Wypełniamy Jasnogórskie Śluby Narodu

Na podstawie tekstu
ks. kard. Stefana Wyszyńskiego

Czwartek, 25 maja
Przyrzekamy zdobywać cnoty

Obraz smutny, który wczoraj zaniepokoił serca nasze, był namalowany tylko
dlatego, byśmy nabrali niechęci do tego, co było dotąd złe w naszym życiu.
Odwracamy się odeń z niechęcią. Nie wystarczy jednak nie widzieć zła, nie chcieć
zła! Trzeba czynić dobro. Najlepsze drzewo, jeśli nie rośnie i nie wydaje owocu,
nadaje się na spalenie. Jesteśmy wezwani do czynienia dobrze. Zdrowie narodu
zależy od ilości dobra, które musi przewyższyć zło. Wzywał nas do tego Chrystus:
"Niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli dobre czyny wasze
i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiesiech" (Mt 5,16). I teraz, gdy
patrzy ku nam z monstrancji, zda się powtarzać tę samą zachętę.
W górę serca! Każdy kapłan mówi te słowa od ołtarza, w czasie Mszy świętej.
Kościół nie pozwoli nam stać w miejscu. Należymy do Kościoła, który nigdy nie
mówi nam: dość! Przeciwnie, nawet świętym powie, by uświęcali się jeszcze więcej.
Panuje w Kościele Bożym głód nieustannego postępu. Kościół jest najbardziej
postępową społecznością na ziemi. Zmusza on do postępu nasz umysł – ku prawdzie,
naszą wolę – ku dobru, nasze serce – ku miłości. Wszyscy musimy dobrze wydłużyć
kroku, by nadążyć za Kościołem. Przecież wiecie wszyscy, że Kościół to "świętych
obcowanie"! Zważcie, świętych, a nie grzeszników. A więc naprzód!
[Wyobraź] sobie, że idziesz głębokim tunelem. Gdzieś daleko, daleko błysnęło
światełko. Czemu oglądasz się za siebie? Nic tam nie zobaczysz, tylko ciemność.
Czemu powracasz do grzechu? Przecież już wiesz, że budzi w tobie tylko niesmak
i zawód. Grzech jest strasznie nudny! Ale to światełko, które dostrzegłeś,
ono rośnie, za każdym krokiem potężnieje! Pociąga swym rosnącym pięknem coraz
bardziej! Aż wreszcie wyszedłeś z ciemnego tunelu na pełne światło Boże. Tak
wygląda droga do cnót. Przede wszystkim nie trzeba wracać do grzechów, nie
trzeba ich powtarzać.
A teraz: czyń dobrze! I dziś, i jutro! Powtarzaj z uporem czyny dobre. Pamiętaj,
że każdy czyn dobry dokonany ułatwia następny. Może znasz muzyka, który ćwiczy
na skrzypcach; nieraz cały dzień powtarza ten sam motyw, choćby go grał już
dobrze. Chce zdobyć wprawę. Może widziałeś kiedy malarza, jak szkicuje bez
przerwy na papierze. Każdy niemal nowy szkic jest lepszy od poprzedniego. Widziałeś,
jak pracuje kamieniarz: każde uderzenie dłuta pogłębia rysę i już nie da się
niczym zakleić. Podobnie dobry czyn rzeźbi ci duszę i uzdalnia do nowego. A
każdy następny niesie ze sobą większą radość, łatwiej przychodzi. Podobnie
nabywa się cnoty. Brak ci miłości do Boga – mów często: a jednak Cię, Ojcze,
miłuję! Słabnie ci wiara – proś: Panie, przymnóż mi wiary. Jesteś popędliwy
– trzymaj ręce przy sobie i łatwo przebaczaj. Tak powstają cnoty!
Podjęte zobowiązania nakazują nam zdobywać cnotę: wierności i sumienności,
pracowitości i oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania,
miłości i sprawiedliwości społecznej.
Wierność i sumienność. A naprzód wierność twemu Ojcu niebieskiemu, Chrystusowi
i Jego Kościołowi, wierność łasce chrztu świętego, wierność twemu współmałżonkowi,
wierność twej rodzinie i kochającej cię dziatwie. Wierność twemu powołaniu
i obowiązkom wobec własnej duszy, wobec celu życiowego, wobec bliźnich, wobec
zdolności i talentów.
Sumienność masz kształcić w sobie przez pracę cierpliwą, spokojną, wytrwałą,
raczej długą a dokładną niż pośpieszną a mało wartą. Zbyt wiele jest u nas
dzieł nieskończonych, popsutych – na skutek braku wytrwałości w pracy.
Pracowitość naszą łączmy z oszczędnością. Bo pracujemy wiele, ale więcej zmarnujemy,
niż wypracujemy. Niekiedy dobry zarobek skłania nas do marnotrawstwa i pijaństwa.
Jesteśmy za ubodzy, by źle pracować! Tylko przez oszczędność możemy wyjść z
nizin tej słynnej na cały świat polskiej biedy. Te dwie cnoty, pracowitości
i oszczędności, są nie tylko walorem moralności chrześcijańskiej, ale też są
potrzebne polskiej racji stanu.
Wyrzeczenie się siebie stawiamy na równi z wzajemnym poszanowaniem. A to dlatego,
że tkwi w narodzie naszym jakaś zadra próżności, wyniosłości, pomiatania ludźmi,
zwłaszcza od nas zależnymi. Zbyt wiele jest krzyku i przekleństw w miejscach
pracy i w domach naszych. Zdołamy to opanować, gdy weźmiemy sami siebie w karby,
gdy nakażemy sobie odnoszenie się do każdego człowieka z szacunkiem, a zwłaszcza
do ludzi zależnych od nas. Zwierzchnictwo nie jest władaniem, ale służbą braciom.
Tak ma być w rodzinie – wobec żony i dzieci, tak też ma być w biurze czy w
fabryce. Polacy muszą mieć więcej dla siebie szacunku.

drukuj