fot. flickr

Ewangelia na 21. niedzielę zwykłą

Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” On rzekł do nich: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas, stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: „Panie, otwórz nam!”, lecz On wam odpowie: „Nie wiem, skąd jesteście”. Wtedy zaczniecie mówić: „Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś”. Lecz On rzecze: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!” Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi”.

Łk 13, 22-30

* * *

W dzisiejszej Ewangelii postawiono Panu Jezusowi pytanie, ale On wcale na nie nie odpowiedział. Czy tak robi dżentelmen? No cóż, widocznie Pan Jezus nie był dżentelmenem, bo jeśli czytamy Ewangelię uważnie, zauważamy, że zdarzało się tak dość często. Kiedy Jezus uznawał pytanie za zbędne, nie odpowiadał na nie, lecz komentował (najczęściej nie wprost) postawę pytającego, aby go skłonić do refleksji, dlaczego i po co postawił on to pytanie. Dla pytającego konieczna była właśnie ta refleksja nad sobą, natomiast abstrakcyjna, teoretyczna wiedza nie była mu potrzebna.

Ten, kto postawił pytanie z dzisiejszej Ewangelii, był zainteresowanym, ale neutralnym, niezaangażowanym obserwatorem. To jednak, o co pytał, nie dopuszcza takiej postawy. Bo to nie jest przedmiot jakiejś zwykłej ciekawości, coś, czym można by się interesować, by tak rzec, „z zewnątrz” – nie, ta sprawa dotyczy wszystkich „od wewnątrz”, dla każdego jest to sprawa podstawowej wagi. Można by to pokazać na przykładzie: pasażer tonącego statku pyta kapitana: „Jak pan myśli, czy wielu z nas ujdzie z życiem?” – pytanie w takiej sytuacji całkowicie nieodpowiednie; chodzi tu przecież o przeżycie między innymi pytającego, o wszystko lub nic. Takiemu pasażerowi kapitan odpowiedziałby zapewne, żeby nie pytał, ilu się uratuje – po co mu to wiedzieć? – ale żeby próbował sam się uratować. To samo mówi Jezus człowiekowi, który Go pyta. Ale między wierszami Jezus mówi jeszcze coś więcej. Pytanie zostało Mu postawione jak jakiejś centrali informacyjnej, ale On nie jest taką centralą, lecz kimś o wiele więcej: Zbawicielem. On nie jest audycją z nowinami, lecz sam jest Dobrą Nowiną.

To jest chyba jakaś nauka dla nas wszystkich, bo i my często stawiamy Bogu zbyteczne pytania. Często maskujemy w ten sposób naszą neutralność, obojętność, niezaangażowanie. Jest nam wygodniej spotykać się z Nim na płaszczyźnie dyskusji intelektualnych niż na płaszczyźnie konkretnego życia, działania, codziennych wyborów. Dyskusje bowiem kosztują nas niewiele, życie o wiele więcej. Kiedyś widziałem w rosyjskiej telewizji, filmowany na żywo, uniwersytecki wykład filozoficzny, po którym rozwinęła się dyskusja między pewną studentką, chrześcijanką, a wykładowcą i innymi studentami, którzy byli niewątpliwie ateistami, i zasypali ją całym gradem pytań i zarzutów. Początkowo odpowiadała, ale potem zamilkła – z pewnością nie dlatego, jakoby nie miała nic do powiedzenia, ale doszła do wniosku, że ta dyskusja nie ma sensu. Ci ludzie wcale nie chcieli spotkać się z Bogiem, ale szukali tylko usprawiedliwienia dla swojej niewiary. Jestem pewien, że Jezus milczałby tak samo – tak zresztą milczał podczas swojego procesu.

Słowa Jezusa o ciasnej bramie znaczą, że do nieba nie da się wejść jako jakiś ciekawski turysta, spacerowym krokiem i z rękami w kieszeniach, bez wysiłku i osobistego zaangażowania. Wprawdzie to nie my sami się zbawiamy, lecz zbawia nas Bóg, ale nie zrobi tego bez naszego współdziałania. Musimy co najmniej tego zbawienia pragnąć, a to znaczy, że musimy świadomie Boga wybrać i ten wybór wyrazić swoim życiem.

Zauważmy, że już od kilku tygodni słyszymy twarde, „niewygodne” perykopy ewangeliczne. Pochodzą one z Ewangelii wg św. Łukasza, z części mówiącej o podróży Jezusa do Jerozolimy. Jezus podjął tę drogę świadomie i dobrowolnie, wiedząc, że skończy się ona krzyżem. Orędzie tych wszystkich perykop jest właściwie identyczne: mówią one o konieczności zdecydowania się albo za Jezusem, albo przeciw Niemu; trzeciej możliwości nie ma. Ale musi to być decyzja wyrażona życiem – chodzi o wejście na Jego drogę do Jerozolimy, o gotowość pójścia za Nim być może nawet aż na krzyż.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus ogłasza nadzieję dla pogan i ostrzega Żydów: sama tylko przynależność do narodu wybranego nie wystarczy do zbawienia. Dziś to ostrzeżenie dotyczy nas, bo to my jesteśmy nowym narodem wybranym przez Boga. Zwykła przynależność do niego, do Kościoła, nie wystarczy do zbawienia, to za mało. Trzeba się opowiedzieć za Bogiem w tej walce, którą toczy On w świecie ze złym duchem.

Czy zatem orędzie dzisiejszej Ewangelii jest pesymistyczne, bo wszak brama do nieba jest wąska? Nie sądzę – wprawdzie jest ona wąska, ale otwarta dla wszystkich. Bóg nie zamyka jej przed nikim, o ile tylko człowiek zechce przez nią wejść. Sądzę też, że dzisiejszą Ewangelię trzeba czytać w połączeniu ze słowami Jezusa z Ewangelii wg św. Jana: Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony (J 10, 9). To sam Jezus jest bramą do nieba, a On przecież zaprasza wszystkich bez wyjątku: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście (Mt 11,28). Ten, kto wybrał Jezusa, kto zdecydował się iść z Nim do Jerozolimy, ten może być pewny, że idzie do nieba i dojdzie tam pomyślnie przez szeroką bramę, którą jest sam Jezus.

 

o. Janusz Serafin CSsR
slowo.redemptor.pl

drukuj