Śladami ks. kard. Stefana Wyszyńskiego: Prudnik

fot. Youtube – Instytut Prymasowski Kardynała Wyszyńskiego httpswww.youtube.comwatchv=bU-kUO7LN2M&feature=emb_logo&ab_channel=InstytutPrymasowskiKardynaaWyszys

Prudnik Śląski to kolejne miejsce odosobnienia ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, położone na drugim końcu Polski. Zostaje przewieziony z Warmii na Dolny Śląsk w absolutnej tajemnicy kilkaset kilometrów w linii prostej tak, aby społeczeństwo polskie nie wiedziało, gdzie przebywa ks. Prymas – powiedział prof. dr hab. Paweł Skibiński z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Duchowny przebywał tam aż do 26 października 1955 roku.

Prudnik to miasteczko położone w południowo-zachodniej części Polski.

– W miejscu znanym właściwie najbardziej w ostatnich latach z tego, że tutaj internowany był ks. kard. Stefan Wyszyński, Sługa Boży, a niedługo błogosławiony – powiedział o. Dawid Zmuda, gwardian klasztoru oo. franciszkanów w Prudniku.

Kapłan trafił tam 6 października 1954 roku.

Ks. Prymas przybywa drogą lotniczą z lotniska prawdopodobnie w Kętrzynie i trafia do lotniska w Radzikowicach niedaleko Nysy. Stamtąd 30 km do Prudnika zostanie przewieziony, aby zostać ulokowanym w prudnickim klasztorze – poinformował Marcin Husak, przewodnik z Urzędu Miejskiego w Prudniku.

Miejscem internowania był dokładnie Prudnik Las, który leży na krańcach miasteczka.

Franciszkanie mają tutaj pieczę od 1852 roku i to miejsce Boża Opatrzność wybrała na miejsce internowania kard. Stefana Wyszyńskiego. Tutaj też zrodziła się myśl odnowienia Ślubów Jasnogórskich – wyjaśnił o. Dawid Zmuda.

Prudnik to już trzecie miejsce, gdzie więziono ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.

W całym tym procesie, w całej drodze internowania, wydaje mi się, że Prudnik był miejscem najtrudniejszym dla niego, ale z drugiej strony najbardziej owocnym, najbardziej płodnym. Może tych owoców nie było widać od razu, ale można było cieszyć się nimi w późniejszym czasie. W Prudniku ks. kard. Wyszyński miał bardzo ograniczoną swobodę. Nie mógł wychodzić na zewnątrz i z nikim się kontaktować. Właściwie mógł jedynie pisać listy, które były odczytywane jego ojcu, nawet nie doręczane. Korespondencja zwrotna również nie trafiała do rąk, a jedynie ją odczytywano. Jedynie mógł korzystać z biblioteki i z książek, które mu przesyłano, o które prosił – wspominał gwardian klasztoru oo. franciszkanów w Prudniku.

Kapłan nie mógł również kontaktować się z innymi ludźmi.

Jedyne jego wizyty to wizyty w Opolu, w Urzędzie Bezpieczeństwa, kiedy udawał się do lekarzy na badania czy do dentysty, a poza tym widywał właściwie tylko urzędników Urzędu Bezpieczeństwa, którzy go pilnowali – mówił zakonnik.

Jak wskazał prof. dr hab. Paweł Skibiński – najbardziej brakowało ks. Kardynałowi kontaktu z własną diecezją.

Był poddawany licznym szykanom osobistym. Próbowano go złamać poprzez cenzurowanie listów do rodziny czy od rodziny. Widziałem zachowane przez Prymasa takie strzępki listów, ponieważ ubecy byli „łaskawi” ciąć listy rodzinne na paski i następnie przekazywać Prymasowi tylko niektóre z pasków, które on zlepiał w formę całościowego listu, żeby domyśleć się, co rodzina postanowiła mu przekazać – dodał.

Miejsce, w którym przebywał ks. kard. Stefan Wyszyński było idealne, żeby go strzec, ponieważ klasztor oo. franciszkanów znajdował się w samym centrum poligonu.

Upływa dziś półtora roku od mej cywilnej śmierci w tym zamaskowanym obozie koncentracyjnym, odgrodzonym wstydliwie od świata festonami drutów, kabli, zasieków kolczastych, murów, posterunków itd. Nie mam przy sobie nic, co nie nosiło na sobie śladów cenzury nad moim mózgiem, czynami, życiem” – pisał we wspomnieniach ks. Prymas.

Jak podkreślił prof. Paweł Skibiński, to w Prudniku zaczyna w duchownym dojrzewać myśl, po co jest uwięziony i do czego ma się przygotować.

Ta myśl pozwoliła, mimo szykan, przetrwać Prymasowi. To jest też czas obserwowania swoich oprawców, tzn. personelu ubeckiego, więziennego, próbowania zrozumienia tych ludzi. To jest niebywałe, z jaką wyrozumiałością i życzliwością podchodził do tych ludzi, którzy go pilnowali i próbowali go kontrolować, a jednocześnie tak surowo oceniał niektóre ich zachowania (nie ich, tylko ich zachowania) – podkreślił.

Ważnym faktem jest to, że to właśnie w Prudniku po raz pierwszy spotkał się z wysokimi przedstawicielami władzy ludowej.

– Przede wszystkim spotkał się z osobami z Ministerstwa do Spraw Wyznań, na którego wówczas czele stała „krwawa Luna”, czyli Julia Brystigierowa. Ks. Prymasowi bowiem w całym procesie jego internowania towarzyszyła bardzo głęboka chrześcijańska myśl, że mimo iż on nie rozumie, dlaczego jest internowany, nie postawiono mu żadnych konkretnych zarzutów, w zamyśle Boga internowanie ma sens. Być może cierpienie, które jest jemu wyrządzane, pozwoli ocalić Kościół katolicki w Polsce w myśl zasady: „Uderzą pasterza, a rozproszą się owce stada (Mt 26, 31). W związku z czym trwa w internowaniu i z pokorą je znosi wraz z dwoma towarzyszącymi mu osobami: s. Marią Leonią Graczyk i ks. Stanisławem Skorodeckim  – wskazał Marcin Husak.

Przedstawiciele władzy ludowej mieli dla ks. Prymasa propozycję, na którą finalnie kapłan nie przystał.

– Proponują Prymasowi, że będzie mógł wybrać sobie dowolny klasztor, jaki będzie tylko chciał. Klasztor będzie odpowiednio wyposażony, w co tylko ks. Prymas będzie chciał, ale pod jednym warunkiem, że do końca życia wycofa się z działalności publicznej i zrezygnuje ze wszystkich publicznych urzędów, które pełni – zaznaczył przewodnik.

Jak zauważył Marcin Husek, internowanie miało na celu złamanie ks. Prymasa, aby wzorem ks. bp. Kaczmarka wytoczyć mu pokazowy proces.

– Natomiast już po dwóch pierwszych miejscach internowania zorientowano się, że ks. Prymas nie ulegnie. Dlatego też zaczęto szukać miejsca, gdzie ks. Prymas będzie mógł podratować swoje skołatane zdrowie  – ocenił.

Po swoim uwolnieniu kapłan miał zasadę wracać do miejsc swojego internowania, jednak do Prudnika już nigdy nie powrócił, chociaż miał w tym miejscu dużo lepsze warunki bytowe niż w Rywałdzie i w Stoczku. Z Prudnika zostanie wywieziony w stronę Komańczy.

„Gdy z kolei i mnie powieziono tym samym niemal szlakiem – z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca mego odosobnienia, w góry – jechałem z myślą: musi powstać nowy akt Ślubowań odnowionych! I powstał. Właśnie tam, na południowym wchodzie [Polski], wśród gór. Tam został napisany i stamtąd przekazany na Jasną Górę. Zapewne okoliczności nieco odmienne, ale myśli te same. Jest to dalszy ciąg dziejów Narodu, który wspina się nieustannie wzwyż i nie da się pogrążyć w odmętach. Naród ten wie, co znaczy: «w górę serca!» – sursum corda!” – pisał ks. kard. Stefan Wyszyński.

Z Prudnika wyjeżdża 26 października 1955 roku.

Tekst powstał na podstawie programu TV Trwam „Wyszyński – historia”.

radiomaryja.pl/TV Trwam

drukuj