje ludzi.

Jan Stępniak i jego czterej bracia uczestniczyli w I wojnie światowej. W grudniu 1918 r. gdy wybuchło Powstanie Wielkopolskie Jan Stępniak i jego czterech braci: Franciszek, Wojciech, Piotr i Antoni zrzuciło znienawidzone mundury niemieckie. Brat Jana Antoni, ułan 17 pułku w Lesznie, brał udział w marszu na Kijów oraz  w bitwie o Warszawę 1920 r., nazwanej „cudem nad Wisłą”. Z wdzięczności za szczęśliwy powrót z frontów I wojny światowej, pięciu braci Stępniaków ufundowało Panu Bogu figurę Matki Boskiej Niepokalanej z napisem: „ Za szczęśliwy powrót z wojny – bracia Stępniakowie.” W czasie II wojny Niemcy zniszczyli figurę, ale dzieci Jana Stępniaka ufundowały i postawiły nową w tym samym miejscu, na rozstaju dróg z Czarnotek do Zaniemyśla. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Jan Stępniak przez wiele lat był Prezesem Koła Związku Ziem Zachodnich terenu średzkiego. Za przynależność do Związku, gdy wybuchła II wojna światowa, jako wróg III Rzeszy, znalazł się na liście do rozstrzelania. Przed rozstrzelaniem uratował go Niemiec Lindner(nie pamięta imienia), zarządca majątku Chocicza. Sprawił, iż Jan został usunięty z listy osób niebezpiecznych dla Rzeszy. Od 1929 r. przez kilka lat był Prezesem Rady Nadzorczej założonego w 1888 r. Banku Ludowego w Zaniemyślu. W latach trzydziestych Jan Stępniak był także członkiem zarządu Związku Wałowego powstałego na terenie Starostwa Średzkiego. Zadaniem Związku było obwałowanie prawego brzegu Warty, która po roztopach zimowych zalewała około 12 000 hektarów obszarów rolnych. Za sprawozdania roczne do GUS-u w Warszawie w latach 30 otrzymał Złoty Krzyż Zasługi. W latach 1926-1937 sprawował urząd wójta z siedzibą w zakupionym  majątku Bronisław.

W 1926 r. rodzina przeniosła się do zakupionego  majątku Bronisław. Były to dobra po generale Janie Henryku Dąbrowskim, twórcy legionów z 1797 r., które w 1806 r. wraz z majątkiem w Winno Górze nadał generałowi cesarz Napoleon.  Jan Stępniak kupił część tego majątku – dom z ogrodem i zabudowaniami gospodarczymi, oraz 500 mórg ziemi z lasem i pastwiskami (około 150 ha). Na Bronisławiu urodził się  najmłodszy syn Bronisław (mój ojciec – przyp. A.J.), który imię otrzymał na pamiątkę syna Generała Henryka Dąbrowskiego. Dom w Bronisławiu był obszerny, w dziesięciu pokojach mieściła się cala rodzina. Opodal domu, w ogrodzie, na środku dużego stawu stała altana, do której prowadził brzozowy mostek. Był ulubionym miejscem spotkań rodzinnych.

Leon wychował się w rodzinie patriotycznej, bardzo pobożnej i wymagającej, zwracającej uwagę na wychowanie i wykształcenie swoich dzieci w duchu katolickim. W domu nauczył się kochać, przypatrując się relacjom między matką a ojcem oraz rodzicami i rodzeństwem. Wychowywaniem dzieci zajmowali się oboje rodzice, lecz prowadzeniem gospodarstwa domowego głównie Matka. Jej najstarszy syn z sentymentem mówi dziś o ogromnej cierpliwości, jaką miała w stosunku do swoich dzieci. Każdego dnia z całą rodziną klękała do wieczornego pacierza i modliła się w rozmaitych intencjach, także o mój szczęśliwy powrót z Dachau: „Dzięki Opatrzności Bożej i trosce naszego Ojca Jana cala rodzina przeżyła tą straszna wojnę. Nikt nie zginął i nikt z mojego rodzeństwa nie został wywieziony na roboty do Niemiec”.

Do szkoły podstawowej Leon Stępniak uczęszczał w Czarnotkach, ukończył w Witowie, gdy Rodzina zamieszkała w majątku Bronisław w powiecie średzkim. Pierwszą Komunię św. Leon przyjął w Kościele w Solcu nad Wartą.

Ponieważ majątek ziemski wymagał fachowego zarządzania, Jan Stępniak posłał Leona do Szkoły Rolniczej. Dzięki sugestii i wsparciu nauczycieli, którzy widzieli w nim zdolnego ucznia, w 1926 r. zdał egzaminy do Państwowego Gimnazjum Koedukacyjnego w Środzie Wielkopolskiej, gdzie był jednym z jego najlepszych uczniów. W czasie sześcioletniej nauki w średzkim gimnazjum mieszkał w  szkole, na stancji u woźnego Pana Franciszka Stołowskiego:  „Była dyscyplina, musiałem zawsze wracać na stancję do godziny 19.30, i stosowałem się do tego wymogu. Na podwórzu były dwa psy i jeżeli bym się spóźnił swoim szczekaniem powiadomiłyby dyrektora, prof. Franciszka Synoradzkiego .Był taki rok w którym nie opuściłem ani jednego dnia nauki. Były to także lata radosnej i beztroskiej młodości”.

W 1933 r. zdał maturę z wyróżnieniem i na pożegnaniu maturzystów w auli szkoły wygłosił pożegnalne przemówienie. Tego samego dnia Ksiądz Arnold Marcinkowski, prefekt, który uczył Leona w gimnazjum, uroczystymi słowami oznajmił Janowi  Stępniakowi, że z radością przyjmuje jego syna „do grona kapłanów”. W drodze powrotnej do domu ojciec powiedział: „To ja miałem być księdzem, tym bardziej cieszę się, że ty nim będziesz”. Leon od dawna wiedział, co jest jego powołaniem: „Choć nikomu nie zdradzałem swoich planów, niektórzy się domyślali. Dyrektor szkoły przez wiele miesięcy próbował mnie odwieść od seminarium duchownego. Żeby go uspokoić powiedziałem, że zostanę lekarzem ciała. Zostałem  lekarzem, tyle, że nie ciała, a duszy.”

         Do Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Gnieźnie w 1933 r.  przyjmował młodego Leona biskup Michał Kozal, zamordowany później  bestialsko w KL Dachau, obecnie znajduje się w gronie błogosławionych- męczenników za wiarę. Rektorem  Seminarium był J E. Ks. Kardynał Prymas August Hlond. Z  dokumentu  przyjęcia: Gniezno , dnia 19/VII 1933 r. <Semestr zimowy rozpoczyna się dnia 2/X  b.r. Na miejscu trzeba być najpóźniej o godz. 18.00.(…). W załączeniu przesyłam instrukcje). Po odbyciu dwuletnich studiów filozoficznych w Gnieźnie przeniósł się  do Seminarium Duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył czteroletnie studia teologiczne.

Posługa wikariusza

Kto kocha Maryję nie zginie na wieki/św. Bernard, z obrazka prymicyjnego ks. L. Stępniaka, 3.06.1939 r./

Święcenia kapłańskie ks. Leon Stępniak przyjął 3 czerwca 1939 r. w Katedrze Poznańskiej z rąk ówczesnego Prymasa Polski, Ks. Kardynała Augusta Hlonda, a na swoim obrazku prymicyjnym umieścił powyższe przytoczone wyżej słowa św. Bernarda. Wspomina, iż zapytany, krótko przed święceniami, przez Prymasa:

Czy jako kapłan, jest gotów wiernie trwać na posterunku i gotów oddać swoje życie w obronie Wiary i Ojczyzny?”, odpowiedział bez wahania „ tak” i dodaje: „wtedy jednak nie zdawałem sobie sprawy, że gotowość jest tak bliska. Trzy miesiące przed wojną otrzymałem święcenia kapłańskie, marzyłem, że jako kapłan i duszpasterz pójdę służyć Bogu i duszom nieśmiertelnym.” Mszę Św. prymicyjną odprawił 4 czerwca w Kościele Parafialnym w Solcu nad Wartą. Proboszczem parafii był ks. Roman Stepczyński – zmarł w kamieniołomach w Gusen z głodu i wycieńczenia 6 grudnia 1940 r. Do końca, już chory, wierzył, że wróci do Solca.

Niezależne pismo katolickie Kurier Średzki w wydaniu z 8 czerwca 1939 r. umieścił krótką informację z prymicji: „W ubiegłą niedzielę w Solcu nad Wart złożył pierwszą ofiarę Mszy św. ksiądz Leon Stępniak, zamieszkały dawniej w Bronisławiu, wychowanek miejscowego gimnazjum. O godz. 9.30 wyprowadzono w uroczystej procesji prymicjanta z probostwa do pobliskiego kościoła parafialnego, gdzie uroczystą Mszę św. celebrowaną odprawił ksiądz Leon Stępniak. Asystowali mu przy Mszy św. Ks. Kazimierz Zachman z Goliny oraz ks. Radziejewski z Krotoszyna, kuzyn prymicjanta. Podczas Mszy św. podniosłe kazanie o potędze modlitwy wygłosił ks. prof. Arnold Marcinkowski z Poznania, były prefekt i wychowawca ks. Stępniaka z czasów gimnazjum w Środzie.  Po Mszy św. odśpiewano uroczyste „Te deum laudamus”, po czym ks. Stępniak udzielił swego kapłańskiego błogosławieństwa wiernym, których zebrało się wielkie rzesze. W uroczystej procesji odprowadzono księdza Stępniaka na probostwo. Ze stopni proboszczówki wygłosił ostatnie słowa podziękowania i pożegnania. Na prymicjach w Solcu obecni byli; ks. prof. Marcinkowski, ks. prof. Zieliński z Łubowa, ks. Pierzkowski z Dąbrówki Kościelnej, najbliższa rodzina oraz grono kolegów najbliższych z ławy gimnazjum(…).

Swoją pierwszą pracę duszpasterską ks. Leon rozpoczął w parafii Kębłowo, dekanat zbąszyński w powiecie Wolsztyn, gdzie  proboszczem był ksiądz Franciszek Hawraczyński. W Kębłowie ks. Leon  przebywał do 27 stycznia 1940 r., do czasu aresztowania przez Gestapo.

W liście z  5 lipca 1939 r. z Kębłowa ks. Leon Stępniak tak pisał do swoich Rodziców: „Bardzo szczęśliwie przybyłem na moją pierwszą placówkę pracy duszpasterskiej. Przy kawie od Proboszcza zaraz otrzymałem instrukcje w sprawie mojej pracy. Wioska liczy 1500 mieszkańców, ma drogi brukowane, a nawet własny rynek. Znajduje się trzy kilometry od granicy. Z mojego okna widzę brzeg lasu, który jest granicą polsko-niemiecką. Mimo ogólnego niepokoju ludność tutaj jest bardzo spokojna i nie obawia się wojny, bo wie, że główne natarcie w razie wojny byłoby na Śląsk i Pomorze”.

1 września 1939 r. do Kębłowa wkroczyło wojsko niemieckie. Wkrótce na Probostwie ks. Leon zostaje sam. Proboszcza, byłego uczestnika Powstania Wielkopolskiego, aresztowało Gestapo. Najpierw zbitego i zmaltretowanego wywieziono go do Fortu VII w Poznaniu. Ks. Leon ze smutkiem wspomina: „Spotkaliśmy się w Dachau. Wywieziony do kamieniołomów w Gusen zmarł w 1940 r. z wycieńczenia głodem i ciężką pracą. Znęcano się nad nim ze szczególnym okrucieństwem.” Po aresztowaniu ks. Franciszka  Hawraczyńskiego 28 września 1939 r. został mianowany przez dziekana zbąszyńskiego wikariuszem substytutem na parafii Kębłowo „ (…) na czas do powrotu proboszcza.”

Pewnego dnia  pojawiło się dwóch niemieckich żołnierzy z rozkazem aresztowania. Ksiądz Leon wspomina: „Długo nie trwało i przyszli po mnie. (…) Kiedy mnie wyprowadzili, na podwórzu zebrały się grupy parafian, uniemożliwiając wyjście. Żołnierze niemieccy ustąpili, ale zażądali od ludzi, by zgłosiło się pięcioro, którzy swoim życiem, zaręczą, że ksiądz nie ucieknie. Zgłosiło się dużo więcej niż pięcioro. Niemcy puścili mnie wolno”.

Z dniem 9 grudnia 1939 r. gestapo nakazało odprawiać nabożeństwa tylko dla niemieckich katolików. Mimo wyraźnego zakazu, przez trzy dni Świąt Bożego Narodzenia otwierał Kościół i odprawiał nabożeństwa dla swoich parafian. Wierni tłumnie gromadzili się w Kościele, szlochali śpiewając „Podnieś rękę Boże Dziecię”. Zdawał sobie sprawę, że był obserwowany, wiedział o aresztowaniach księży, o wykonywanych na nich wyrokach śmierci i nie miał złudzeń, że któregoś dnia Gestapo przyjdzie także po niego. Tym bardziej, że 15 sierpnia 1939 r. w trakcie uroczystości przekazania przez miejscową ludność polskiej straży granicznej karabinu maszynowego w uroczystym kazaniu do wiernych, powiedział: „Gdyby ta buta teutońska miała przebrać miarę, to chyba na to, abyśmy powtórzyli cud nie nad Wisłą, ale nad Odrą i Łabą”.

27 stycznia 1940 r. został aresztowany przez Gestapo. Niemcy podejrzewali Go o współpracę z polskim podziemiem. Wraz z innymi aresztowanymi księżmi przywieziono go  do Klasztoru Benedyktynów w Lubiniu. Zgromadzono tam około 60 księży z różnych parafii i powiatów. Ksiądz Leon Stępniak był najmłodszym spośród uwięzionych w Lubiniu księży. W klasztorze księża cieszyli się względną swobodą, czas wypełniali modlitwą, codziennie odprawiano msze święte przy ołtarzach postawionych wzdłuż korytarzy klasztoru. Okoliczna ludność zaopatrywała klasztor i uwięzionych w nim księży w żywność i potrzebne produkty. Około 20 maja 1940 r. większość księży (starszych pozostawiono) Gestapo przewiozło do Fortu VII w Poznaniu, a stamtąd do  Dachau.

„W Dachau myślałem, jeśli Bóg zechce mnie ocalić, ocaleję – jeśli nie, taki dopust Boży. Wiara w Opatrzność Bożą dawała mi nadzieję przetrwania piekła jakim był obóz koncentracyjny. Każdego dnia modliłem się o szczęśliwe przeżycie, jutro oddawałem Bogu. W tym roku kończę 100  lat. Dlaczego ja ocalałem? to jest moja zagadka życia.

 ks. Leon Stępniak

 

„Czemu ja nie zginąłem? To jest dla mnie zagadka życia”.

Niemiecki obóz koncentracyjny KL Dachau założono 22 marca 1933 r. na rozkaz Heinricha Himmlera w pobliżu miasteczka Dachau, 15 kilometrów na północny zachód od Monachium. Zasługuje on na szczególną uwagę z dwóch powodów: był najstarszym obozem koncentracyjnym, istniejącym od 1933 roku, traktowanym przez hitlerowców jako wzorcowy,  a dla okupowanej Europy stał się  głównym ośrodkiem eksterminacji duchowieństwa, ze szczególnym okrucieństwem polskiej inteligencji i polskiego duchowieństwa. Podstawą istnienia obozu było rozporządzenie  „o ochronie narodu i państwa” z dnia 28 lutego 1933 r.   Celem władz obozowych było unicestwienie więźniów poprzez ciężką pracę, głód, brutalne metody postępowania i wykorzystanie do badań pseudomedycznych.

Rano 24 maja 1940 r. przez bramę obozową z napisem „Arbeit macht Frei” (Praca daje wolność) znaleźli się na placu apelowym obozu Dachau. Ksiądz Leon powraca pamięcią do tamtej chwili: „Dzień majowy, słońce szalenie świeciło i grzało, a my musieliśmy stać godzinami na placu z odkrytą głową. Gnębiło nas pragnienie i głód. Po sprawdzeniu imiennym obecności  skierowano nas do dużej izby i tam spisywano ponownie personalia. Od tej chwili byłem Häftling (więzień) nr 11424. W drugiej izbie musieliśmy się rozebrać do naga i oddać ubranie, rzeczy osobiste oraz przedmioty kultu religijnego: medaliki, różańce, brewiarze, książeczki do nabożeństwa. Bardzo przeżyłem ten moment. Pozostawiono tylko szelki i chusteczki do nosa. Jeden z izbowych wziął te różańce, medaliki i wrzucił do kubła ze śmieciami. Po paru dniach zachorował i zmarł. Blokowi przestraszyli się, przy następnej rewizji oddali różańce zaufanemu księdzu, ale tu znowu rewizja…, kto coś jeszcze miał utykał w ziemi, trawniku. Wiele dewocjonaliów udało nam się jednak zatrzymać. Kilka lat później, gdy pracowałem w ogrodach na plantacji,  pewien SS-man prowadził mnie do lasu po świerkowe gałązki. Kiedy dowiedział się, że jestem księdzem, wyjął z kieszeni różaniec, wręczył mi  mówiąc, że ma go od matki. Wtedy uklęknąłem, pocałowałem różaniec i chciałem oddać żołnierzowi. Ten kazał mi go jednak zatrzymać. Powiedział, że wkrótce jedzie na urlop i od matki dostanie nowy. Na spodniach w takim miejscu, gdzie najmniej rewidowano przyszyłem łatkę z tego materiału, co ubranie więzienne i w taką kieszonkę wkładałem różaniec. Porozrywał się, pozostał krzyżyk i kilka paciorków, które przechowuję do dzisiaj. Później nastąpiło golenie głów, kaleczono nas przy tym dotkliwie. Po kąpieli otrzymaliśmy więzienne, pasiaste łachmany, często za krótkie i za ciasne, do przyszycia czerwony trójkąt dla więźniów politycznych, do których zaliczano Polaków z wypisaną literą P oraz numer obozowy. Na nogi dano płócienne pantofle na drewnianej podeszwie. Rozpoczęła się sześciotygodniowa kwarantanna. Znalazłem się w grupie księży skierowanych do bloku nr 5, czyli „Zugansblocku”. Tutaj blokowy i izbowy poinformował nas o obowiązującym regulaminie życia obozowego i zwyczajach panujących w obozie. Ważną sprawą była orientacja w szarżach esesmanów, którym trzeba było składać meldunki prawidłowo określając stopnie, gdyż za każde fałszywe określenie bito okrutnie lub zmuszano do wykonywania uciążliwych ćwiczeń. Po przydzieleniu łóżek, szafek i miejsc na pantofle rozpoczęła się lekcja słania łóżek „do kantu”. To jedna z szykan”.

Po sześciotygodniowej kwarantannie, 2 sierpnia 1940 r., ks. Leon Stępniak z grupą 150 księży, został wywieziony do kamieniołomów w Gusen, jednego z podobozów Mathausen. Obóz ten nazywano „ostatecznym rozwiązaniem”, a jedyne wyjście prowadziło przez komin krematorium. Do głównych zajęć więźniów należała praca w kamieniołomach, mordercza i wyniszczająca, często 12 godzin na dobę. Ogromne kamienie noszono z górnego kamieniołomu, zwanego Kastenhofen. Z tymi kamieniami w rękach lub na grzbiecie, popychani i kopani przez kapo uzbrojonych w sękate drągi, musieli biegiem 182 stopnie – wykute w skale –  do położonego niżej, będącego w budowie obozu: W Gusen warunki były straszne. Gdy tama się znalazłem pomyślałem <Jestem w piekle>. Obóz był dopiero w trakcie budowy. Wyczerpująca praca w kamieniołomach, głód, wszechobecny brud dawał się mocno we znaki. Ponieważ duchowni rzadko mieli wyuczony zawód, brano nas do najcięższych i najgorszych prac. Plagą była ogromna ilość wszy gnieżdżących się nie tylko w siennikach, ale w niezmienionej tygodniami bieliźnie i odzieży. Znalazłem nawet sposób na walkę z robactwem. Gdy zostałem przeniesiony do komanda Westerplatte, głębokie doły, które kopaliśmy, stały się naszymi świątyniami modlitwy. Razem z nami był ksiądz kanonik Edmund Nowicki – nr obozowy 22032, późniejszy biskup. Opowiadał nam o Rzymie. To była chwilowa ucieczka od otaczającej nas okrutnej rzeczywistości. W Gusen nie dano nam czapek, a mieliśmy głowy ogolone na łyso. Kiedy padał deszcz, albo śnieg, to lodowata woda ściekała nam po głowie na szyję za kołnierz. To było straszne. Wtedy odmawialiśmy różaniec i zdarzało się, że słońce „wychodziło za chmur”. Półroczny pobyt w tych nieludzkich warunkach wystarczył, by po moim powrocie do Dachau, księża, koledzy obozowi pytali: „Leoś to Ty ?”.

W Gusen komendantem obozu był Niemiec Karl Chmielewski, który nienawidził Polaków. Nocą lubił przychodzić do baraków i bić, często do nieprzytomności. Ksiądz. Leon wspomina: „Komendant upijał się,  a wtedy zamieniał się w bestię, rycząc, z latarką w jednej ręce, biczem w drugiej wchodził do ciemnego baraku, w którym mieszkaliśmy. W koszulach i kalesonach musieliśmy stać na baczność, a on przechodził, bił i ryczał. Kto był mądry, to po pierwszym uderzeniu padał na podłogę i temu dawał spokój. Raz zapomniał, że  był już na  naszym bloku, i znów bicie i ryk, to była okropna noc. Któregoś dnia musieliśmy wykonywać pracę biegiem, z kamieniami, wzdłuż szeregu uzbrojonych w drągi kapo. Tego dnia spośród nas zamordowano w bestialski sposób trzydziestu ośmiu księży. Starałem się unikać ciosów, niestety, jeden z SS-manów uderzył mnie drągiem w głowę, potem drugi, upadłem na kolana, ale pozbierałem się i biegłem dalej.”

Ponieważ niedziela była częściowo dniem wolnym od pracy, wspólnie z braćmi księżmi Ireneuszem i Marianem Szczerkowskimi, ks. Leon Stępniak rozpoczął uczestnictwo duchowe we Mszy Świętej. Każdą wolną chwilę wypełniał modlitwą poranną i wieczorną z brewiarza, którą znał na pamięć. Różaniec towarzyszył mu wszędzie. Z księdzem Leonem Rygusem, współlokatorem dziurawego siennika, odmawiali nowenny: ks. Rygus nowennę do św. Barbary, patronki dobrej śmierci, ks. Stępniak nowennę do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy o łaskę zdrowia, wytrwania i wolności. W krótkim czasie, te nowenny stały się ich wspólnymi modlitwami. Wiara w opatrzność Bożą dawała nadzieję przetrwania „piekła”, jakim było Gusen.

Wyniszczony pracą, głodny, ale żywy, ks. Leon z pozostałymi przy życiu księżmi  wrócił 8 grudnia 1940 r. do Dachau. Na skutek mozolnych zabiegów Watykanu, Hitler zgodził się na zgromadzenie wszystkich kapłanów w KL Dachau. Po powrocie do Dachau otrzymał nowy numer obozowy 22036 i zamieszkał w bloku 28.

Początkowo, jak większość księży polskich, pracował w Dachau na tzw. plantacjach. Były to wielohektarowe obszary pól i łąk. Praca tam była bardzo ciężka. Latem, w upalne dni dokuczało górskie słońce, zimą deszcz, mróz i śnieg były nie do zniesienia (bielizny ciepłej nie otrzymywali): „Kiedyś, gdy otrzymałem pieniądze z domu poszedłem do obozowej kanty i tam kupiłem takie flanelowe ściereczki. Przyszyłem do bluzy i wpuściłem w spodnie, było ciepło. Niestety i to przeszkadzało Niemcom, za to samo strasznie zbili jednego z księży, nie chciałem ryzykować, odprułem, wolałem nadal marznąć”. W obozie nie było zwierząt pociągowych,  zastępowali je księża: „Zaprzęgano nas do pługa przy usuwaniu śniegu z obozu, do wozów, do bron i pługa przy uprawie roli, a nawet do wału ugniatającego szosę. Mnie z plantacji z narażeniem życia zabrał kolega z czasów pierwszych klas gimnazjalnych Bolesław Rex i wciągnął do swojego komanda Cartner G.U.Uv I-Verschsgardenerei. Było to w dzień Matki Boskiej Szkaplerznej, 16 lipca 1943 r. Ta zmiana uratowała mi życie. W ogrodzie można było zjeść coś z odpadów, które wyrzucano na kompost. Raz pozwolono nam ugotować zupę z głąbów kapusty i wyrzuconych marnych główek kapust. Zrobiliśmy to w znalezionym na złomowisku garnku, na ognisku zrobionym z cegieł, bez soli bo głód był najlepszą przyprawą”.

Do obowiązków kapłanów należało także noszenie trzy razy dziennie posiłków dla całego obozu. Kotły napełnione kawą lub zupą ważyły około 80 kilogramów. Kto nie mógł udźwignąć kotła był bity i kopany. Niemcy mówili <Klechy podaja do stołu>: „Tam były kotły po 50 i 100 litrów. Kotły miały po jednej i po drugiej stronie uchwyty. Jeżeli uchwyty były wyrobione, to dłonie dotykały gorącego kotła, a to bolało. Był czas, że my księża musieliśmy nosić jedzenie obiadowe dla wszystkich baraków, a było nas tysiące więźniów. Każdy kocioł miał wypisany kolejny numer baraku. Trzeba było stanąć obok kotła i jak SS-man krzyknął, to musieliśmy kocioł podnieść i wyjść z nim. Najgorzej mieli ci księża, którym przypadły ostatnie baraki. W kuchni były dwa stopnie cementowe, zdarzały się potknięcia, szczególnie starszych księży, a wtedy wylana kawa lub zupa nie trafiała do baraków, a my byliśmy dotkliwie bici, często do nieprzytomności. Wszystkie te czynności należało wykonywać biegiem, przy krzykach i biciu. My, młodsi księżą staraliśmy się pomagać starszym. Pamiętam nieludzkie pobicie przy noszeniu ciężkich kotłów biskupa Michała Kozala. Już pozbawionego sił, izbowy Willy powalił na podłogę i skopał”. Gdy umierał biskup Michał Kozal, ks. Leon chory na tyfus leżał obok, w izbie nr 4. Umierającemu – biskup bardzo cierpiał, narzekał, że mu zimno – dał swoją ciepłą czapkę – taka wojskowa, którą otrzymał w paczce od Rodziców.

Głód, towarzyszący od rana do wieczora był jedną z największych udręk, jakie więźniowie przeżywali w Dachau. Racje żywnościowe nie były wystarczające: „Jedliśmy wszystko, co nadawało się do jedzenia, najrozmaitsze trawy, kwiaty, robaki, żaby, zabłąkanego jeża. Nadszedł taki czas, że nie tylko słabsi, chorzy lub starsi księża, umierali z głodu, ale także młodzi. Najgorszy był rok 1942. Staraliśmy się jak tylko to było możliwe w warunkach obozowych organizować jedzenie, dzielić się nim w miarę możliwości. W obozie spotkałem Mariana Baranowskiego, był to młody, siedemnastoletni chłopak, który pochodził z Kębłowa, z mojej pierwszej parafii. Kapo wybrało go do pracy w kuchni. Ten młody chłopak odnalazł mnie i postanowił dokarmiać, także Ks. Wojtka Rychłę oraz Ks. Oblata z Obry. Dzielił się z nami tym co miał, tą obozową porcją i ryzykując życiem wynosił dla nas chleb. Uważano, że spełnia on bardzo dobry, piękny uczynek. Niestety zachorował na tyfus i zmarł. Wiem, że jego pomoc była jednym z darów, dzięki któremu przeżyłem Dachau. Kilka lat po wojnie pojechałem na grób Marysia i odprawiłem w Obrze, gdzie spoczywa, Mszę świętą za jego duszę. ”

„Każdego dnia w Dachau modliłem się o przeżycie, jutro oddawałem Bogu”

Ksiądz Leon Stępniak wie, że przetrwanie w obozie zawdzięcza Matce  Boskiej Nieustającej  Pomocy oraz rodzonej Matce, która codziennie z Ojcem i dziewięciorgiem dzieci klękała do wieczornego pacierza i prosiła o szczęśliwy powrót syna z obozu. W pierwszym tygodniu pobytu w obozie przeziębił się, wysoka gorączka i żadnej pomocy. „Wtedy rozpocząłem nowennę do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy o łaskę zdrowia, wytrwania, wolności. Modliłem się na palcach, gdyż już pierwszego dnia odebrano nam różańce, medaliki, brewiarze. Oto Matka Boża okazała mi namacalne dowody swojej macierzyńskiej opieki. Moja Matka po przyjęciu przeze mnie I Komunii św. posłała mnie do sąsiedniej parafii, w której przyjmowano do Szkaplerza. 16 lipca w Święto Matki Boskiej Szkaplerznej udało mi się zmienić prace na plantacji na ogrody. Dopomógł mi w tym mój kolega gimnazjalny Rex. Samowolną zmianę pracy można było przypłacić życiem, a mnie ani włos z głowy nie spadł”.  Matce Boskiej Szkaplerznej zawdzięcza, iż nie było Go już na plantacjach, gdy wybierano młodych księży na pseudomedyczne doświadczenia flegmony (ropowica) i malarii. Potem przyszedł czas, że nie tylko tych z plantacji, ale wszystkich polskich duchownych w kolejności alfabetycznej brano na doświadczenia z malarią i ropowicą: „Gdy w styczniu 1943 r. przyszła kolej na literę „S” zachorowałem na tyfus brzuszny. Dzięki pomocy kolegów wyzdrowiałem. Taka jest potęga modlitwy, której umiłowanie wszczepiła mi rodzona Matka. W czwartą rocznicę moich święceń kapłańskich, z narażeniem życia, korzystając z pomocy księży niemieckich wymknąłem się z izolatki „ tajnym przejściem” i wziąłem udział we Mszy Świętej. Po mszy wróciłem szczęśliwie do swojego baraku”.

Z Dachau więzień mógł pisać raz na dwa tygodnie list – w języku niemieckim – do wybranej osoby. Listy, które ks. Stępniak  pisał do Rodziców i rodzeństwa są świadectwem jego głębokiej wiary w Boga. Nigdy nie żałował swojego duchowego wyboru, nigdy nie wątpił, pocieszał innych i dodawał otuchy, a jednocześnie wiedział, jak często był bezradny, gdy umierali jego koledzy obozowi. Z listu 23 lipca 1944 r.: „W trudnych momentach przypominam sobie wspólną modlitwę, którą odmawialiśmy w domu. To dodaje mi sił. Bądźcie o mnie spokojni. Czuję się zdrowy i przy pomocy Boga wkrótce się spotkamy”. Listy, które pisał zachowały się do dzisiaj, jest ich około 50.  Znajdują się w nich podziękowania kierowane do tych, którzy z okupowanej Polski, przysyłali Leonowi paczki z żywnością, ubraniami itp.  Dziękuje im za to z głębi serca, bo to także  dzięki tej ofiarności mógł przeżyć Dachau.

Ks. Leon Stępniak do dzisiaj przed snem odmawia modlitwę, której nauczył się w czasie choroby w Dachau: „Pobłogosław Panie mój sen, który powierzam Świętej Panience, Jej chcę służyć najlepiej jak umiem. Tej, która jest Matką Pana Naszego i po nim moją nadzieją. Mego Anioła Stróża, mojego Patrona, strzegącego mnie tej nocy i w każdej chwili mego życia i w godzinie mojej śmierci. Niech tak się stanie”.

We  wrześniu 1941 r. księży polskich pozbawiono uczestnictwa we Mszach św., odprawiali je więc w konspiracji. „Wstawaliśmy wcześnie rano, w naszych izbach, za piecem, jeszcze przed budzeniem całego obozu odprawialiśmy Msze Święte. Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, nikt o tym nie wiedział. W przesyłanych od 1943 r. paczkach przemycano nam wino i Hostię, często w wydrążonym bochenku chleba. Mieliśmy też swój kielich. Komunikanty i wino organizowały również komanda, które wychodziły poza obóz” .

Do jednych z najsmutniejszych a jednocześnie wyjątkowych przeżyć obozowych ks. Leona -obok śmierci Biskupa Michała Kozala -była śmierć, ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego z Chełmży-apostoła chorych, dla którego nie było bram i straży.Do dzisiaj pamiętam jaka emanowała z niego dobroć i dziwna siła, która przyciągała więźniów: Gdy na przełomie 1944/1945 r. ponownie wybuchła epidemia tyfusu, przekradał się do obozowego szpitala, do ludzi, którym już nikt nie chciał pomóc, rozgrzeszał. W dobrowolnej pomocy niesionej chorym współwięźniom, zarażony tyfusem zmarł 23 lutego 1945 r. Zanim jego szczątki zaniesiono do krematorium Stanisław Bienka wykonał gipsową maskę pośmiertną oraz spreparował kostki z dwóch palców, które następnie zatopiono w tej masce. Wyniesiono je na plantacje, zakopane w ziemi zachowały się do wyzwolenia obozu. Dzisiaj są to jedyne relikwie błogosławionych, zamordowanych księży w Dachau. Już wtedy byliśmy przekonani o jego świętości.”.

Wyzwolenie

Dzień 29 kwietnia 1945 r. był dniem ogromnej radości dla więźniów w Dachau. Była niedziela, godzina 17.25, obóz został zdobyty przez niewielki oddział żołnierzy amerykańskich 7 armii generała Pattona. Ksiądz Leon doskonale pamięta ten dzień: „Była piękna, słoneczna niedziela. Modliliśmy się, kiedy nagle usłyszeliśmy odgłosy niewielkiej – jak się okazało – grupy nadchodzących żołnierzy amerykańskich”. Na powitanie żołnierzy wybiegli wszyscy, którzy mogli się poruszać. Słyszało się niemilknącą, różnojęzyczną radość, brawurowe oklaski na cześć żołnierzy amerykańskich. Więźniowie rzucali się sobie w objęcia i całowali wzajemnie. Była to radość po tylu latach męki i udręczenia. Radość była tym większa, gdyż tego samego więźniowie dowiedzieli się, iż z rozkazu Heinricha Himmlera 33 tysiące więźniów miało być zastrzelonych o godzinie 21.00, a obóz ziszczony i spalony. Polscy kapłani mający wielkie nabożeństwo do św. Józefa Kaliskiego złożyli dnia 22 kwietnia 1945 roku ślubowanie o pielgrzymowaniu do Jego sanktuarium w Kaliszu w podzięce za wybawienie. Ci,  którzy przeżyli, uznali wyzwolenie dnia 29 kwietnia 1945 r. za cud.

W homilii wygłoszonej w pięćdziesiątą rocznicę wyzwolenia obozu w Dachau, w Kolegiacie św. Jozefa w Kaliszu, ks. Leon Stępniak powiedział: „Dzień dzisiejszy nie może być powodem do oskarżania kogokolwiek, do chcenia odwetu, do rozdrabniania win przeszłości, ale czasem pojednania. Przykład dali nam biskupi polscy (…). Można powiedzieć, że męczeńska śmierć kapłanów stała się zasiewem i wzrostem nowych powołań (…). Nigdy nie należy mówić tylko o wojnie, czy o obozach, ale życie międzyludzkie i międzynarodowe należy  oprzeć na Bożej prawdzie. Trzeba czuwać. Trzeba wzbudzać odpowiedzialność za losy Kościoła i naszej Ojczyzny, zagrożonej ateizmem i coraz bardziej natarczywą propagandą dezinformacji społeczeństwa, zamazywania różnicy miedzy dobrem a złem, prawdą a fałszem, uczciwością a kłamstwem, usuwaniem Boga z różnych dziedzin życia publicznego, zeświecczeniem wychowania i nauczania.

Gdy mija obowiązkowa kwarantanna, nałożona przez aliantów, ks. Leon Stępniak wychodzi z obozu i zgłasza się do pracy w obozach przejściowych tworzonych dla Polaków, byłych więźniów. Przez Księdza Biskupa Józefa  Gawlinę, Ordynariusza dla Polaków w Niemczech, 22 sierpnia 1945 r.  został mianowany kapelanem Polaków (3500 osób) w obozie cywilnym w Kolonii  – Etzel. Funkcję kapelana pełnił do 30 października 1945 r. Tak bardzo tęsknił za powrotem do Polski, że gdy pojawiła się taka możliwość, rezygnuje z pracy duszpasterskiej w Etzel             i  1 listopada 1945 r., z grupą 1500 Polaków przekracza granicę Polski. W Szczecinie wita ich orkiestra „Mazurkiem Dąbrowskiego”: po sześciu latach słyszy Hymn Polski! Wzruszenie, radość z powrotu do Ojczyzny, do domu. Ze Szczecina przez Poznań jedzie do Rodziców. Nie zastaje ich  w Bronisławiu, ale spotykają się w Zaniemyślu. Ojciec wrócił do pracy w Banku, w którym jeszcze przed wojną był prezesem Rady Nadzorczej. Rodzice potwierdzają, iż wojnę przeżyły siostry i bracia ks. Leona.

Po wojnie na majątku  w Bronisławiu zamieszkała siostra Irena z mężem Józefem Pachurą.

Służba kapłańska po wojnie

Wraca z bagażem obozowych przeżyć, ale także z zapałem do pracy duszpasterskiej. Należy pamiętać, że wrócił do Polski, w której komunistyczny rząd prześladował Kościół katolicki i jego księży, także tych powracających z niewoli, z obozów. Cokolwiek wykraczało poza modlitwę w kościele – pielgrzymki, remonty, użytkowanie salek katechetycznych, budowa świątyń, prowadzenie szkół, zakładów opiekuńczych, musiało mieć zezwolenie funkcjonariuszy partyjnych. On sam nieraz doświadczył, jak trudno być kapłanem w peerelowskiej Polsce. Inwigilowany przez SB nigdy się nie poddał, nie dał się sprowokować, pragnął służyć Bogu i ludziom.

W grudniu 1945 r., Arcybiskup Poznański Walenty Dymek powołuje go z dniem 1 stycznia na wikariusza w Swarzędzu. Po prawie czterech latach, z dniem 5 maja 1949 r. obejmuje w zarząd kościół parafialny  w Gieczu i Grodziszczu. To były trudne powojenne lata. Parafia była bez światła elektrycznego, wody, ale młody, pełen zapału odbudowywał to, co zniszczyła wojna. Tutaj, tak jak w Swarzędzu, cały swój czas poświęca pracy duszpasterskiej, szybko nawiązuje kontakt z parafianami, a w ich pamięci pozostał na długie lata jako ten, który zawsze miał czas dla każdego z mieszkańców: „Organizowałem pielgrzymki do Częstochowy, mimo szykan ze strony władz komunistycznych. Jeszcze w Swarzędzu poznałem Pana Hofmana, członka chóru kościelnego przy kościele św. Marcina. On doradził mi jak organizować pielgrzymki do Częstochowy. We wniosku o zezwolenie nie pisać do Częstochowy, ale pisać, że wycieczka do Krakowa, Oświęcimia, Wieliczki – zawsze przez Częstochowę. Wtedy dostawałem zezwolenie”.

W lipcu 1960 roku zostaje mianowany administratorem parafii św. Wawrzyńca w Wonieściu, w dekanacie kościańskim. Powstanie kościoła pod wezwaniem św. Wawrzyńca datuje się na XIII wiek. Probostwo w Wonieściu było piękne i obszerne. Ponieważ chory śmiertelnie Ojciec wymagał stałej opieki, sprowadził w 1960 r. rodziców z Zaniemyśla. Niestety, mimo troskliwej opieki Ojciec zmarł jeszcze tego samego roku. Ukochana Matka Pelagia pod troskliwa opieką syna i pani Tereni Blandzi dożyła sędziwego wieku. Zmarła wiele lat później w wieku 86 lat i została pochowana obok męża na miejscowym cmentarzu.

Po szesnastu latach pracy duszpasterskiej w Wonieściu, z dniem 1 lipca 1976 roku zostaje z nominacji Arcybiskupa Antoniego Baraniaka proboszczem kościoła pod wezwaniem Świętego Ducha w Kościanie. Z powodu zagrażającej życiu choroby, a także z obawy, aby nie zaniedbać obowiązków duszpasterskich, na własną prośbę 15 lutego 1977 r. przechodzi na emeryturę. Jako ksiądz senior otrzymał mieszkanie w Domu Katolickim w Kościanie przy kościele Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej.

A oto słowa Metropolity Poznańskiego, Arcybiskupa Antoniego Baraniaka: „Czynię to z żalem. Przedwcześnie odchodzi bowiem od pracy parafialnej kapłan, który przez wszystkie te lata duszpasterskiej posługi odznaczał się zapałem i pracowitością. Łagodne usposobienie i prawość charakteru jednały czcigodnemu Księdzu serca parafian na placówkach wikariuszowskich w Kębłowie i Swarzędzu oraz na stanowisku proboszcza w Gieczu i Grodziszczku, Wonieściu i Kościanie. (…) Żywa wiara była Księdzu Proboszczowi natchnieniem w wysiłkach duszpasterskich, szczególną zaś stała się mocą w dniach cierpienia w obozie hitlerowskim. (…) Znając Jego gorliwość wiem, iż przy polepszeniu zdrowia będzie w miarę sił służył pomocą kapłanom kościańskim.”  Tak też czynił. Swoją wielką duszpasterską pomoc i życzliwość przeniósł także na parafię św. Stanisława Kostki w Szczecinie. W każdą rocznicę wyzwolenia KL Dachau brał udział w pielgrzymce do Kalisza, do św. Jozefa lub do byłego KL Dachau.

W 1995 r. na zaproszenie Międzynarodowego Komitetu Sachsenhausen -Oranienburg ks. Leon Stępniak w Oranienburgu jako celebrans Maszy św. w uroczystych obchodach 50 rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen wygłosił kazanie w języku polskim. W swoim kazaniu nie mówił o obozowych przeżyciach, ale wskazał na organizacje międzynarodowe, które zawiodły, ponieważ nie były zbudowane na autorytecie Bożym:.(…). Pod koniec wojny rozeszła się wieść, że powstaje Organizacja Narodów Zjednoczonych -jako organizacja, mająca w przyszłości zapobiegać wszelkim wojnom. Dziś nie zdaje egzaminu.(…). Św. Franciszek z Asyżu powiedział, że w człowieku drzemie anioł albo bestia. Ojciec św.  Jan Paweł XXIII nawołuje ludzi, aby myśleli i troszczyli się o to, co ich łączy, a nie o  to, co ich dzieli.(…).Historia jest nauczycielką życia. Uważam, że po naszych przeżyciach obozowych lepiej rozumiemy, że krzyż naszego życia należy łączyć z Krzyżem  Chrystusa, aby pod tym znakiem –Polska była Polską, a Polak Polakiem”.

W sierpniu 1978 r. pielgrzymował do Lourdes, by podziękować Matce Boskiej za szczęśliwą operację i całkowite wyzdrowienie.

W dniach od 19 – 27 1990 roku z inicjatywy ks. Leona Stępniaka oraz Kustosza Sanktuarium Św. Józefa w Kaliszu, ks. Ploty odbyła się pielgrzymka kapłanów, byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych do Sanktuarium Matki Bożej Ostrobramskiej w Wilnie oraz do mogił oficerów polskich zamordowanych  w lesie katyńskim.

Z dniem 1 stycznia 1997 r. ks. Arcybiskup Marian Przykucki, metropolita szczecińsko-kamieński, mianował ks. Leona Stępniaka Kanonikiem Honorowym Świętej Kapituły Kolegiackiej  p.w. NMP Królowej Świata w Stargardzie Szczecińskim. W tym samym roku został mianowany Kanonikiem Honorowym Kapituły Katedralnej w Poznaniu.

W październiku 2004 roku kapituła „Wiadomości Kościańskich” wręczyła ks. Leonowi Stępniakowi nagrodę „Za serce”,  a w 2005 r. nadano Mu tytuł Honorowego Obywatela Śmigla.

Ksiądz Leon Stępniak nie zapomina także o czasach swojej posługi kapłańskiej na Ziemi Średzkiej. W 2005 r. wziął udział w uroczystości nadania w Dominowie imienia Jana Pawła II, a w 2009 r. w ramach obchodów 70-lecia swych święceń odwiedził także wszystkie parafie, w których niegdyś pracował, m.in. Giecz, gdzie odprawił Mszę św. Przez wiele lat był wiceprzewodniczącym Komitetu Księży b. Więźniów Obozu Koncentracyjnego w Dachau i wiceprezesem Biuletynu Informacyjnego dla Księży b. Więźniów Dachau (prezesem był śp. ks. Biskup Ignacy Jeż). Prowadził bogatą korespondencję z byłymi więźniami Dachau: śp. misjonarzem Kardynałem Adamem Kozłowieckim z Zambii, śp. misjonarzem ks. Marianem Żelazkiem w Purri (Indie), śp. ks. Miłką –misjonarzem w Japonii. Zawsze służył pomocą b. współwięźniom; organizował pomoc materialną, lekarską, spotkania, pielgrzymki.

Jeszcze do wiosny 2011 r. w każdą niedzielę, gdy pozwalało mu na to zdrowie, o godzinie 13.00 celebrował Mszę św. w  kościele Najświętszej  Maryi Panny Wniebowziętej w Kościanie. Obecnie nadal celebruje Mszę św. w swoim mieszkaniu. Pomimo przeżyć obozowych i trudnych okresów swego życia, ks. Leon Stępniak zachował pogodę ducha` i wiarę w człowieka. Czasy dominacji komunistycznej wymagały szczególnej wrażliwości i mądrości, aby polski Kościół mógł wypełniać swoje posłannictwo religijne i duchowe. W tamtych trudnych czasach był kapłanem odważnym, ale i roztropnym, potrafiącym dobrze odczuwać religijne potrzeby parafian.

 

Pamięć o gehennie polskich kapłanów:

20 sierpnia 1972 r. na zewnętrznej ścianie kaplicy „Śmiertelnego Lęku Pana Jezusa”, znajdującej się na terenie byłego obozu koncentracyjnego, księża polscy, byli więźniowie Dachau- także ks. Leon Stępniak – z biskupami Kazimierzem Majdańskim i Ignacym Jeżem, umieścili tablicę pamiątkową z napisem w języku polskim:

Tu, w Dachau co trzeci zamęczony był Polakiem Co drugi z więzionych tu Księży Polskich złożył ofiarę z życia. Ich Świętą pamięć czczą Księża Polscy – Współwięźniowie”.

Potrzeba przypomnienia przeżyć księży polskich, ofiar obozu w KL Dachau jest tym bardziej uzasadniona, gdyż dopiero w 2000 r. udostępniono publiczności więzienie obozowe, a w 2002 i 2003 r. otwarto ostatnią część Muzeum KL Dachau, ukazującą rozwój obozu od 1933 r. do jego wyzwolenia w 1945 r.

Uroczysty charakter miały obchody 65 rocznicy wyzwolenia KL Dachau. W ich ramach odbyła się m. in. na terenie b. KL Dachau 13-15 maja 2010 r. uroczysta sesja naukowa, podczas której zaprezentowano także życiorys księdza Leona Stępniaka. Jego przeżycia obozowe zostały wpisane do znajdującej się na terenie obozu „Księgi Pamięci-Imiona zamiast Numerów”.

Ksiądz Leon Stępniak jest dziś jedynym żyjącym w Polsce duchownym, więźniem obozu w Dachau, który znalazł się tam już jako kapłan. W 100. rocznicę Jego urodzin wypada podziękować Mu szczególnie serdecznie za to, iż wypełniał – jak tylko najlepiej potrafił – swoje posłannictwo religijne  i duchowe. Warto zarazem raz jeszcze przywołać słowa Św. Bernarda z obrazka prymicyjnego księdza Leona : „Kto kocha Maryję, nie zginie na wieki”.

Anna Jagodzińska z d. Stępniak/bratanica

IPN-KŚZpNP

drukuj