Santo subito

Trzy lub nawet cztery miliony, głównie młodych ludzi, i 200 przywódców ze
138 krajów świata 8 kwietnia 2005 roku oddało Janowi Pawłowi II ostatni hołd.
Były to największe uroczystości pogrzebowe, jakie do tej pory oglądał świat.
Transmitowano je w najdalszych zakątkach naszej planety. Kogo żegnano?
Wysłannika Jezusa Chrystusa. Tylko on, 266. Papież, Jan Paweł II, był zdolny
wytworzyć tak wielką, jednoczącą siłę.

Nikt, ale to nikt nie był w stanie tego przewidzieć. Bo oto od dziesięcioleci
media próbują zrównać wiarę z ziemią, a my – jak zauważył przewodniczący
Konferencji Episkopatu Niemiec – "poprzez swoją naiwność i konformizm
"zdradzamy" niedające się niczym innym zastąpić fundamenty naszej religii".
Niemożliwe – z ludzkiego punktu widzenia – wydaje się powstrzymanie
rozprzestrzeniającej się pustyni duchowej. I nagle co widzimy? Umiera Papież, a
świat garnie się pod jego ramiona, rozpostarte przez 26 lat trwania pontyfikatu.
"Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie" – mówił do ludzi, którzy
pogrążeni w modlitwie zgromadzili się przy nim na placu św. Piotra w ostatnich
dniach jego ziemskiego życia.

Moc symboli
Nieraz zadawałam sobie pytanie, jak będzie wyglądała jego śmierć. Wyobrażałam
sobie, że będzie temu towarzyszyć niezwykła dramaturgia. Szczególnie w Niemczech
przez całe lata aż do ostatnich dni jego życia pojawiały się głosy osób chcących
wyreżyserować ten moment. Według nich, "ten stary, schorowany człowiek" powinien
wreszcie abdykować. Jednocześnie zarzucano mu, że rządzi Kościołem zbyt
autorytarnie i nie jest w stanie go prowadzić.
Wiadomo było, że ten Papież całe swoje życie zawierzył Maryi, a jego mottem
stały się słowa "Totus Tuus". Jan Paweł II należał do tych, którzy trwali przy
krzyżu. Przez dwie godziny świat mógł patrzeć na literę "M" umieszczoną pod
krzyżem, jedyną ozdobę wykonanej z prostych cyprysowych desek trumny. Na niej
leżała Ewangelia. Nie w czarnej, ale w czerwonej oprawie, a więc w kolorze
będącym symbolem Ducha Świętego, którego powiew dociera tam, gdzie On sam
zechce.
Nikogo nie zdziwiłoby, gdyby dzień śmierci Jana Pawła II przypadł na 15 sierpnia
lub 8 grudnia. 2 kwietnia mógł być dla wielu rozczarowaniem. Ale tylko na
pierwszy rzut oka. Maryja jest bowiem dyskretna i praktyczna. 2 kwietnia 2005
roku przypadało nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, mające swoją genezę w
objawieniach Matki Bożej w Fatimie w 1917 r., które za każdym razem miały
miejsce trzynastego dnia miesiąca. Od tego czasu trzynastka to Jej liczba.
Maryja prosiła, aby w każdą pierwszą sobotę modlić się o nawrócenie grzeszników.
W godzinę śmierci Ojca Świętego odprawiana była właśnie Msza św. w wigilię
Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Poprzez beatyfikację Siostry Faustyny, która
otrzymała polecenie, aby na nowo ogłosić całemu światu cud nieskończonego
miłosierdzia Bożego, Jan Paweł II podniósł znaczenie Białej Niedzieli po
Świętach Wielkanocnych do rangi Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Przesłanie
godziny śmierci Jana Pawła II w sobotę oktawy wielkanocnej jest przesłaniem
całego jego ziemskiego życia: nawracajcie się, módlcie się i zawierzcie
miłosierdziu Bożemu, a dostąpicie zmartwychwstania do życia wiecznego.

Woda na pustyni
We wtorkowy wieczór stoję w tłumie, który watykańskimi ulicami wije się w
kierunku placu św. Piotra. Kilka kroków do przodu, potem pół godziny w miejscu.
Kolejne kilka metrów i znów długi postój. W tym trwającym całe godziny marszu
myślałam o słowach psalmu: "Rozdarł skałę i spłynęła woda, popłynęła w pustyni
jak rzeka" (Ps 105, 41). W głowie kłębiły się pytania: Czyż nie załamała się
nasza wiara? Czy nie pustoszeją kościoły? Czy seksualne bagno na wskroś nie
przenika naszego społeczeństwa? Czy młodzież ma jeszcze siłę i chęć, aby na nowo
kształtować kulturę życia? Teraz miliony młodych ludzi tłoczy się, aby móc
pokłonić się przed ciałem Papieża, który wzywał świat do świętości i sam żył jak
święty.
"Nie lękajcie się być świętymi trzeciego tysiąclecia" – wołał do młodzieży,
którą w roku jubileuszowym zaprosił do Rzymu na Światowy Dzień Młodzieży. Po to,
aby ludzie ze wszystkich regionów świata mogli zobaczyć, jak dążyć do świętości,
ogłosił 1268 nowych błogosławionych i 483 świętych. Jak dotąd żadne inne
przesłanie, żadna gwiazda tego świata, za życia lub po śmierci, nie była w
stanie przyciągnąć tylu młodych ludzi.
W tłumie żałobników daje się słyszeć szmery, przytłumione rozmowy oraz Różaniec,
odmawiany po włosku, polsku, niemiecku. Żadnych przepychanek, żadnych krzyków.
Zamiast tego poważne i skupione ludzkie twarze. Od czasu do czasu ktoś z boku
poda butelkę z wodą. Nikt nic nie je.
Matka Boża w Fatimie wzywała do pokuty. Ale łaknące rozrywki społeczeństwo
zatraciło gdzieś nie tylko zachęcające do tego słowa, ale i ducha. Jednak teraz
w tym miejscu tę pokutę dobrowolnie podjęto. I to w niebywały sposób. Kiedy w
końcu o drugiej w nocy udaje nam się dotrzeć w okolice placu św. Piotra,
słyszymy, że bazylika od drugiej do piątej rano będzie zamknięta. Nikt nie
protestuje ani nie szemrze. Dla mnie oznacza to jedno: mimo wszystko czekać. Dla
innych: wytrwać pomimo wilgotnego chłodu nocy, aby od piątej dalej krok po kroku
posuwać się do celu. Postanawiam jednak przyjść nazajutrz. Wolno mi stanąć w tym
samym miejscu, co minionej nocy, i po trzech godzinach docieram wreszcie do
bazyliki.
Mogę go zobaczyć. Przez całe dziesięciolecia jego tryskająca życiem twarz była
świadectwem tego, że Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Teraz nie ma go
pośród nas. Umarł. A my na wszelkie sposoby staramy się ukryć śmierć i chcemy o
niej zapomnieć. Śmierć jest dla na czymś, co zakłóca nasz spokój, psuje zabawę i
zmusza do zadawania trudnych pytań, których wolelibyśmy uniknąć. A tymczasem
wystawione na widok publiczny ciało Jana Pawła II całymi dniami woła do świata:
Memento mori! Pamiętaj, że umrzesz! W 1980 r. w swoim testamencie napisał:
"Dzisiaj pragnę (…) dodać tylko tyle, że z możliwością śmierci każdy zawsze
musi się liczyć. I zawsze musi być przygotowany do tego, że stanie przed Panem i
Sędzią – a zarazem Odkupicielem i Ojcem. Więc i ja liczę się z tym nieustannie,
powierzając ów decydujący moment Matce Chrystusa i Kościoła – Matce mojej
nadziei". Ta świadomość stała się dla niego skałą, której nie zdołał skruszyć
upływ czasu.
Przyglądam mu się, łzy cisną mi się do oczu. Klękam, po czym prawie natychmiast
ktoś popycha mnie dalej. Nagle zrobiło się bardzo tłoczno. Przy bocznym ołtarzu
można zatrzymać się na dłużej. To okazja do spokojnej modlitwy. Modlę się więc
za Papieża, który odszedł, i tego, kto go zastąpi. Jednocześnie pytam Jana Pawła
II, co mam robić, aby wzeszło ziarno, które zasiał.
Ludzie, zapytani o przyczyny swojej obecności, odpowiadają: "Nie wiem. Po prostu
musiałem tu przyjść". Moja odpowiedź brzmi: Czuję, że czasy, w których żyjemy,
stawiają nas w obliczu problemów, z którymi nie jesteśmy w stanie sobie
poradzić. Piętrzą się przed nami jak górskie szczyty. Prawda i kłamstwo, dobro i
zło uległy całkowitemu pomieszaniu i wynaturzeniu. Ale żył pośród nas człowiek,
który dał świadectwo prawdzie, który stał się sumieniem i znakiem sprzeciwu dla
świata. Sam był bez skazy. Integralny. Postępowy w kwestii polityki pokojowej,
nieznośnie konserwatywny w kwestii moralności. Rozdarci byli ci, którzy odeszli
od swojego Stwórcy, przez co ich rozum, serce i ciało znalazły się w stanie
wojny. Walczono z nim, ponieważ rujnowany przez grzechy świat nie chce się do
tych grzechów przyznać. Był kochany, ponieważ każdy, kto go spotkał, nawet jeśli
nazywał się Fidel Castro, mógł się przekonać, że ten człowiek wcielał w swoim
życiu najszlachetniejszy chrześcijański ideał: nienawidzić grzechu, a
jednocześnie kochać grzeszników. To on, Papież, jest arcykapłanem, budowniczym
mostów pomiędzy Bogiem a ludźmi, przedstawiającym Bogu wszystkie nasze słabości
i proszącym o Jego miłosierdzie. I to on, Jan Paweł II, był latarnią nadziei w
świecie tonącym w morzu strachu i depresji. Jego dłoń ten świat osłaniała i
chroniła.

"Jestem szczęśliwy"
Teraz nie żyje. Przez całe lata swojego ziemskiego życia dawał nam czas, żebyśmy
mogli się do niego choć na moment zbliżyć. Dla tych, którzy chcieliby umrzeć
możliwie jak najpóźniej, w dobrym zdrowiu, szybko i bezboleśnie, ponieważ
uważają, że wszystko, co najlepsze, już ich spotkało, jego postępująca choroba
była prowokacją. Światowa opinia publiczna musiała patrzeć, jak człowiek, który
jak nikt inny dotąd zanosił radosną nowinę na wszystkie krańce świata, sam nie
mógł chodzić; jak jego piękna, cudownie ludzka twarz stopniowo stygła na kształt
maski i tylko oczy potwierdzały jego nieustanną duchową obecność; jak ten, który
poprzez swoje słowa objaśniał nam znaki naszych czasów, nie mógł więcej mówić.
Ale mógł błogosławić i czynił to jeszcze na dwa dni przed swoim odejściem. Wtedy
też pokazał nam swoją twarz, na której odbite były ból i cierpienie.
Do ostatniej chwili pozostał wierny swojemu nieziemskiemu, wykraczającemu poza
ludzką rzeczywistość posłaniu. Dał całemu światu do zrozumienia, że tylko do
Boga, Pana życia i śmierci, należy również władza nad urzędem Jego ziemskiego
wysłannika. Kiedy nie można mu było zarzucić, iż nie postępuje według tego, co
naucza, krytykowano go za to, że żyje zgodnie z tym, co głosi. Był jeszcze w
stanie wypowiedzieć tylko jedno krótkie zdanie: "Jestem szczęśliwy. I wy też
bądźcie". Był szczęśliwy, gdyż wiedział, że już tylko godziny dzielą go od
momentu, gdy jako Karol Wojtyła spotka twarzą w twarz samego Jezusa Chrystusa i
Jego Matkę, którą tak żarliwie kochał. "Czyńcie, cokolwiek wam powie" – tak
brzmi przesłanie Maryi kierowane do ludzi. Co ono oznacza w kontekście problemów
naszych czasów, Jan Paweł II wyjaśnił nam w swoich listach i encyklikach. Są one
drogowskazami, jak od kultury śmierci można przejść do kultury życia.
A co mówi Jezus? On mówi: "Pójdź za mną!". Wezwanie "Sequimi" stało się
dopełnieniem homilii wygłoszonej przez ks. kard. Josepha Ratzingera, ówczesnego
dziekana kolegium kardynalskiego, podczas Mszy Świętej żałobnej na placu św.
Piotra. Egzekwie, jak określa się Mszę Świętą sprawowaną w intencji zmarłych, są
balsamem dla duszy, który poprzez rytualną ceremonię pozwala przejść od żałoby i
pożegnania do nadziei. Czy ktoś, kto stoi tu, na placu św. Piotra, lub w
jakimkolwiek innym zakątku świata dzięki ekranom uczestniczy w pogrzebie Ojca
Świętego, może nie dostrzec tej wielości niebiańskich wydarzeń?
"Sequimi!". Kto pozwoli, żeby dotarło do niego to wezwanie, w którym zawarte
jest wołanie Ojca Świętego z początków jego pontyfikatu: "Nie lękajcie się",
temu spełni się też wypowiedziane słabnącym głosem polecenie: "Jestem
szczęśliwy. I wy też bądźcie!".

tłum. BR

 

Gabriele Kuby

 


Gabriele Kuby jest socjologiem i pisarką. Urodziła się w 1944 r. w
Konstancji. Studiowała socjologię na uniwersytetach w Berlinie i Konstancji u
prof. Ralfa Dahrendorfa. Brała udział w ruchu studenckim. Przez dwadzieścia lat
była tłumaczem. W roku 1997 po długich poszukiwaniach nawróciła się na
katolicyzm. Napisała książkę poświęconą skutkom rewolucji seksualnej z 1968 roku
zatytułowaną "Rewolucja genderowa. Nowa ideologia seksualności". W 2003 roku ks.
kard. Joseph Ratzinger, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, poparł w
pełnych uznania słowach jej książkę "Harry Potter – dobry czy zły?", krytykującą
zjawisko tzw. potteromanii i ostrzegającą przed jego skutkami. Jest matką trojga
dzieci.

 

drukuj