Refleksje eurosceptyka

Mam przed sobą tekst Karty Praw Podstawowych, a najpierw samą preambułę. Szukam w niej prawdy i logiki. I potykam się już na pierwszym słowie. Czytam: „Narody Europy, tworząc między sobą coraz ściślejszy związek…”. Otóż te „narody Europy” nie były pytane o zdanie, tylko pewni politycy, zatrudnieni w pewnych rządach, postanowili stworzyć jedno państwo europejskie, zwane „Unią”.

Ponadto nie jest prawdą, że „Narody Europy tworzą między sobą coraz ściślejszy związek”, tylko pomnażają się więzy ekonomiczne i administracyjne, stwarzające złudzenie zjednoczenia, oparte na mnożących się dokumentach i traktatach. Są to więzy wzajemnego uzależnienia i powtórnego wasalstwa słabszych wobec silniejszych. Nikt nie powie, że narody ujarzmione przez Związek Sowiecki czuły się wzajemnie związane ze względu na fakt niewolniczego poddania władzy totalitarnej. Narody, aby mogły autentycznie zacieśniać wzajemne więzy odpowiadające ich naturze i powołaniu, muszą najpierw odzyskać swoją tożsamość i cieszyć się pełną suwerennością. Tymczasem narody Europy po tragicznym okresie rewolucji hitlerowskiej i leninowskiej, po długim okresie niewolnictwa komunistycznego, zanim w pełni otrząsnęły się z pozostałości tamtej niewoli, już wpadły w sidła nowego, „jedwabnego” totalitaryzmu, czyli „demokracji” pozbawionej podstaw moralnych. Wygląda na to, że ktoś zaplanował najpierw zburzenie moralnych podstaw życia społecznego i politycznego, aby następnie zalegalizować stan pustki duchowej i uznać ją za podstawę stworzenie nowego ładu w Europie. Twórcy „Nowej Europy” bowiem nie martwią się tym, że życie społeczne i polityczne toczy się zupełnie poza ramami moralności odpowiadającej godności człowieka i budują „pokojową przyszłość” na gruzach cywilizacji zbudowanej przez chrześcijaństwo, odgrzebując z powojennego gruzowiska kulturowego jakieś nieidentyfikowalne „wspólne wartości”. Jedyną konkretną „wartością” wśród tych wspólnych elementów jest niewątpliwie wspólny rynek i wspólna waluta, pełniąca rolę najwyższej wartości. Cóż to są za „wartości”, które pojawiają się poza porządkiem moralnym, wpisanym przez Boga w samą naturę ludzką? Nic nie jest prawdziwie wspólne, jeśli nie wypływa z tego samego źródła, z którego pochodzi istnienie człowieka, istnienie rodziny i narodu i ich transcendentne powołanie realizowane przez uczestnictwo w Tym, który jest Stwórcą i Odkupicielem człowieka.

To wyrażenie „narody Europy” napisano ku pociesze naiwnych, którzy sądzą, że te narody będą miały coś do powiedzenia w całym tym interesie, któremu na imię Europa. Bo zaraz w kolejnym zdaniu znika pojęcie „narodu” i pojawia się jak deus ex machina święta „Unia”. Nic nie wiadomo, aby między tymi podmiotami istniała jakaś więź tożsamości ontycznej, moralnej czy prawnej. Unia jest samozwańczym tworem politycznym, który usiłuje sobie podporządkować „narody Europy” pod fałszywym pretekstem, jakoby one właśnie tego chciały. Nie nastąpiło jednak nic takiego, co by wskazywało na to, że „narody Europy” przestały istnieć i że powstało coś nowego zamiast prawdziwych narodów, co nazywa się Unią. Jakim prawem w kolejnych zdaniach preambuła orzeka o Unii jako podmiocie jedynym i nadrzędnym, decydującym o istocie i strukturze prawa obowiązującego w Europie? W pewnej dyskusji specjalistów (wkrótce po uchwaleniu Karty) wysunięto ten zarzut, że „Unia jako organizacja międzynarodowa, nie może przyjmować Karty jako dokumentu dla siebie samej”. Jeden z ekspertów (prof. Mariusz Muszyński) stwierdził, że „politycy Unii i sama Unia nie posiadają odpowiedniej legitymacji, aby taki dokument przyjąć. Legitymacja unijna ma charakter wtórny, wynikający z ustaw ratyfikacyjnych. Stąd twierdzenie, że Unia jest tworem o charakterze egzystencjalnym. Gdyby została przyjęta konstytucja, twór ten nabrałby wymiaru funkcjonalnego, a to z kolei stoi w sprzeczności z ustawami zasadniczymi państw członkowskich. Muszyński jako potwierdzenie swojej tezy podał przykład wyroku Niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, który powołując się na art. 23 konstytucji niemieckiej, określił Unię Europejską jako związek państw, a nie państwo” (Centrum Stosunków Międzynarodowych, Karta Praw Podstawowych – początek drogi do konstytucji europejskiej? – Omówienie dyskusji… Raporty i analizy, 10/01, s. 6).

Tymczasem sformułowania przyjęte w preambule wskazują, że Unia antycypuje fakt ustanowienia „państwa unijnego” (europejskiego) i sama nadaje sobie prawa i sama czyni się podmiotem władzy absolutnej. Stąd, jeśli w analizie preambuły powinno się znaleźć pytanie o to, co jest źródłem prawa w tym nowym tworze politycznym, to odpowiedź musi brzmieć: sam tenże twór polityczny jest dla siebie źródłem prawa. Jeżeli więc preambuła odwołuje się (obłudnie) do pluralistycznie pojętej tradycji kulturowej Europy, to de facto mamy tu do czynienia z jedną wyłącznie tradycją, to jest heglowską, która państwo czyni absolutem. Tradycja ta sięga korzeniami do tzw. oświecenia i do rewolucji francuskiej jako jego owocu, a więc do ideologii, która cynicznie odrzuca Boga i Jego prawo, aby na tym miejscu postawić człowieka jako jedyny autorytet. Tak więc Unia, która sama siebie czyni źródłem prawa, jest samozwańczym autorytetem i z tego powodu ma wszelkie znamiona tyranii absolutnej. Jest to poniekąd nieświadome nawiązanie do starej tradycji pogańskiej wyrażonej w formule „quidquid principi placuit, legis habet vigorem”, która uzyskiwała szczególny splendor w kontekście praktyki ubóstwiania władców. Czyżby Unia pretendowała do boskiej godności? Byłaby to jakaś reminiscencja rewolucji francuskiej i zainaugurowanego wtedy „kultu mądrości” w postaci pewnej niewiasty nieokreślonych obyczajów?

Cała filozofia wartości, jaka pojawia się w treści preambuły, jest nieokreślona i niespójna, ponieważ, jak to wykazali znawcy problemu, cała kategoria wartości jest obciążona subiektywizmem i relatywizmem i pomimo wszystkich wysiłków jej twórców, nie da się zweryfikować jako wyraz obiektywnego porządku moralnego. Wydaje się, że po to lansuje się to pojęcie „wartości”, aby dać człowiekowi złudzenie „szlachetności obyczajowej” pomimo realnego rozmijania się z prawem moralnym. Jest to oczywiście niesłychanie zgubny chwyt psychologiczny, godny pierwszego kłamcy i kusiciela z raju. Ostatecznie można się zgodzić, że pojęcie „wartości” w sensie potocznym ma jakieś zastosowanie do rzeczywistości Unii; jest to przecież jakiś twór, który funkcjonuje dla pożytku pewnych firm przemysłowych i handlowych, daje zatrudnienie tysiącom biurokratów, daje możliwość awansu tysiącom polityków i klakierów, stwarza wygodny parawan dla snobistycznych i zżeranych ambicją dziennikarzy, odgrywa jakąś rolę na światowej arenie „między wschodem i zachodem”, między wojną i pokojem, między sprawiedliwością a przestępstwem. Ale czy przez to samo Unia da się utożsamić z wartością moralną, to jest taką, która sama przez się czyni człowieka dobrym moralnie? W odpowiedzi na to pytanie można się tylko uśmiechnąć.

Twierdzenie, że Unia jest wartością oraz że „jest zbudowana na wartościach”, jest nieporozumieniem, o ile nie jest po prostu kłamstwem. Unia jest tworem politycznym, który z istoty swojej wpisuje się w porządek prawny. Konsekwentnie – Unia, o ile ma być rozumiana jako twór sensowny, musi być rozumiana jako twór podporządkowany prawu o randze wyższej niż wszelkie prawo, które sama ma ambicję stanowić. A jeżeli Unia nie chce być poddana prawu o wyższej randze, wtedy jest tworem bezprawnym, samozwańczym, nieróżniącym się od innych tego typu tworów o proweniencji rewolucyjnej, ze Związkiem Sowieckim na czele. W jaki sposób preambuła może twierdzić, że „Unia… opiera się na zasadach demokracji i państwa prawnego”, jeśli nie uznaje tej podstawy prawnej, na której opiera się wszelka forma politycznej aktywności, czy to demokratycznej, czy niedemokratycznej, na przykład monarchicznej? Unia, jeśli miałaby mieć jakąkolwiek rolę do spełnienia, to taką, aby pozostawała w służbie godności i praw człowieka i w służbie tych praw, na których opiera się godne człowieka współżycie społeczne. Unia powinna stać na straży demokracji w tym sensie, że strzeże praw osoby ludzkiej, praw rodziny i praw narodów, jako zakorzenionych w transcendentnej godności osoby ludzkiej, noszącej w sobie obraz i podobieństwo Boże. Tymczasem Unia stawia siebie na piedestale absolutu, a „jednostkę” ludzką uszczęśliwia przez to, że nadaje jej „obywatelstwo Unii”. „Jednostka ludzka” nie jest tu traktowana jako osoba, lecz jako składnik masy-zbiorowości demograficznej poddanej administracji Unii.

Kłamstwem jest twierdzenie, że „Unia jest zbudowana na niepodzielnych, powszechnych wartościach godności ludzkiej, wolności, równości i solidarności”. Unia nie jest na tych wartościach zbudowana: Unia szermuje tymi terminami, żongluje tymi „wartościami”, które sobie przywłaszcza bezprawnie, odrywając je od ich oryginalnego źródła, którym jest tajemnica stworzenia i odkupienia, przywracająca ludzkości jej prawo do pełnego istnienia przez ponowne wszczepienie w Chrystusa. Unia nie ma prawa przywłaszczać sobie tych „wartości” i powinna się przyznać, że zostały one bezprawnie zabrane chrześcijaństwu. Nie są to „wartości”, lecz są to ontyczne właściwości określające sposób istnienia ludzkości; tego istnienia, które ma wymiar transcendencji i dlatego nie może podlegać żadnej władzy politycznej, nawet władzy Unii Europejskiej. Unia bowiem nie ma żadnych danych gwarantujących właściwe rozumienie treści tych właściwości natury ludzkiej, ani tym bardziej nie jest w stanie zagwarantować ich respektowania. Warunkiem, aby te właściwości antropologiczne były prawdziwie rozumiane i skutecznie strzeżone, byłoby rozporządzanie pełną wiedzą na temat istoty człowieka jako osoby i powszechnej wspólnoty ludzkiej, która w historii uzyskała jedyną konkretną formę aktualizacji, mianowicie w formie Kościoła katolickiego, czyli Chrystusowego. Tu jest pełna prawda ludzkości: tu objawia się definitywne źródło godności i wolności człowieka, tu urzeczywistnia się pełne powołanie człowieka w wymiarze osobowym i wspólnotowym. Tymczasem Unii tak daleko do takiej pełnej prawdy antropologicznej, jak od ziemi do nieba. Co więcej, że żadna z tych wartości, które uroczyście deklaruje Unia, nie jest prawdziwie szanowana i nie ma ani jednej, która nie byłaby cynicznie gwałcona. Bo na przykład godność ludzka nie jest wystarczająco szanowana i chroniona, jeśli nie jest równocześnie afirmowana jako świętość i nietykalność na poziomie osoby, na poziomie rodziny i na poziomie narodu, w całym wymiarze istnienia cielesno-duchowego, kulturowego, społecznego. Tymczasem obciążenie przesądami materializmu, laicyzmu, sekularyzmu, relatywizmu i „poprawności politycznej” sprawia, że Unia nie liczy się z niczym, co kojarzy się z godnością osoby, świętością życia, nietykalnością ciała jako świątyni Bożej (co przypomniał Benedykt XVI w uroczystość Niepokalanego Poczęcia, upominając się o świętość i nietykalność ciała dzieci). Unia nie liczy się ze świętością i nietykalnością posłannictwa rodzicielskiego, godnością i nietykalnością osoby ludzkiej i jej prawa do życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Jak inaczej rozumieć, że Unia toleruje rozwody, prostytucję, wolną miłość, związki będące karykaturą małżeństwa i drwiną wobec Bożego planu dotyczącego udziału człowieka w tajemnicy stworzenia, toleruje i popiera aborcję, antykoncepcję, dzieciobójstwo i eutanazję? Dzieje się to między innymi dlatego, że cała teoria praw człowieka i „wartości”, na których opiera się Unia, jest pełna wewnętrznych sprzeczności i absurdów; ale o tym może kiedy indziej (jak powiedzieli Grecy św. Pawłowi na Areopagu). I my mamy tę mierzwę duchową przyjąć i łykając, udawać, że to sama słodycz?

Ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj