Z mikrofonem przy boku Ojca Świętego

Valentiną Alazraki, korespondentką telewizji meksykańskiej w Rzymie, która
towarzyszyła Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II we wszystkich pielgrzymkach
zagranicznych, rozmawia Agnieszka Żurek
 




W jaki sposób zaczęła się Pani przygoda życia, czyli udział z mikrofonem we
wszystkich 104 papieskich pielgrzymkach zagranicznych?

– Już w latach 1974-1975 pracowałam jako korespondentka telewizji meksykańskiej
w Rzymie. W 1978 roku miałam wrócić na stałe do Meksyku. Umarł jednak Paweł VI i
w związku z tym poproszono mnie, żebym została w Rzymie jeszcze miesiąc.
Zostałam więc, aby relacjonować konklawe i wybór Jana Pawła I. Potem wróciłam do
Meksyku. Jan Paweł I wkrótce jednak zmarł. Zatem znowu wysłano mnie do Rzymu,
abym relacjonowała następne konklawe. Kiedy został wybrany Jan Paweł II, szybko
zdaliśmy sobie sprawę, że będzie to pontyfikat zupełnie inny od poprzednich, że
przełamie on wszelkie schematy. Moi szefowie zdecydowali więc, że pozostanę w
Rzymie, aby relacjonować wydarzenia związane z tym pontyfikatem. Wkrótce po
wyborze Papież ogłosił, że w pierwszą pielgrzymkę pragnie udać się właśnie do
Meksyku. Biskupi latynoamerykańscy zaprosili do siebie już Pawła VI. Spotkanie
miało odbyć się w Puebli. Paweł VI nie mógł jednak wybrać się w podróż, ponieważ
był już człowiekiem starszym i schorowanym. Jan Paweł II natomiast zdecydował,
że przyjmie zaproszenie, pomimo że odradzali Mu to wszyscy Jego współpracownicy.
Watykan nie utrzymywał w tym czasie stosunków dyplomatycznych z władzami
Meksyku. Meksyk – mimo że 90 proc. jego mieszkańców stanowią katolicy – jest
także krajem o bardzo laickiej, niemalże antyklerykalnej konstytucji. Papież
powiedział jednak swoim współpracownikom twardo: "Jesteście po to, żeby
rozwiązywać problemy, a nie żeby je mnożyć. Zdecydowałem, że pojadę do Meksyku,
i chcę, żebyście mi pomogli". I udał się w podróż.

Jak Ojciec Święty został tam przywitany?
– Kiedy tylko znalazł się na meksykańskiej ziemi, wkroczył w niesamowitą
rzeczywistość. Już od pierwszej chwili miliony mieszkańców zaczęły wychodzić na
ulice i ustawiać się wzdłuż trasy Jego przejazdu. Papież był tym powitaniem
oczarowany. Zobaczył ludzi bardzo religijnych, mocno zakorzenionych w pobożności
ludowej. Meksykanie towarzyszyli Mu 24 godziny na dobę, przychodzili pod
siedzibę Episkopatu, gdzie Jan Paweł II nocował, śpiewali, tańczyli… Papież
był tym bardzo poruszony. Kiedy wróciliśmy do Rzymu, powiedział mi, że w Meksyku
zrozumiał, w jaki sposób należy być Papieżem. Zrozumiał, że Jego powołaniem jest
być kimś, kto jest blisko ludzi, odwiedza ich tam, gdzie mieszkają, bo przecież
oni nie zawsze mogą pozwolić sobie na to, żeby odwiedzić Go w Watykanie. Papież
powiedział mi wtedy także bardzo ważną rzecz. Jego zdaniem, podróż do Meksyku
"otworzyła Mu drzwi do Polski". Władze komunistyczne nie chciały Go przecież
zaprosić. Przeczuwały, że Jego wizyta może być dla nich zagrożeniem. Podróż do
Meksyku stała się jednak precedensem – Papież odwiedził kraj, z którym Watykan
nie miał na poziomie państwowym nawiązanych stosunków dyplomatycznych. Polska
nie mogła zatem pozostać w tyle. Władze komunistyczne zgodziły się więc w końcu
zaprosić Papieża. Wtedy także wszystko się zaczęło – ta podróż dała początek
narodzinom "Solidarności", a potem zmianom, które rozprzestrzeniły się na całą
Europę Wschodnią. Papież był wdzięczny Meksykowi za otwarcie Mu drzwi do Polski,
za to, że mógł odwiedzić swoją Ojczyznę z orędziem religijnym, ale także dać
Polakom nadzieję, która pozwoliła im podnieść głowy. Pierwsze dwie pielgrzymki
Ojca Świętego – do Meksyku i do Polski, były pielgrzymkami-kluczami do Jego
pontyfikatu.

Jak wspomina Pani swój pierwszy wywiad z Papieżem?
– Byłam bardzo młoda, niedoświadczona, nie znałam protokołu watykańskiego,
tymczasem moi szefowie poprosili mnie o przeprowadzenie wywiadu z Janem Pawłem
II. Podczas audiencji w Auli Pawła VI schowałam się z tyłu i kiedy Papież wszedł
do środka, ja z kolei uciekłam na zewnątrz. Miałam ze sobą sombrero, w którym
schowałam mikrofon. Nie udało mi się jednak ukryć. Papież, opuszczając Aulę,
zobaczył mnie. Towarzyszył mu wtedy francuski biskup, szef protokołu, który
spojrzał na mnie wzrokiem, jakby chciał mnie zabić. Papież natomiast uznał tę
scenę za najzupełniej naturalną i zabawną – jakby nie było nic bardziej
normalnego niż spotkanie w watykańskich ogrodach dziewczyny z rudymi włosami i
mikrofonem schowanym w sombrero.

Później jednak udało się Pani przeprowadzić wywiad z Ojcem Świętym?
– Tak, następnego dnia, już w samolocie, udało mi się w końcu włączyć mikrofon.
Papież mnie zresztą wtedy zapamiętał. W ekipie dziennikarzy podróżujących z
Janem Pawłem II było około 60 osób, a wśród nich tylko dwie kobiety. Na początku
naszej znajomości mówił do mnie zawsze: "Meksyk, Meksyk"… Dopiero z upływem
lat zaczął nazywać mnie "Valentina". Podczas pierwszej konferencji prasowej na
pokładzie samolotu Papież poświęcił dziennikarzom prawie godzinę. Odpowiadał
każdemu w jego ojczystym języku.

Czy były jakieś pytania, których unikał?
– Nie, nigdy, nie unikał nawet trudnych pytań. Na wszystkie odpowiadał. Czasem
żartował – kiedy pytaliśmy Papieża o Jego stan zdrowia, odpowiadał: "Nie wiem,
jak się czuję, nie czytałem jeszcze dzisiejszych gazet".

Jak brzmiało pierwsze pytanie, które zadała Pani Papieżowi?
– Zapytałam Ojca Świętego, czy zna meksykański kult Matki Bożej z Guadalupe i
czy jest on Mu bliski. Papież odpowiedział, że jest Mu bardzo bliski, ponieważ
kult Matki Bożej z Guadalupe i Czarnej Madonny z Częstochowy ma wiele cech
wspólnych. Zarówno Matka Boża z Guadalupe, jak i Madonna z Jasnej Góry zawsze
stanowiły fundamentalny punkt odniesienia dla ludu Bożego – szczególnie w
niełatwych momentach historii, w okresach prześladowań i przeżywania trudności.
Zarówno dla mieszkańców Meksyku, jak i dla Polaków Maryja zawsze była skałą.
Była nie tylko źródłem czerpania sił, ale i miejscem jednoczenia się. Wszyscy
Polacy jednoczyli się wokół Maryi w Częstochowie, a wszyscy Meksykanie – wokół
Matki Bożej z Guadalupe. Jan Paweł II powiedział, że utożsamia się z tym kultem,
że przyjmuje go za swój. I w istocie, kiedy wylądowaliśmy w Meksyku, pierwszym
miejscem, które odwiedził Ojciec Święty, była bazylika Matki Bożej z Guadalupe.
Odmówił tam bardzo piękną modlitwę, w której zawierzył Maryi cały swój
pontyfikat – teraźniejszość, przyszłość, trudne chwile – wszystko. Myślę, że
maryjna pobożność Papieża pozwoliła Mu od razu wejść w komunię z ludem
meksykańskim.

Czy z Papieżem podróżowała zawsze ta sama grupa dziennikarzy?
– Na ogół tak, natomiast zdarzały się rotacje w zależności od tego, ilu
przedstawicieli danego kraju podróżowało z Ojcem Świętym. W ekipie zawsze było
wielu Włochów. W podróż z Papieżem udawali się przedstawiciele około dziesięciu
tytułów prasowych. Podczas kolejnych podróży zdarzało się, że jeśli któryś z
korespondentów uczestniczył w poprzedniej pielgrzymce, w kolejnej był
zastępowany kimś, kto wcześniej nie miał takiej okazji. Ja jeździłam z Papieżem
zawsze, ponieważ byłam jedyną korespondentką meksykańską, a przez wiele lat
także jedyną przedstawicielką Ameryki Łacińskiej.

Czy w tej grupie byli także Polacy?
– Na samym początku – nie przypominam sobie. Z biegiem lat, owszem, ale nie
pamiętam, żeby polscy dziennikarze brali udział w pierwszej pielgrzymce
papieskiej.

Kolejną – po Meksyku – podróżą Papieża była już pielgrzymka do Polski…
– Tak, zapamiętałam ją jako niesamowite wydarzenie. Zawsze będę pamiętać Mszę
św. na placu Zwycięstwa w Warszawie. Był to plac, gdzie wcześniej swoją potęgę
manifestował reżim komunistyczny. Tymczasem teraz nad placem górował ogromny
krzyż. W odprawianej przez Ojca Świętego Mszy św. uczestniczyły rzesze ludzi.
Papież oczywiście głosił Słowo Boże, ale słuchacze rozumieli, że nie było to
orędzie dotyczące jedynie sfery religii. Mówił o potrzebie walki o to, żeby
Chrystus mógł być obecny w polskim społeczeństwie. Było to zarazem orędzie
religijne, jak i próba "obudzenia" ludzi i dania im do zrozumienia, że mają
prawo upomnieć się o prawo do wyznawania swojej religii, mają prawo opuścić
katakumby. Byłam wzruszona widokiem ludzi zgromadzonych na placu. Trzymali w
rękach małe krzyżyki. Kiedy Ojciec Święty przemawiał albo kiedy udzielał
błogosławieństwa, podnosili je do góry. Były to sceny, które mówiły wiele.
Stawało się jasne, że coś zaczyna się dziać.

Jakie jeszcze wydarzenia z tej pielgrzymki świadczyły o tym?
– Ważnym momentem była Msza św. odprawiona w Gnieźnie. Papież w swojej homilii
powiedział wtedy, że Europa musi się zjednoczyć na fundamencie wspólnych korzeni
chrześcijańskich. Było to orędzie prorocze, zapowiadające to, co miało stać się
później. Także Mszę św. w Częstochowie wspominam jako niesamowite wydarzenie.
Pamiętam bardzo wyraźnie samo sanktuarium, ale największe wrażenie wywarła na
mnie pobożność ludzi. Myślę, że religijność polska i meksykańska są bardzo
podobne. Jedyną różnicę stanowi większa powaga Polaków. Meksykanie są bardziej
ekstrawertyczni. Byłam urzeczona sposobem, w jaki Polacy się modlą. Ich wiara
jest bardzo głęboka, bardzo uwewnętrzniona. Umieli słuchać Papieża w wielkiej
ciszy, w ogromnym skupieniu. W Meksyku jest trochę inaczej, wiarę okazuje się
bardziej żywiołowo.

Uczestnictwo w której z papieskich pielgrzymek wywarło na Pani największe
wrażenie?

– Pamiętam Polskę w okresie stanu wojennego wprowadzonego przez generała
Jaruzelskiego. Pielgrzymka Papieża do Ojczyzny w tym okresie była niesamowitym
wydarzeniem. Kiedy widziało się tych dwoje ludzi – Jana Pawła II i Wojciecha
Jaruzelskiego, można było zrozumieć, że oto właśnie toczy się gra o przyszłość
Polski. Przy okazji procesu beatyfikacyjnego Ojca Świętego miałam okazję
rozmawiać z Jaruzelskim. Powiedział mi, że zdecydował się znieść stan wojenny
miesiąc po pielgrzymce papieskiej.

Zapamiętała Pani szczególnie którąś z pielgrzymek Papieża nie do Ojczyzny?
– Była to podróż na Kubę. Z początku wydawała się ona czymś ze sfery science
fiction. Wyobrażenie sobie Fidela Castro uczestniczącego we Mszy św. i stojącego
w dodatku w pierwszym rzędzie, zdawało się czymś nierealnym. Zapamiętałam także
pielgrzymkę do Ziemi Świętej, kiedy Papież powolutku, idąc o lasce, zbliżył się
do Ściany Płaczu i zostawił tam list, w którym prosił o wybaczenie win
popełnionych przez katolików wobec Żydów. Był to niesamowity moment.

Któryś z gestów Ojca Świętego utkwił Pani w pamięci?
– Kiedy myślę o papieskich pielgrzymkach, przychodzi mi do głowy bardzo wiele
obrazów. Bardzo piękne było spotkanie Jana Pawła II z Matką Teresą z Kalkuty,
która zaprosiła go do domu, gdzie przebywali umierający ludzie. Papież ich
błogosławił, pytał Matkę Teresę, na co cierpią, interesował się nimi. Odwiedził
także leprozorium w Kalkucie. Piękna i bardzo symboliczna była także Jego
ostatnia podróż do Lourdes. Ojciec Święty był bardziej chory od osób
odwiedzających to sanktuarium. Tymczasem wszyscy, którzy mieli okazję Go wtedy
zobaczyć, mówili, że od tego starego, schorowanego człowieka, który nie był w
stanie nawet dokończyć celebrowania Mszy św., to oni czerpali siłę. Siłą Jana
Pawła II były także Jego gesty. Umiał połączyć mocny przekaz z odpowiednią
gestykulacją. W jednym geście potrafił zawrzeć treść całej encykliki.

Jak wspomina Pani pracę blisko Ojca Świętego z zawodowego punktu widzenia?
– W wymiarze zawodowym moje doświadczenie dziennikarskie było czymś absolutnie
wyjątkowym, nie do powtórzenia. Podobało mi się to, że Papież doceniał naszą
pracę, zawsze nam za nią dziękował. Miał z nami bardzo dobry kontakt. Potrafił w
czasie oficjalnego powitania przez miejscowe władze na lotnisku puścić do nas
oko, przechodząc – na przykład w towarzystwie prezydenta danego kraju – koło
sektora dla dziennikarzy. Kiedy nie miał już siły wychodzić do nas w czasie
podróży samolotem, zapraszał nas pojedynczo do siebie. Mogliśmy potrzymać Go za
rękę, porozmawiać chwilę, czuliśmy się zawsze traktowani jak konkretne osoby, a
nie numery w ewidencji. Papież po każdej pielgrzymce pamiętał zawsze o tym, żeby
podziękować prasie. Było to dla nas bardzo ważne.

Czy praca w tak bliskim otoczeniu Jana Pawła II zmieniła Panią?
– Pierwsze kilkanaście lat jego pontyfikatu było swoistym "crescendo" z
zawodowego punktu widzenia. Miałam poczucie, że uczestniczę w historycznych
wydarzeniach. Kiedy Ojciec Święty zaczął chorować, otworzył się drugi rozdział
Jego pontyfikatu. Wszystko to, co kiedyś było Jego charyzmatem – głos,
gestykulacja, siła – było Mu stopniowo odbierane. W końcu zostało Mu odebrane
praktycznie wszystko. Z początku uważaliśmy, że jego siła i charyzma zależą od
Jego cech "zewnętrznych". W drugiej części pontyfikatu zrozumieliśmy jednak, że
nie zależała ona od młodości, od stopnia wysportowania, zdolności aktorskich,
sympatycznego usposobienia czy znajomości języków obcych, ale płynęła z Jego
wnętrza. Jan Paweł II stopniowo stał się inwalidą, zaczął jeździć na wózku, w
końcu nie mógł już nawet mówić, a mimo to zachował tę samą siłę – a nawet
powiedziałabym, że ona jeszcze wzrosła. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i
zmieniło mnie.

Zmienił Panią zatem przykład, jaki dawał Ojciec Święty, przyjmując
cierpienie?

– Tak. Jan Paweł II umiał je zaakceptować, a zarazem mimo cierpienia iść
naprzód. Zdobył umiejętność ofiarowywania się bez końca, mimo wszystkich swoich
ograniczeń i mimo cierpienia fizycznego. Mimo że możliwości poruszania i
podróżowania stawały się coraz bardziej ograniczone, nadal chciał przebywać z
ludźmi i dawać im siebie.

Jak wspomina Pani ostatnie dni życia Jana Pawła II?
– Trzy dni przed śmiercią Ojciec Święty był już w domu, leżał, czekał właściwie
na śmierć. Wiedział jednak, że jest środa, dzień audiencji papieskich i że na
placu Świętego Piotra zgromadzili się ludzie, którzy na Niego czekają. Udział w
audiencjach jest planowany z dużym wyprzedzeniem, ludzie przyjeżdżający z całego
świata nie mogli przecież wiedzieć, że tego dnia Papież będzie już umierający.
Ojciec Święty, mając tego świadomość, zdecydował się pokazać w oknie – tylko na
kilka sekund – aby pobłogosławić zgromadzonych na placu ludzi. Byłam tam wtedy –
razem z Meksykanami, Polakami i przedstawicielami innych narodowości, którzy
śpiewali, próbując znaleźć sposób, aby dodać Mu sił. Wyobraziłam sobie wtedy,
jaki wysiłek musiał pokonać Ojciec Święty, żeby wstać z łóżka, z całą aparaturą
medyczną po tracheotomii, sondą do sztucznego odżywiania, ubrać się w strój
papieski tylko po to, żeby na kilka sekund pokazać się w oknie i pobłogosławić
zgromadzonych ludzi. Było to z Jego strony niesamowite poświęcenie i
niewiarygodny wysiłek. Ludzie zgromadzeni na placu byli tym bardzo poruszeni.
Byli Mu także bardzo wdzięczni – zrozumieli, że Papież do samego końca
ofiarowywał im siebie. Wtedy po raz ostatni świat widział Jana Pawła II.

Według mnie, była to najpiękniejsza audiencja Ojca Świętego.
– Tak, cała ostatnia część Jego pontyfikatu bardzo mnie poruszyła – byliśmy
świadkami Drogi Krzyżowej. Kiedy widziało się siłę, z jaką Ojciec Święty
pokonywał swoje ograniczenia, swój ból – było to świadectwo, wobec którego nie
można było pozostać obojętnym.

Jak zapamiętała Pani to, co działo się po śmierci Jana Pawła II?
– Kiedy przypominam sobie Jego pogrzeb, wiem, że żaden reżyser nie byłby w
stanie stworzyć tak niesamowitego spektaklu. Kiedy kardynałowie w czerwonych
szatach zbliżyli się do ołtarza, by go ucałować, i kiedy zerwał się ten silny
wiatr, było to czymś niesamowitym. Podobnie jak moment zamknięcia przez wiatr
Ewangelii leżącej na trumnie z ciałem Jana Pawła II. Bardzo wzruszająca była też
chwila pożegnania Ojca Świętego, kiedy trumna z Jego ciałem była już niesiona w
kierunku bazyliki i kiedy po raz ostatni została przez niosących ją mężczyzn
odwrócona w kierunku placu Świętego Piotra w geście pożegnania. Tych obrazów nie
da się zapomnieć.

Podobnie jak reakcji całego świata, sposobu, w jaki żegnał swojego Pasterza.
W Polsce wzdłuż każdej ulicy Jana Pawła II ludzie gromadzili się i zapalali
znicze – to było wspaniałe.

– Wie pani, co zrobili Meksykanie? Wyciągnęli stary samochód panoramiczny z
pierwszej pielgrzymki papieskiej, wstawili do niego pusty tron i ruszyli w
objazd po całym mieście. Praktycznie wszyscy mieszkańcy miasta wyszli na ulice.
Końcem podróży pojazdu była bazylika Matki Bożej z Guadalupe, wokół której
umieszczone zostały telebimy transmitujące uroczystości pogrzebowe odbywające
się w Rzymie. W ten sposób mieszkańcy Meksyku chcieli powiedzieć Ojcu Świętemu
"do widzenia". Kiedy opowiedziałam o tym ks. kard. Stanisławowi Dziwiszowi,
skomentował to, śmiejąc się: "Tylko Meksykanie mogą coś takiego wymyślić".

Polacy też!
– Rzeczywiście, podczas rzymskich uroczystości nawiązaliśmy także połączenie z
Polską. Widok tych wszystkich ludzi, morza zapalonych świec był niesamowicie
piękny.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj