Afryka w oczekiwaniu na przyjście Pana

W ubiegłym roku swoje pierwsze święta na czarnym lądzie spędziłam w Republice Środkowoafrykańskiej. W oczekiwaniu na przyjście Pana pod afrykańskim niebem, razem z ministrantami, dziećmi i stróżem Michałem postanowiliśmy wybudować żłóbek z wyciętych palm. Pomagały nam w tym dzieci, które przez cały adwent, za każdy dobry uczynek przynosiły do niego trawkę. W ten sposób przygotowywały miejsce dla Dzieciątka; oczekując na Jego narodziny.

Następnie rozpoczęły się przygotowania do „Jasełek”. Napisałam Polską wersję scenariusza, którą na język sango przetłumaczył ksiądz proboszcz. Sama nie umiałam jeszcze na tyle języka, by sobie z tym poradzić. Później rozpoczęliśmy już próby. Na pierwszym spotkaniu rozdzieliłam role i przekazałam teksty. Ustaliliśmy, że spotkamy się za dwa tygodnie. Na próbie tej dzieci miały już umieć wszystko na pamięć. I tu było moje pierwsze zderzenie z rzeczywistością afrykańskiej edukacji. Gdy dzieci wróciły po wskazanym czasie, tylko córeczka katechety znała swój tekst. Pozostałe dzieci tłumaczyły się, że nikt w ich domu nie umie czytać stąd też trudno im jest nauczyć się swoich tekstów. Były to dzieci, które już piąty, szósty rok chodziły do szkoły, tym bardziej zdziwiona byłam tym, że same nie potrafią czyta.

W afrykańskich szkołach znajdujących się w wioskach najczęstszą metodą nauczania jest tzw. metoda”papugi”. Polega ona na tym, że dzieci przez cały dzień, do znudzenia powtarzają tekst za nauczycielem. Nie piszą, bo zeszyty są drogie. Podręcznika czasem nie posiada także nauczyciel. Klasy liczą natomiast do 120 dzieci. Bardzo często brakuje w nich podstawowego wyposażenia, w niektórych nie ma nawet tablicy.

Najstarszy chłopiec, który miał rolę św. Piotra przestał chodzić na poranne Msze św. Kiedy zapytałam: dlaczego tak się dzieje? Powiedział, że nie chodzi do Kościoła, bo ma do nauczenia 3 strony tekstu, a jego brat, który jest nauczycielem ma czas uczyć go na pamięć tylko rano. Później zaś idzie do szkoły. Tuż po zajęciach idzie w pole i wraca wieczorem. To, co usłyszałam było dla mnie bardzo mocnym doświadczeniem.

Chociaż w Afryce są też dobre szkoły, są one jednak tak kosztowne, że mało kto ma możliwość skorzystania z nich. Obszar Republiki Środkowej Afryki jest w pierwszej dziesiątce najbiedniejszych krajów świata. To obszar pozbawiony dostępu do morza, okaleczony wieloma niedawno zakończonymi rebeliami.

I tak, z dwoma tygodniami poślizgu rozpoczęliśmy nasze jasełkowe przygotowania. Uszyłam dzieciom stroje, które pasowały do ról, ale szyjąc je jednocześnie myślałam o tym, żeby dzieci mogły ubrać się je także do kościoła. Wszystko było już gotowe; „Jasełka” wypadły cudownie. Na każdej z prób było prawie tyle samo publiczności, co na samym występie przed pasterką.

Wszystkie wydarzenia przy misji; czy jest to rozpakowywanie kontenera, koszenie trawy, pranie, obieranie kukurydzy, czy też próba „Jasełek”, to wszystko jest niesamowicie interesujące dla mieszkańców. Dla dzieci nawet siedzenie pół dnia przy bramie i czekanie, aż wrócę z wioski, tylko po to żeby mi otworzyć bramę jest ogromną atrakcją. Dla mnie zaś wielkim skarbem i doświadczeniem jest fakt, że dla Nich tak cenne jest bycie z drugim człowiekiem.

Kiedy przyszedł czas strojenia kościoła (23 grudnia, dzień przed Wigilią) do pomocy przyszło tyle dzieci, że musiałam wymyślić im jakieś zajęcie wokół kościoła, żeby zrobiło się troszkę miejsca na ustawienie szopki. Jej konstrukcje wykonano z palm, którymi kryje się dachy domów. Konstrukcja była robiona przez ministrantów z taką starannością, jakby miała ona służyć przez najbliższe lata. Bardzo mocno przejęli się tym zadaniem. Do pracy przyłączyli się także pacjenci szpitala. Ci, którym zdrowie jeszcze na to pozwalało kleili gwiazdki i ozdabiali chmurki, aby niebo nad stajenką było wyjątkowo jasne tej nocy. Ksiądz proboszcz zrobił księżyc przypominający wszystko inne, tylko nie oczekiwany obiekt, ale dzięki temu ta chwila była jeszcze bardziej radosna. Był to również dla mnie czas nauki języka. Przy podawaniu gwoździ i innych narzędzi ministranci uczyli mnie jak poszczególna wioska nazywa te przedmioty.

I tak nadeszła długo oczekiwana noc. W tym czasie na Pasterce w kościele nie zmieściłby się chyba już nikt więcej. Sama miałam na kolanach trójkę dzieci. Jedna rzecz jednak bardzo mnie zaskoczyła. Wszyscy włożyli chyba najgorsze ubrania, jakie posiadali. Szybko wytłumaczyła mi jedna z dziewczynek, że to taki zwyczaj. W Wigilię przychodzą ubodzy jak pasterze, jakby zerwani ze snu głosem anioła, tak, jak stoją, bez przygotowań, ale 25 grudnia przychodzą wystrojeni w najbardziej odświętne szaty jak królowie, magowie ze wschodu.

Jeszcze jeden element był dla mnie bardzo wzruszający. Dzieci na pasterkę przynoszą swoją zabawkę, którą dostały w prezencie. Oczywiście ksiądz ma przygotowanew zakrystii zabawki dla tych, którzy nie otrzymali ich tej nocy, by nie czuli się gorsi. Dżeferson – takie moje małe „źródełko pokoju”, całą pasterkę spał spokojnie na ogromnej, plażowej piłce, którą otrzymał ode mnie. Dziewczynki przekazywały znak pokoju najpierw swoim lalkom, dopiero później „sąsiadom” z ławki.

Kolacja wigilijna na misji jest wczesnym popołudniem, aby ksiądz mógł odwiedzić tej nocy jak najwięcej wiosek. Wielką troską polskich misjonarzy jest to, żeby na wigilijnym, misyjnym stole był opłatek. I tak to w ubiegłym roku cieszyłam się z tej cichej, świętej nocy Narodzin Pana.

 

Małgorzata Kiedrowska

 

drukuj