fot. Monika Bilska

[TYLKO U NAS] Prof. M. Piotrowski o braku realnych działań PiS ws. ochrony życia: Ta partia ma większość w parlamencie, prezydenta i nie raz dowiodła, że jeśli chce, to może

Obecnie rządząca formacja posiada większość w parlamencie, ma prezydenta i już nie raz dowiodła, że jeśli chce, to może – szybko, nawet nocą. Jeśli nie chce, to żadne zachęty nie pomogą. Taki stan trwa od lat – powiedział w niedzielnym felietonie „Myśląc Ojczyzna” politolog prof. Mirosław Piotrowski. Odniósł się w ten sposób do podejścia Prawa i Sprawiedliwości do ochrony życia poczętego.

„Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka. Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości” – to słowa świętego Jana Pawła II wypowiedziane przez niego w Kaliszu 22 lata temu. Były one skierowane do nas, Polaków. Rok temu przypomniał je przewodniczący KEP ks. abp Stanisław Gądecki, dodając „z wielkim bólem widzimy, że w Polsce to prawo człowieka do życia wciąż jest łamane”. I co? I nic. A miało być lepiej. Przecież od czterech lat w Polsce rządzi PiS, który właśnie rozpoczął kolejną czterolatkę.

Niestety, w miniony wtorek, po zaprzysiężeniu nowego Sejmu, automatycznie upadł wniosek poselski, który od dwóch lat leżał w TK. Złożyła go grupa 107 posłów i grzecznie czekała na decyzję. TK miał rozstrzygnąć, czy obowiązujące dzisiaj prawo aborcyjne pozwalające przerywanie ciąży, gdy płód jest poważnie uszkodzony czyli ze względów eugenicznych, jest zgodne z konstytucją. Powód ten jest przyczyną 90 proc. aborcji w Polsce. Namaszczona przez tzw. dobrą zmianę prezes TK Julia Przyłębska – zdaniem wielu – celowo kluczyła i odciągała w czasie rozpatrzenie wniosków w sprawie życia. Musiała wiedzieć, chociażby z mediów, że wszystkie wnioski poselskie tracą swoją ważność wraz z końcem kadencji Sejmu. I tak się stało. Wniosek upadł.

Na nic zdały się apele działaczy pro-life, katolickich dziennikarzy, polityków, a nawet obecnego sędziego TK, notabene wybranego przez tzw. dobrą zmianę. Teraz domaga się on głośno szczerej dyskusji na temat funkcjonowania TK. Dość przypomnieć, że liczba wydawanych przez TK orzeczeń za prezesury Julii Przyłębskiej znacząco spadła. Dla porównania, z informacji zamieszczonych na internetowym portalu orzeczeń wynika, że w 2015 roku TK rozstrzygnął 188 spraw, a w 2017 roku tylko 94. Miało być przecież lepiej.

Z jednej strony to pewnie nieudolność, z drugiej nie możemy wykluczyć celowej obstrukcji jak w przypadku wspomnianego wniosku posłów w sprawie aborcji eugenicznej. Pani prezes zablokowała de facto procedowanie w sprawie życia dzieci nienarodzonych, gdyż – jak argumentowano w jednym z artykułów prasowych – tak miała odczytywać intencje kierownictwa PiS. Czy są na to jakieś twarde dowody? Pewnie nie. Ale suma wielu okoliczności pozwala zarzut uwiarygodnić. Kilka miesięcy temu prezes PiS Jarosław Kaczyński wyjawił, że Julia Przyłębska, prezes TK, jest jego odkryciem towarzyskim ostatnich lat, i że bardzo lubi u niej bywać. W trakcie takich spotkań można przecież odczytać intencje kierownictwa PiS.

Patrząc pod kątem formalnym, zauważyć trzeba, że wniosek, który właśnie przepadł, złożony został mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Sejmie pojawił się i utknął, a właściwie został zamrożony, obywatelski wniosek #ZatrzymajAborcję, pod którym podpisało się 830 tys. obywateli. Wielu mogło więc odczytać ruch skierowania wniosku do TK jako wentyl bezpieczeństwa, a właściwie alibi mające dowieść szczerych, antyaborcyjnych intencji tzw. prawicy, czyli odciąganie w czasie tego, czego tak naprawdę nie chce się załatwić.

Co więcej, w styczniu ubiegłego roku 57 posłów PiS głosowało za procedowaniem lewackiego projektu „Ratujmy kobiety 2017”, jeszcze bardziej liberalizującym aborcję. Zakładał on prawo zabijania dzieci na żądanie kobiety do 12. tygodnia. Głos za oddała między innymi poseł Krystyna Pawłowicz, która później tłumaczyła, że uczyniła to przez pomyłkę i bardzo to przeżywa. Teraz jest kandydatką tzw. prawicy na sędzię TK.

Zresztą co tu wchodzić w dalsze dywagacje. Obecnie rządząca formacja posiada większość w parlamencie, ma prezydenta i już nie raz dowiodła, że jeśli chce, to może – szybko, nawet nocą. Jeśli nie chce, to żadne zachęty nie pomogą. Taki stan trwa od lat.

Pamiętam jak 10 lat temu w PE na jednej sesji plenarnej w Strasburgu zapytałem rasowego europosła PiS-u z legitymacją, który wcześniej był ministrem o to, jak ich formacja zapatruje się na aborcję. „Szczerze?” – zapytał. „No jasne.” – odparłem. „Rano jesteśmy przeciw, a popołudniu za aborcją.” – odparł z łagodnym uśmiechem. Od tego czasu upłynęło wiele wody w Wiśle i kanałach Strasburga, a sentencja ta ciągle jest aktualna.

Ale czy naprawdę nic nie możemy zrobić?

radiomaryja.pl

drukuj