fot. Ojciec Benedykt Pączka Kapucyn

Kto nie uciekł – został zabity

Relacja br. Benedykta Pączka OFMCap z krwawego zamachu jakiego dokonali uzbrojeni selekowcy od 3 do 5 lutego w miejscowości Nzakoun. Bestialsko zamordowano 22 osoby. Spalone domy, ciała zabitych, spustoszenie…Na skutek wielogodzinnej masakry dokonanej w nocy, licząca 3500 mieszkańców osada wyludniła się. Wszyscy w panice uciekali, ale kto nie zdążył uciec, został zabity…

 

* * *

Masakra w Nzakoun, 4 luty

godz: (01:00 – 02:00)

Jest godzina 5 rano, 8 lutego, w miejscowości Ngaoundaye, szybko się przebudziłem i poszedłem do naszej misji w centrum miasta, gdyż od kilku dni nie śpimy tutaj ze względu na niebezpieczeństwo, które jest w naszym regionie. Po kilku godzinach w mojej głowie pojawia się myśl, aby pojechać odwiedzić wioskę Nzakoun, oddaloną 14 km od nas. Podchodzę do mojego proboszcza (środkowoafrykańczyk), pytam i znajduję aprobatę a nawet pomoc, bo chce on także tam pojechać.

Wypożyczamy motor (wlewamy naszą benzynę) i ruszamy – jest 8:30 rano. Po drodze widzimy jeden zniszczony most oraz grupę anti-balaka, która zmierza w naszą stronę. Ludzie, których spotykamy na drodze, którzy widzą nadjeżdżający motor szybko uciekają w brus – a to przecież my, dwóch zakonników ubranych w habity. Wyobraźcie sobie jaka panuje panika. Wystarczy hałas motoru czy samochodu – no i trzeba uciekać.

Po jakiś 40 minutach dojeżdżamy do Nzakoun. Ludzie którzy nas zobaczyli, najpierw trochę niepewni, później nas rozpoznają i zaczynamy.

Trwało to tylko godzinę…

3 lutego w godzinach nocnych (około 24:00) 16 samochodów i 15 motorów uzbrojonych selekowców przyjechało do miejscowości Nzakoun. Wjeżdżając do miasta zaczynają strzelać w powietrze, ludzie w tym czasie są w swoich domach, trwa spoczynek nocny. Ten kto słyszy strzały ucieka, przed siebie w brus. Jest wielka panika, a kto nie.. nie zdążył uciec został bezlitośnie zabity. Selekowcy wchodzili do każdego domu i jeżeli kogokolwiek zobaczyli, zaczynali strzelać, zabijali z zimną krwią, bez żadnych powodów, po prostu strzelali.

4 lutego 2014r. – zginęły 22 osoby. W godzinach 01:00-02:00 w nocy bestialsko zamordowane przez selekę. W tym 8 mężczyzn, 14 kobiet (w tym 5 chłopców, 4 dziewczynki). Widziałem dzisiaj 3 domy, w których ich zabito, w pierwszym 3 osoby, w drugim 5 osób, w trzecim 6 osób. Wchodzę do tych domów i co widzę? Jeszcze łuski z kuli, które leżały na ziemi (mam ich 8 sztuk). Kule zostały w ciałach zabitych, łuski czekały być może na mnie abym je zabrał i pokazał światu. Może to one przemówią, chociaż nie potrafią mówić. W domach jeszcze smród, po krwi, która została na ziemi, kamieniach oraz murach domu. Rozrzucone ubrania oraz bardzo dużo much korzystających z tych oto miejsc, w wiadomych celach. Zaginęła też jedna starsza osoba, której do dzisiaj miejscowi ludzie nie mogą znaleźć. Pewnie gdzieś uciekła i tam już została na zawsze – umierając.

Pytałem czy nie zgwałcono kogoś. Dlaczego w większości zabitych to kobiety? Nie zgwałcono. Tylko zabijano. Być może one (kobiety) wolniej uciekają, niektóre z nich ze strachu zostały w domach, a niektóre razem z dziećmi modliły się, aby nie przyszli. Jednak było inaczej.

Ten horror trwał całą noc – opowiadali ludzie: „Strzelali całą noc. My uciekliśmy z brus”. Wśród ofiar jest także dyrektor szkoły, który oddał swoje życie za tych, którym udało się uciec. On został na miejscu i zginął. Ciała zabitych osób zostały aż do środy, kiedy to seleka opuściła wioskę. Ludzie przychodzili i nie mogli uwierzyć w to co zobaczyli – 25 spalonych domów…!

Później idziemy dalej – ludzie którzy nas oprowadzają pokazują nam spalone domy. Jest ich 25, z całym ich dobytkiem. W tych domach pochowali swoje dobra: motory, rowery, pieniądze i to wszystko co stanowiło jakąkolwiek wartość. Kilka motorów, rowery, garnki, łóżka – to co nie mogło się spalić, zostało. Spłonęło 14 motorów, 5 rowerów. Widzieliśmy też miejsce gdzie seleka paliła dokumenty, dyplomy ludzi, karty chrztu, listy. To wszystko co mogłoby być identyfikacją tych ludzi.

Garnek określający liczbę pogrzebanych…

Tych których zabiła selaka, ludzie pochowali w różnych miejscach, przysypując ich ciała ziemią. Widzieliśmy dwa groby, jeden 4 osobowy, drugi to grób dyrektora szkoły, niedaleko swojej szkoły gdzie pracował. Na grobach położono garnki, w ilości odpowiadającej ilość osób. Przechodząc obok tych grobów był odczuwalny smród ciał, pewnie już rozkładających się.  Seleka została aż do środy 5 lutego. Podczas tych kilkudziesięciu godzin wioska, która liczy około 3500 osób, była wyludniona. Wszyscy uciekli do buszu chroniąc swoje życie. Selaka: kradła, paliła domy, wchodziła do każdego domu, aby zabierać wszystko co pozostawili mieszkańcy tej wioski: kozy, kury, ubrania, buty… dosłownie wszystko.

Dlaczego nie komunikowaliście się z nami? To pytanie zadałem podczas naszego wspólnego spotkania po obchodzie wioski. Odpowiedzieli: „zabrali nam wszystko, w naszych telefonach brak dobrych baterii, duża panika, strach a przede wszystkim nie mieliśmy nikogo aby nas chronił”. I tutaj jest odpowiedz dla tych wszystkich, którzy mają wątpliwości co do naszej obecności, tutaj na miejscu.

List seleki – wtorek 4 luty. We wtorek jeden z generałów będący w konwoju seleki, napisał list (posiadam zdjęcia tych listów) do naszych osób, które chronią miasta, że w środę chcą przejechać nasze miasto kierując się w stronę Czadu. Napisał i zapewniał, że nie będą strzelać, ich przejazd będzie spokojny. Jak później się okazało po ich przejeździe 6 domów w Ngaoundaye zostało spalonych.

Czego w najbliższym czasie potrzebujecie?

„Nie mamy żadnych leków, nasza apteka oraz wszystko co w niej było zostało spalone. Nasze kobiety rodzą na polach, to także jest niebezpieczne. Nasze domy zostały spalone, chcemy je odbudować przed porą mokrą (miesiąc maj). Ukradli nam nasze ubrania oraz wielu z nas straciło nasze środki lokomocji: motory, rowery. Ukradli na agregat prądotwórczy oraz balafon z naszego Kościoła. Potrzebujemy żywności – ukradli nasze plony. Trzy wspólnoty razem. W naszej wiosce mamy 3 wspólnoty, które żyją w dialogu: Kościół Katolicki, Kościół Braci oraz Wspólnotę Boga. Nigdy nie mieliśmy konfliktu ze sobą, żyjemy razem jako bracia i siostry.”

Czy chcecie coś jeszcze dodać? Po chwili jeden z mieszkańców odpowiada:

„Dziękujemy Wam za przyjazd, nikt nas jeszcze nie odwiedził, nikt nie zapytał jak się czujemy, nie mamy żadnych zapewnień, zabezpieczeń, to bardzo ważny gest dla nas samych. Bardzo Wam dziękujemy.”

Ja po chwili dorzucam jeszcze kilka zdań: jeżeli nie ma wojska, nie ma nas kto chronić, musimy sami się organizować i robić coś, aby bezbronni ludzie nie ginęli. Pamiętajcie, aby nas informować o tym coś się dzieję w waszej wiosce. Jeżeli nie macie telefonów, motorów, wyślijcie kogoś na piechotę, aby przybył do nas i nas poinformował, gdy coś się wydarzy, gdzie niebezpieczeństwo będzie blisko. Nie siedźcie przy swoich domach i nie rozważajcie, bierzcie się do roboty, domy czekają aby je odbudować, wasza mała przychodnia zdrowia oraz rodziny – nie zapomnijcie o nich. Musimy być razem w tym czasie smutku i cierpienia. Nasze życie biegnie dalej – trzeba pracować. Zostańcie z Bogiem – wysyłamy prośby do ludzi, aby mogli Wam pomóc. Najpierw leki, a później cała reszta.

br. Benedykt Pączka OFMCap/RIRM

Galeria:

drukuj