fot,. pixabay.com

[JESTEM W KOŚCIELE] Deficyt tajemnicy

Żyjemy w świecie, w którym brakuje miejsca dla tajemnicy. Algorytmy, powszechny dostęp do informacji i ciągła łączność sprawiają, że przestrzeń na to, co nieodkryte, dramatycznie się kurczy. Wszystko musi być zbadane, zważone i podane na tacy w formie kilkusekundowego wideo. Niestety ta bolączka nie ominęła Kościoła, a zwłaszcza jego liturgii. Na dłuższą metę trudno jednak wytrzymać w tak racjonalnej do szaleństwa, sterylnej i chłodnej rzeczywistości, odartej z jakiejkolwiek tajemnicy.

Dlatego głód tajemnicy zaczyna coraz bardziej doskwierać współczesnemu człowiekowi. Widać to choćby w rosnącej popularności nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego, której po prostu nie sposób ignorować. Z drugiej strony nie brakuje ludzi, którzy odpływają np. w stronę duchowych tradycji wschodu, aby tam zaspokoić swój głód. Choć są to oczywiście różne rodzaje odpowiedzi na tę pustkę, niewątpliwie powinny sprowokować do pogłębionej refleksji, dlaczego tak się dzieje.

Świat nieznoszący tajemnicy to spuścizna oświecenia. To właśnie wtedy uznano, że nie ma rzeczy z natury tajemniczych – są tylko rzeczy jeszcze nieodkryte. Jeśli coś nie mieściło się w granicach „czystego rozumu”, było odrzucane jako zabobon. Współczesne dążenia, by w liturgii wszystko było zrozumiałe, jasne i praktyczne, są zatem konsekwencją tej oświeceniowej mentalności. Tak więc mamy liturgię w językach narodowych, różnej maści komentarze, najszerszy dostęp do informacji w dziejach, ale czy wobec tego bardziej rozumiemy święte misteria, w których uczestniczymy? Śmiem wątpić.

Przypomina mi się tu wypowiedź ks. prof. Jana Perszona, który wyznał w jednym z odcinków programu „Mocni w wierze” w TV Trwam, że teraz jako wykładowca akademicki i kapłan z kilkudziesięcioletnim stażem wcale nie rozumie bardziej Mszy Świętej niż jako młody ministrant, służąc do liturgii łacińskiej. Na pozór szokujące, ale gdy się nad tym bardziej zastanowić, to ma to sens. Owocny udział to coś dalece przekraczającego czysto lingwistyczne rozumienie wypowiadanych słów. Dlatego kwestie takie jak język, muzyka, wystrój czy gesty wzmacniają poczucie tajemnicy, które w liturgii jest absolutnie niezbędne.

Liturgia winna być bowiem odbiciem najgłębszych prawd teologicznych. Św. Tomasz z Akwinu pisał, że szczytem ludzkiego poznania Boga jest uświadomienie sobie, że Go w pełni nie znamy („Deum tamquam ignotum cognoscimus”). Taka postawa wyraża pokorę rozumu wobec tajemnicy Boga, który wymyka się wszelkim ludzkim definicjom i kategoriom pojęciowym. O ponowne odkrycie tych apofatycznych intuicji apeluje dziś choćby jeden z najwybitniejszych współczesnych filozofów Jean-Luc Marion.

Być może warto, abyśmy zrobili sobie rachunek sumienia z zaniedbania roli elementu tajemnicy w liturgii? I nie chodzi tu o proste recepty w rodzaju „powróćmy do Mszy trydenckiej, a rozwiążą się nasze problemy”. Nie. Również zreformowana liturgia może być i bywa przestrzenią, w której namacalnie „czuć” misterium. Niestety jednak przez brak szacunku do norm Kościoła, źle pojętą kreatywność czy nawet szczytne chęci przyciągnięcia wiernych, bardzo często jest ona spłycana, odzierana z poczucia tajemnicy i staje się rzeczywistością całkowicie przyziemną. Potrzebujemy zatem liturgii, która nie boi się być niezrozumiała dla współczesnego świata. Paradoksalnie właśnie poniekąd taka być musi, aby odzwierciedlać niezgłębioną tajemnicę Boga.

 

Wojciech Grzywacz

drukuj