fot. PAP/Leszek Szymański

[Nasz Dziennik] Poseł do PE J. Ozdoba: Krok po kroku przesuwamy się w stronę quasi-państwa europejskiego, w którym Polska zaczyna być traktowana jak prowincja, a nie równoprawny członek Wspólnoty

Wchodzimy bowiem w nową rzeczywistość, w której Unia Europejska zaczyna nakładać własne podatki – coś, co jest nie tylko sprzeczne z dotychczasową polityką traktatową, ale i z samą logiką Wspólnoty. Mówimy o całym pakiecie tzw. europodatków, wśród których pojawia się choćby opłata klimatyczna – ETS, czyli de facto podatek od powietrza – oraz drastyczne podniesienie kosztów za każdy kilogram opakowań nienadających się do recyklingu, z niespełna jednego euro do dwóch. A to dopiero początek. Te pieniądze nie trafią do narodowych budżetów, lecz bezpośrednio do Komisji Europejskiej, co oznacza jedno: krok po kroku przesuwamy się w stronę quasi-państwa europejskiego, w którym Polska zaczyna być traktowana jak prowincja, a nie równoprawny członek Wspólnoty – podkreślił poseł Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego, Jacek Ozdoba, w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”.

Rafał Stefaniuk: Przygotował Pan wraz z prof. Tomaszem Grossem analizę dotyczącą zasad finansowych, na których ma się opierać Unia Europejska w następnej perspektywie budżetowej. Czy zatem czeka nas brutalny skok na pieniądze Polaków?

Jacek Ozdoba: To łagodne określenie. Wchodzimy bowiem w nową rzeczywistość, w której Unia Europejska zaczyna nakładać własne podatki – coś, co jest nie tylko sprzeczne z dotychczasową polityką traktatową, ale i z samą logiką Wspólnoty. Mówimy o całym pakiecie tzw. europodatków, wśród których pojawia się choćby opłata klimatyczna – ETS, czyli de facto podatek od powietrza – oraz drastyczne podniesienie kosztów za każdy kilogram opakowań nienadających się do recyklingu, z niespełna jednego euro do dwóch. A to dopiero początek. Te pieniądze nie trafią do narodowych budżetów, lecz bezpośrednio do Komisji Europejskiej, co oznacza jedno: krok po kroku przesuwamy się w stronę quasi-państwa europejskiego, w którym Polska zaczyna być traktowana jak prowincja, a nie równoprawny członek Wspólnoty. Najgroźniejsze w tej propozycji jest jednak coś innego – tak zwane portfele krajowe. W praktyce daje to Komisji narzędzie identyczne jak w przypadku KPO: możliwość arbitralnego blokowania środków należnych Polsce, jeśli nasza polityka nie spodoba się brukselskiej biurokracji. To już nie jest debata o pieniądzach – to kwestia suwerenności i miejsca Polski w Europie.

Właśnie o to chodzi – o uzależnienie całego budżetu od kryteriów poprawności politycznej?

Dokładnie tak. Wchodzimy w etap, w którym o losach polskich finansów mają decydować nie twarde wskaźniki gospodarcze, ale ideologiczne widzimisię Komisji Europejskiej. Jeśli Polska nie przyjmie narzuconych rozwiązań, choćby w zakresie tzw. edukacji seksualnej, środki mogą zostać wstrzymane. To czysta uznaniowość – mechanizm, który już przerabialiśmy przy KPO, ale teraz mówimy nie o jednym funduszu, tylko o całym budżecie. Skala zagrożenia jest więc nieporównywalnie większa. Co więcej, obcinane są fundusze na rolnictwo. Polski rolnik dostaje więc podwójny cios: z jednej strony niszczycielską konkurencję z Mercosuru, a z drugiej coraz mniejsze wsparcie z Brukseli. Innymi słowy, jesteśmy świadkami procesu, w którym Unia krok po kroku przejmuje narzędzia nacisku politycznego, a Polska traci przestrzeń do samodzielnych decyzji. To nie jest już dyskusja o technicznych szczegółach budżetu – to gra o naszą niezależność i o przyszłość polskiej gospodarki.

Również nowy podatek od zakupów przez internet uderzy w Polaków, którzy coraz częściej korzystają z e-commerce jako tańszej alternatywy dla tradycyjnych sklepów.

Niestety tak, i to dotkliwie. Do tej pory pieniądze z podatków trafiały do budżetów krajowych, tymczasem Komisja Europejska chce nie tylko przejąć część tych wpływów, ale i zlikwidować obecne zwolnienie z ceł dla towarów sprowadzanych spoza Unii do kwoty 150 euro. Oznacza to, że każda przesyłka zamówiona na platformach pozaeuropejskich zostanie obciążona dodatkowymi kosztami. Według wyliczeń daje to Brukseli nawet 4,6 mld euro nowych dochodów rocznie. Problem polega na tym, że te środki nie trafią do obywateli w postaci realnych inwestycji i nie obniżą kosztów życia, tylko zostaną wykorzystane na finansowanie ideologicznych projektów – od polityki migracyjnej, przez promocję agendy lewicowej, po rozrost biurokracji. Mówiąc wprost, Polacy zapłacą więcej, a w zamian dostaną mniej – bo ich pieniądze zamiast wspierać rozwój kraju, będą pompować unijną machinę administracyjną.

Czy nie jest tak, że w praktyce zaczynamy finansować wszystko, co wymyślą Berlin i Bruksela?

Można tak powiedzieć. Proszę sobie wyobrazić, że jeśli Polska nie wykona decyzji politycznej – tak jak w przypadku elektrowni „Turów” – Komisja Europejska może po prostu zablokować nam środki. I to aż do momentu, gdy nie podporządkujemy się jej żądaniom. To nie jest już współpraca w ramach Wspólnoty, lecz mechanizm nacisku przypominający szantaż finansowy. W praktyce oznacza to, że Bruksela dostaje narzędzie, by sterować polityką państw członkowskich według własnych interesów, a każdy nowy podatek tylko wzmacnia jej władzę. Mówiąc wprost – płacimy coraz więcej, tracąc przy tym nie tylko pieniądze, ale i prawo do samodzielnych decyzji.

To oznacza, że co roku miliardy euro będą odpływały z Polski prosto do unijnego budżetu?

Dokładnie tak. Mówimy o dziesiątkach miliardów euro, które w perspektywie kilku lat zostaną wyssane z naszej gospodarki. Na razie trudno podać ostateczne wyliczenia, ale już dziś widać, że mowa o gigantycznych sumach. Proszę pamiętać, że w grę wchodzi nie tylko to, co Polacy płacą w ramach systemu EU ETS – a jest to już druga pozycja w unijnych podatkach – ale również nowy, dodatkowy podatek od emisji CO2₂, sprytnie nałożony na ten istniejący mechanizm. To klasyczny przykład finansowej spirali: najpierw płacisz za prawo do oddychania w swoim kraju, a potem jeszcze dopłacasz, żeby Bruksela miała z czego utrzymywać swoje rosnące apetyty.

Zaraz, chcą dodatkowo opodatkować system EU ETS?

Tak, mamy płacić podatek od podatku. Nieźle to wymyślili, prawda?

Raport „Solidarności” pokazuje, że koszty systemu ETS 1 i ETS 2 mogą w 2030 r. sięgnąć nawet 8,5 tys. zł rocznie dla przeciętnego gospodarstwa. Ceny uprawnień podniosą wydatki na transport o blisko 30 proc., a na ogrzewanie o ponad 40. To scenariusz całkowicie nie do udźwignięcia dla Polaków.

To jest absolutnie nie do udźwignięcia. I chodzi nie tylko o same rachunki – one oczywiście będą druzgocące – ale o całą lawinę konsekwencji, które z tego wynikną. Proszę pamiętać, że w tle mamy jeszcze kwestię samochodów spalinowych, które Bruksela chce wyrzucić na złom historii, nie biorąc pod uwagę faktu, że nawet gdybyśmy masowo przesiedli się na elektryki, to przy obecnym zapotrzebowaniu na energię sieć i tak tego nie wytrzyma. Do tego dochodzi ETS 2, o którym mowa w raporcie „Solidarności”: eksperci wyliczyli, że samo paliwo zdrożeje o co najmniej 40 gr na litrze benzyny i 50 gr na dieslu. I to, proszę zauważyć, jest wariant optymistyczny.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”

drukuj