
Wypędzenie przekupniów ze świątyni | Autorstwa El Greco - GQHi9FeXUIwtiA at Google Cultural Institute, zoom level maximum, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=29674126
[Jestem w Kościele] Święty spokój czy święty gniew?
Zwracając się do młodych Peruwiańczyków, papież Leon XIV podkreślił, że Kościół w Peru potrzebuje ich „świętego buntu”. Sprecyzował, że chodzi o determinację do przekształcenia rzeczywistości pełnej bólu w przestrzenie nadziei. Użycie akurat takiego sformułowania „święty bunt” przez Leona XIV jest znamienne, ponieważ bunt raczej nie kojarzy się z czymś pozytywnym. Podobnie jest z gniewem. Owszem, nieuporządkowany gniew jest jednym z grzechów głównych. Istnieje jednak również gniew sprawiedliwy – święty.
Jedną z największych pokus współczesnego świata jest dążenie do bycia miłym za wszelką cenę, aby w żadnym razie kogoś nie urazić. W naszym chrześcijańskim kontekście, aby uzasadnić tę postawę często w wypaczony sposób przywołuje się różne fragmenty Ewangelii, a najczęściej Jezusową zachętę do nadstawiania drugiego policzka. Fałszywe rozumienie tych słów prowadzi do tego, że stajemy się biernymi ofiarami, które godzą się ze złem, co w oczywisty sposób nie było intencją Chrystusa.
Tymczasem na kartach Ewangelii znajdziemy przynajmniej kilka sytuacji, w których Chrystus okazuje swój gniew. Niewątpliwie pierwszym skojarzeniem jest wypędzenie przez Niego kupców ze świątyni, ale nie brak także innych fragmentów, w których Jezus gniewa się i nie przebiera w słowach, np. nazywając faryzeuszy obłudnikami i plemieniem żmijowym czy oburzając się na uczniów, którzy nie dopuszczali do Niego dzieci. To pokazuje, że gniew nie musi być grzechem. Co więcej, niekiedy jest on konieczny, a jego brak może być sygnałem alarmowym dla naszego życia duchowego.
Nie bez powodu więc kard. Joseph Ratzinger przestrzegał przed obrazem Jezusa, który byłby w zgodzie ze wszystkim i ze wszystkimi. „Jezus bez swojego świętego gniewu, bez twardości prawdy i prawdziwej miłości, nie jest prawdziwym Jezusem, jak Go przedstawia Pismo Święte, lecz Jego żałosną karykaturą” – pisał w latach 80. późniejszy papież. Abp Fulton Sheen, który lada moment zostanie ogłoszony błogosławionym, również demaskował tego rodzaju „wykastrowaną” wizję orędzia Chrystusa. „Miłość chrześcijańska – pisał amerykański kaznodzieja – nie jest zatem łagodną filozofią o nazwie ‚żyj i pozwól żyć’; nie jest ona rodzajem ckliwego sentymentu. Miłość chrześcijańska jest natchnieniem Ducha Bożego, które każe nam miłować piękno i nienawidzić brzydoty moralnej”.
W czasach wszechobecnych wezwań do tolerancji, inkluzji i prób wepchnięcia Ewangelii w ramy poprawności politycznej trzeba nam przypomnieć sobie, że mamy być Kościołem wojującym. Nie w znaczeniu przemocy czy walki militarnej, lecz męstwa w umiłowaniu i obronie prawdy. Owszem, musi temu towarzyszyć miłość do każdego człowieka, która bynajmniej nie oznacza akceptacji jego złych czynów. W praktyce nie jest to proste, ale nikt nie mówił, że takie będzie. W ślad za św. Tomaszem z Akwinu trzeba tu wielkiej roztropności, ponieważ granica między świętym gniewem, motywowanym umiłowaniem prawdy, dobra i sprawiedliwości, a grzesznym gniewem, który karmi się chęcią odwetu i niszczy człowieka, bywa bardzo cienka.
Ponownie odwołam się do słów abp. Fultona Sheena: „Prawdziwa miłość pociąga za sobą prawdziwą nienawiść: Ktokolwiek utracił zdolność moralnego zgorszenia i pragnienie wypędzenia kupców ze świątyń, utracił również żywe, żarliwe umiłowanie Prawdy”. A więc ów święty gniew jest wymogiem chrześcijańskiej miłości. Jeśli go zatracamy, stajemy się więźniami świętego spokoju, który przecież ze świętością nie ma nic wspólnego.
Wojciech Grzywacz

