Umierał jak Chrystus na krzyżu

Dr Renato Buzzonetti, osobisty lekarz Jana Pawła II:


Widziałem,
jak cierpiał. To był obraz ukrzyżowanego Chrystusa. Jego ciało było
odbiciem Męki, tym wyraźniejszym po Wielkanocy, w której Ojciec Święty
pragnął uczestniczyć mimo dręczącej go coraz bardziej z każdym dniem
choroby. Lecz Papież znosił ją z pogodą ducha, powiedziałbym wręcz, że z
ojcowską czułością i zawsze z wdzięcznością wobec tych, którzy byli
przy Jego łożu. Daleki jestem od ulegania pokusie tego rodzaju porównań,
takie jednak miałem wrażenie w dniach, które spędziłem w pokoju Ojca
Świętego. Choć Jan Paweł II nie mógł wypowiedzieć żadnych słów,
przemawiał spojrzeniem, łagodnością oczu, poddaniem się typowym dla
wielkiego mistyka. To długie, niekończące się milczenie cechowało w
mistrzowski sposób końcową lekcję Jego nadzwyczajnego pontyfikatu.
5
kwietnia 2005 r.

Ks. prof. Tadeusz Styczeń – etyk, uczeń
Karola Wojtyły, twórca Instytutu Jana Pawła II KUL:


W
momencie, kiedy Ojciec Święty skonał, dostrzegłem niezwykły kontrast.
Jeszcze niedawno ten niezwykły ból na Jego twarzy. To skrępowanie
przyrządami, które miały pomóc przedłużyć Mu życie. On, który widzi
swoją wierność Ojcu przez to, że służy, ale służąc, ma prawo, żeby Mu
nie skracać drogi cierpienia do Ojca. Byłem świadkiem, jak podnosił ręce
skowane. Czy nie prosił Ojca: bo jeśli to jest rzeczywiście dość, to
chyba niech moi opiekunowie – jacy dobrzy, byłem tego świadkiem –
rozumieją i to, że ja mam prawo oddać życie, a nie zatrzymywać życie, że
Ty jesteś tym, który rozstrzyga. I te ręce, które oglądał cierpiący
Papież i wysoko podnosił, jak gdyby wołał: „Nie oddzielajcie mnie od
Boga, Stwórcy mojego, nie oddzielajcie mnie od Tego, który jest symbolem
dobrego pasterza, ponieważ ja chcę być do końca według miary mierzonej
przez Ojca mojego”. Ukochane siostry i bracia, ta twarz cierpiącego
uległa, chyba słowo właściwe jest – pojawiła się na niej, jak gdyby z
impulsu Tego, który konając, skonał, ta twarz pojawiła się
nieoczekiwanie jako twarz kogoś uśmiechniętego, skłoniona w stronę
poduszki, która wyglądała – ja wiem? – jak baranek czy owieczka, i
uśmiechnięty w tamtą stronę tak stygnął. Nikt nie śmiał interweniować,
wszyscy czekali z całą procedurą obowiązującą (…).
5 kwietnia 2005
r.

drukuj