fot. PAP/Marcin Obara

Z Szarych Szeregów do Powstania

ROZMOWA z Jakubem Nowakowskim ps. „Tomek”, żołnierzem Batalionu „Zośka” i Zgrupowania „Żniwiarz”.

***

Jak trafił Pan podczas okupacji do harcerskiego Batalionu „Zośka”?

– Oczywiście marzyłem o tym, żeby wstąpić do jakiejś organizacji konspiracyjnej. Trafiłem tam przez sąsiadów. W naszym bloku mieszkała rodzina Huskowskich, wdowa z dwoma synami starszymi ode mnie. Patriotycznie nastawieni, energiczni, inteligentni, szybko zajęli się konspiracją. I mnie wciągnęli. W lutym 1942 r. przystąpiłem do organizacji młodzieżowo-wychowawczej o nazwie PET [Związek Młodzieży Polskiej „Przyszłość”], gdzie wpajano nam ideały patriotyczne. To było już po ataku Niemiec na Związek Sowiecki. Wzmocniło to naszą nadzieję na oswobodzenie, bo wyobrażaliśmy sobie, że oni się nawzajem wykończą.

W konspiracji podejmowaliście tzw. mały sabotaż.

– W ramach PET wygłaszano różne referaty na tematy polityczne, historyczne, społeczne. Jednocześnie zajmowaliśmy się małym sabotażem. O zmroku wychodziło się z domu małą grupką w teren. Na murach wykonywaliśmy napisy antyniemieckie: „Hycle”, „Pawiak pomścimy”, „Wawer pomścimy” i rysunki Hitlera lub swastyki na szubienicy. Były też specjalne akcje, jak włączanie się do tzw. szczekaczek.

Brał Pan udział w takiej akcji?

– Brałem, ale jako obserwator, bo to robili sami dowódcy. Przyłączali się do kabla prowadzącego do szczekaczki z zakonspirowanego mieszkania i na żywo nadawano audycję. Dostałem rozkaz obserwacji takiej akcji na Rynku Starego Miasta, z poleceniem, żeby swoim przykładem porwać tłum. Ale to było zbędne, ponieważ ludzie sami okazali niesłychany entuzjazm, gdy popłynęła melodia „Marsza Lotników”. Słysząc, że „Tu mówi Polska podziemna”, od razu zbiegli się do głośnika. Jerzy Zborowski ps. „Jeremi”, który był naszym dowódcą, nadał audycję zawierającą informacje o sytuacji politycznej i militarnej. Ludzie, słuchając tego, szaleli z radości. Na szczęście nie zjawili się Niemcy i do końca jej wysłuchaliśmy. To trwało z pół godziny.

A inne działania?

– Druga akcja to był rzekomy dodatek nadzwyczajny do „Nowego Kuriera Warszawskiego”, niemieckiej gadzinówki, z informacją, jakoby Hiszpania przystąpiła do wojny po stronie Niemiec. Był on wydrukowany w naszej tajnej drukarni. Poza tym zajmowaliśmy się podrzucaniem ulotek volksdeutschom, opryskiwaliśmy kwasem solnym mundury Niemców. Wyglądało to tak: szliśmy w kilku, nasz dowódca Tadeusz Huskowski zakładał długi płaszcz, pod nim chował szprycę napełnioną kwasem solnym. Wyciągał ją w pewnym momencie i pryskał z tyłu.

Nasza organizacja PET dołączyła na jesieni 1942 r. do Grup Szturmowych Szarych Szeregów, które utworzyły Oddział Specjalny „Jerzy”, dowodzony przez Ryszarda Białousa. Na jesieni 1943 r. oddział przekształcił się w Batalion „Zośka”. Odprawy naszej sekcji batalionu odbywały się w mieszkaniu moich rodziców. Szkoliliśmy się w obsłudze ciężkich karabinów maszynowych. I tak doczekaliśmy Powstania.

Oczekiwano wybuchu Powstania?

– Tym Powstaniem żyliśmy od początku lata 1944 r. Wiedzieliśmy, że musi wybuchnąć. Na wschodzie trwała akcja „Burza”, Sowieci zbliżali się do Warszawy. Wiedzieliśmy, jak postępowali z żołnierzami Armii Krajowej w Wilnie, we Lwowie, że wszędzie AK jest rozbrajana. Ale ciągle jakaś nadzieja w nas trwała, że jednak zachodni sojusznicy nie pozwolą całkowicie nas zniewolić. Powstanie było po to, żeby zamanifestować swoją obecność.

Jak ludzie reagowali na wybuch Powstania?

– Na początku z wielkim entuzjazmem. Mówiono, że choć Niemcy do nas strzelają, to przynajmniej wiemy, że gestapo w nocy po nas nie przyjdzie, że jesteśmy wreszcie wolni. Była wielka radość, wywieszano polskie flagi.

Pan walczył na Żoliborzu?

– Nasza grupa została odcięta po wybuchu Powstania na Żoliborzu i dołączyła do Zgrupowania „Żniwiarz”. Walczyliśmy tam cały czas w plutonie 226. jako drużyna „zośkowa”. Pierwszy okres to były potyczki z niemieckimi patrolami, które próbowały wedrzeć się na Żoliborz. Na początku byliśmy słabo uzbrojeni, ale później zdobyliśmy na Niemcach sporo broni. Potem było nasze natarcie na Dworzec Gdański. Atakowaliśmy z karabinkami, pistoletami, było kilka granatników, lekkich karabinów maszynowych. A Niemcy mieli całe gniazda karabinów maszynowych, granatniki, moździerze, pociąg pancerny z działami. W nocy zaatakowaliśmy dworzec. Niemcy otworzyli jednak silny ogień huraganowy, który nas przygwoździł do ziemi. Nie mogliśmy się ruszyć. Z dużymi stratami zostaliśmy odparci. Nie udało się połączenie ze Starym Miastem, które wkrótce padło.

Jak wyglądały ostatnie walki?

– Na Żoliborzu dotrwaliśmy do końca września, kiedy Niemcy przypuścili gwałtowny szturm. Dywizja pancerna, czołgi, piechota – otoczono dzielnicę ze wszystkich stron. Przypuścili koncentryczny atak, poprzedzony huraganowym ogniem artylerii, bombardowaniem lotniczym. Przyznam, że wówczas najwięcej się nastrzelałem, waliło się do kolumn niemieckich. Chciałem drogo sprzedać własne życie, byłem już pogodzony z tym, że nas wybiją. Przewaga Niemców była ogromna, a my bez broni ciężkiej. Zepchnęli nas do kilku bloków, gdy z Komendy Głównej przyszedł rozkaz poddania się. I tak prosto z walki poszliśmy do niewoli niemieckiej.

Jakie ma Pan dziś przesłanie do młodzieży?

– Jestem zapraszany na spotkania w szkołach, z drużynami harcerskimi, a nawet w firmach. Zawsze opowiadam swoją kombatancką historię, ze szczególnym uwzględnieniem Powstania. Chciałbym zaapelować, żeby młodzież była patriotycznie nastawiona, żeby wyrosła na uczciwych i dzielnych ludzi. I pamiętała o starym rzymskim powiedzeniu: „Si vis pacem, para bellum” (jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny). Oczywiście ogromnie nam zależy na utrzymaniu pokoju, gdyby przyszła wojna, przyniosłaby straszne zniszczenia. Ale trzeba być tak uzbrojonym, żeby przeciwnik bał się nas zaatakować.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Zenon Baranowski.

Nasz Dziennik/RIRM

drukuj