fot. pixabay.com

Red. M. Rutkowska w „Naszym Dzienniku”: Czy Kościół, dając tak szerokie pole do działania środowiskom lewicowym, własnymi rękami nie kręci bicza na swoją głowę?

Do przeprowadzenia swoich pomysłów rewolucjoniści potrzebują w Kościele władzy i mediów. Te ostatnie mają od dawna – nieważne, że niszowe, zawsze bowiem mogą liczyć na gościnne łamy „Gazety Wyborczej” i wsparcie Agory (tak jak „Tygodnik Powszechny”). A przyczółki władzy właśnie zdobywają w Fundacji Świętego Józefa, z której chcą uczynić taran dla przeprowadzania zmian w Kościele, przejęcia kontroli nad biskupami – wskazuje w „Naszym Dzienniku” w artykule pt. „Bicz na Kościół” red. Małgorzata Rutkowska.

Całe sobotnio-niedzielne wydanie „Naszego Dziennika” można zobaczyć [tutaj].  

***

Bicz na Kościół

W cieniu szoku związanego ze stanem epidemii niepostrzeżenie następuje gwałtowna reaktywacja środowisk określających się jako „lewica katolicka”. Jeszcze niedawno wydawało się, że koncept Kościoła otwartego poniósł sromotną klęskę, że został skompromitowany, ale okazuje się, że właśnie dostał nowe życie. Niestety, wygląda to na zaproszenie do naszej wspólnoty katolickiej konia trojańskiego, który wcale nie ukrywa, że jego celem jest rozsadzenie od środka Kościoła, jaki znamy i kochamy.

Na zlecenie i za środki powołanej przez Konferencję Episkopatu Polski Fundacji Świętego Józefa tzw. Inicjatywa „Zranieni w Kościele” rozesłała w tym miesiącu do wszystkich parafii plakaty stawiające znak równości między każdym księdzem a pedofilem. Co łączy gremia stojące za tą bulwersującą akcją? Osoba Marty Titaniec, prezes Fundacji Świętego Józefa, członka zarządu warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, zespołu Laboratorium „Więzi” (think tanku tego środowiska), aktywistki wielu przedsięwzięć charytatywnych, ale przede wszystkim Inicjatywy „Zranieni w Kościele”, utworzonej przez KIK w Warszawie, Laboratorium „Więzi” i Fundację Pomocy Psychologicznej Pracownia Dialogu. „Z satysfakcją przyjmujemy, że KEP docenia nasze działania” – tak Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi”, komentował wybór Titaniec na prezesa Fundacji.

Znamienne, że za pierwszym razem księża biskupi w głosowaniu odrzucili jej kandydaturę, dopiero na następnym zebraniu KEP została ona zaakceptowana. Nic dziwnego. Titaniec sama mówi o sobie, że chciała odejść z Kościoła, który stał się dla niej „przeszkodą”. Została, żeby „zmieniać” go razem z Inicjatywą „Zranieni w Kościele”.

Antyklerykałka i feministka. Jak może być w katolickiej, kościelnej fundacji osoba antyklerykalna? – słyszę od osób, które współpracowały z Martą Titaniec przy projektach charytatywnych.

Wojująca feministka

Marta Titaniec prezentuje typowe poglądy lewicy, poczynając od masowego sprowadzania migrantów po domaganie się teologii feministycznej i Kościoła „zreformowanego” na modłę feministek.

„Gdyby ci ludzie tutaj przyjechali, to wierzę, nie wydarzyłoby się nic z tego, co mogliśmy zobaczyć w innych krajach” – krytykowała decyzję rządu Zjednoczonej Prawicy o zablokowaniu kwotowej migracji, na którą zgodziła się w 2015 r. Platforma Obywatelska i PSL.

„Polskę na to stać, z punktu widzenia finansowego, ale też moralnego” – Titaniec nie dostrzega żadnych zagrożeń związanych ze sprowadzaniem obcych kulturowo i religijnie migrantów. Brak akceptacji polskiego społeczeństwa dla polityki otwartych drzwi wobec fali migracyjnej obraźliwie nazywa paranoją i „lękami, które zbudowały na przykład z uchodźców masę terrorystów. Te lęki nas ograniczają, bo koncentrują nas na naszych paranojach, bez konfrontacji z rzeczywistością”.

Deklaruje się jako feministka. „Jestem kobietą, więc jestem też feministką. Dla mnie to naturalne. […] Co jest złego w tym, że chcemy jako katoliczki mieć wpływ na kształt mojego Kościoła? To moja definicja bycia feministką w Kościele” – mówiła w rozmowie z portalem Deon. Titaniec razem m.in. z Zuzanną Radzik z „Tygodnika Powszechnego”, znaną z proaborcyjnych poglądów, pracuje nad powołaniem feministycznej Fundacji Tekla.

„Chcemy działać na rzecz Kościoła równych sobie kobiet i mężczyzn: słuchającego, służebnego i równościowego” – zapowiada Titaniec, ujawniając swoje genderowe poglądy. Powtarza: „Chcę wreszcie Kościoła ’Magnificat’, a nie tylko różańca”. Jak wynika z tego feministycznego bełkotu, Maryja ma być traktowana nie jako pokorna Służebnica Pana, ale jako rewolucjonistka, która burzy społeczny porządek.

Na razie (to pewno tzw. mądrość etapu) pani prezes nie domaga się kapłaństwa kobiet, ale powierzenia paniom formalnej funkcji szafarza Eucharystii już tak. Chciałaby też, żeby kobiety mogły prowadzić nabożeństwa pogrzebowe.

„Gdyby takie kobiety, które mają odpowiednie predyspozycje i narzędzia, miały odpowiednie miejsce i zostały ’zagospodarowane’, to mogą pokazać inny obraz Kościoła” – peroruje.

Na pytanie prowadzącej rozmowę dziennikarki Deonu o to, „jak dziś mówić o płci kształtowanej społecznie, jeśli katolickie rodziny na każdym kroku słyszą, że gender to zło”, Marta Titaniec nie ripostuje, że: tak, gender to zło; nie odcina się od destrukcyjnej ideologii. Odpowiada natomiast, że należy tłumaczyć, „że wychowanie do wolności – gdy zerkam retrospektywnie na swoją rodzinę – kosztuje, ale jest czymś ważnym”. Innymi słowy: afirmuje gender – w imię wolności: rób, co chcesz, a więc wybieraj sobie dowolnie płeć kulturową.

Bardzo nie podoba się pani Titaniec system władzy w Kościele, bo oddaje rządy w ręce mężczyzn.

„Dlatego tak bardzo brakuje mi kobiet w tym systemie władzy, tego dialogu płci” – opowiada.

Z wyczuwalnym zawodem przyjęła adhortację „Querida Amazonia”, bo „Franciszek nie dotknął w tym dokumencie mocniej kwestii viri probati i roli kobiet”.

„Jeśli jest miejsce, gdzie mamy jednego księdza na kilka tysięcy ludzi, a jednocześnie mówimy o Eucharystii jako szczycie życia duchowego, to dlaczego w imię norm i tradycji pozbawiamy tych ludzi dostępu do Eucharystii, ucinając temat posługi kościelnej kobiet? W imię utrzymania status quo pozbawiamy tych ludzi Eucharystii” – krytykuje Papieża Marta Titaniec.

Jak to możliwe, że osoba z tak liberalnymi poglądami, ocierającymi się o herezje, stanęła na czele kościelnej Fundacji Świętego Józefa? Przecież nie przyniesie to żadnego dobra, wręcz przeciwnie – wprowadza zamęt i kłamstwo, dyskredytuje Kościół.

Rozbić od środka

Do przeprowadzenia swoich pomysłów rewolucjoniści potrzebują w Kościele władzy i mediów. Te ostatnie mają od dawna – nieważne, że niszowe, zawsze bowiem mogą liczyć na gościnne łamy „Gazety Wyborczej” i wsparcie Agory (tak jak „Tygodnik Powszechny”). A przyczółki władzy właśnie zdobywają w Fundacji Świętego Józefa, z której chcą uczynić taran dla przeprowadzania zmian w Kościele, przejęcia kontroli nad biskupami. Metody rozbicia Kościoła od wewnątrz podpowiadał już polskim komunistom Stalin, zalecając przede wszystkim dokonanie podziału na księży „postępowych” i „reakcyjnych”. Dzięki niezłomnej postawie ks. kard. Stefana Wyszyńskiego ten szatański plan się nie powiódł, ale środowisko „katolickiej lewicy” zakotwiczyło się w polskiej rzeczywistości. Tworzyli je przedstawiciele „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi”, „Znaku” i Klubów Inteligencji Katolickiej. Grupy nieliczne, ale wpływowe. Na antypodach miał stać Kościół zamknięty, czyli zapatrzony w przeszłość, tradycyjny, nacjonalistyczny. Ten nie tylko perfidny, ale i celowo wykreowany podział utrwaliła książka Adama Michnika „Kościół, lewica i dialog”, która utorowała drogę lewicy laickiej do sojuszu z „lewicą katolicką”.

Ludzie tzw. Kościoła otwartego już w czasach komunistycznych byli nastawieni mocno dialogicznie, próbowali szukać porozumienia z władzami PRL. Bardzo sceptyczni wobec linii duszpasterskiej Prymasa Stefana Wyszyńskiego: polskiej, maryjnej, tradycyjnej, sympatyzowali z radykalnymi reformami związanymi z Kościołem na zachodzie Europy – przypomina prof. Mieczysław Ryba, historyk, prezes KIK w Lublinie.

„Lewica katolicka” osiągnęła apogeum wpływów w czasie tzw. kontrolowanej transformacji, jako koncesjonowana grupa katolików stała się jednym z filarów układu Okrągłego Stołu. To funkcjonuje do dziś. Środowisko Kościoła otwartego mocno sympatyzuje z Platformą Obywatelską, z kręgami liberalnymi, wielu z nich się pojawiało w Unii Wolności – wskazuje prof. Mieczysław Ryba.

Walec zmian

Dziś idą z prądem lewicowo-libertyńskich ideologii, odrzucając moralne nauczanie Kościoła w kwestii etyki małżeńskiej, homoseksualizmu. Wytrwale kruszą skałę Magisterium, licząc, że zmuszą Urząd Nauczycielski Kościoła do zmiany pozostawionego przez Chrystusa depozytu wiary. Zbigniew Nosowski nie ukrywa tych zamiarów, otwarcie anonsując, że „żyjemy w punkcie zwrotnym historii Kościoła. Oto – chyba po raz pierwszy od wielu setek lat – mamy jako świeccy prawną możliwość zainicjowania procesu kontroli postępowania biskupów”. Zajęcie miejsca na ołtarzu przez cezara mają tym razem umożliwić nie administracyjne dekrety, ale akcje tropienia pedofilii w Kościele.

To nie przypadek, że zaangażowało się w te akcje środowisko „Więzi”. Warto przypomnieć, że jest to grupa, która jakiś czas temu z podobnym zapałem uczestniczyła w akcji „Przekażmy sobie znak pokoju”, promującej środowiska homoseksualne – mówi o Inicjatywie „Zranieni w Kościele” i plakatach wysyłanych do parafii red. Sebastian Karczewski. Autor książki „Pedofilią w Kościół” postrzega te działania jako kolejną odsłonę antykatolickiej kampanii, której celem jest zniszczenie autorytetu księży.

18 lat temu ks. prof. Waldemar Chrostowski zwrócił uwagę, że środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi”, powiązane określonymi interesami, prowadzą walkę z Kościołem. Dodałbym, że w rzeczywistości chodzi o demontaż Kościoła, i to widzimy dzisiaj. Fakt, że ta nowa odsłona walki z Kościołem dzieje się pod szyldem kościelnym, katolickim, powinien budzić głęboki niepokój – nazywa rzecz po imieniu red. Karczewski.

„Więź” nie tylko zorganizowała akcję „Przekażmy sobie znak pokoju”, ale też wzięła w ubiegłym roku w obronę kobietę, która sprofanowała obraz Matki Bożej Jasnogórskiej: bo „tęcza nas nie obraża”. Nie przeszkadzała jej też bluźniercza pseudosztuka „Klątwa”.

Swoje łamy wspomniane ośrodki chętnie oddają działaczom ruchu homoseksualnego i aborcjonistom (vide czarna okładka „Tygodnika Powszechnego”, gdy feministki odbywały swoje „czarne marsze”). Popierają genderową konwencję stambulską, procedurę in vitro, były za ustawą o „uzgadnianiu płci”, krytykują wszystkie inicjatywy zmierzające do wprowadzenia pełnej ochrony życia.

W kampanii prezydenckiej te postulaty forsuje Szymon Hołownia, jeden z członków Laboratorium „Więzi” (szef sztabu Hołowni, Jacek Cichocki, były minister w rządzie PO – PSL, także należy do tego zespołu). Najpierw związki partnerskie, potem prawne zrównanie układów homoseksualnych z małżeństwem i na końcu adopcja dzieci przez homoseksualistów.

Dziel i rządź

Na celownik „naprawiacze” Kościoła biorą też księży biskupów, zwłaszcza ks. abp. Marka Jędraszewskiego. Środowisko warszawskiego KIK-u i magazynu młodej „lewicy katolickiej” „Kontakt” (wydawany przez KIK) wspólnie z feministkami oraz grupą „Wiara i Tęcza” domagało się dymisji metropolity krakowskiego, pikietując siedzibę nuncjatury w Warszawie. Współpracownicy „Kontaktu” brali udział w antyklerykalnym proteście „OdzyskajMY nasz Kościół” pod kurią w Krakowie w rocznicę wyboru św. Jana Pawła II.

Zapowiadają buńczucznie: „Kościół nie przestanie być atakowany, dopóki się nie zreformuje”. Zreformuje się – czyli dostosuje w każdym calu do żądań liberalnego świata.

Chodzi o odwrócenie całej nauki Kościoła, by te grupy mogły decydować nie dość, że o rzeczywistości ludzkiej, to także Boskiej. Na Zachodzie rozkład Kościoła już nastąpił. My jesteśmy na równi pochyłej, nowinki liturgiczne zyskują coraz większy poklask. Kto to będzie korygował? Księża, którym przyczepi się łatkę pedofila? Parafia, którą ogłasza się jako strefę zagrożenia? – pyta Sebastian Karczewski.

Czy Kościół, dając tak szerokie pole do działania środowiskom lewicowym, własnymi rękami nie kręci bicza na swoją głowę?

Małgorzata Rutkowska/”Nasz Dziennik”

drukuj