fot. Pixabay.com

„Nikomu nic nie bądźcie dłużni prócz wzajemnej miłości”. Wywiad o wolontariacie w Fundacji Hospicjum Onkologicznego św. Krzysztofa w Warszawie

Z pozoru całkiem obcy sobie ludzie, jednak hołdujący podobnym ideom: wiary, człowieczeństwa, rodziny i pomagania potrzebującym. Justyna Szymani i Robert Maciaszek poznali się podczas pierwszych organizowanych w FHO obchodów Dnia Wolontariusza. W rozmowie z Karoliną Chojką Bartoszko, pracownikiem Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa w Warszawie, opowiadają, dlaczego i jak ważny jest dla nich czas spędzany w hospicjum.

Czasem inicjalnym krokiem do pomagania podopiecznym naszej Fundacji jest zaangażowanie się w wolontariat akcyjny. To pierwsze doświadczenia, które uświadamiają nam, czego i ile jesteśmy w stanie dać z siebie drugiemu człowiekowi – pacjentowi.

Robert: Wolontariat zaczyna się od pragnienia. Uzmysłowienia sobie, że jest coś więcej. Dla mnie kontekstem czy też bazą, z której wyszedłem, jest świat wartości.

Kiedy rodzi się takie pragnienie? Gdy człowiek jest spełniony w życiu, czy wręcz przeciwnie, gdy czegoś mu brakuje?

Robert: Nie rodzi się z braku, a raczej ze świadomości, czym jest człowieczeństwo. Wiem, że brzmi to głęboko, ale tak to rozumiem. Dla mnie kluczowy jest tu obszar wiary. Chrześcijaństwo poprzez proste obrazy stanowi dla mnie definicję człowieczeństwa. Moim punktem wyjścia była mądrość zawarta w słowach św. Pawła w Liście do Rzymian: „Nikomu nic nie bądźcie dłużni prócz wzajemnej miłości”. Ten dług jest dobrym długiem. W świecie, który jest nastawiony na niezależność, samodzielność, ale też egoizm, zapatrzenie w siebie i własny sukces, przytoczony fragment Pisma Świętego przywraca mi wiarę w to, że żyjemy w świecie pełnym zależności. Moja próba samodzielności może oznaczać próbę niesamodzielności dla kogoś innego, gdy nie dam mu tego, do czego zostałem zaproszony. Mam na myśli miłość i wzajemną troskę. Tu nie chodzi o poczucie bycia herosem człowieczeństwa, a o normalną powinność bycia człowiekiem. Spojrzenia na problemy drugiej osoby. Gdy zrodzi się takie zrozumienie, nie mogę pozostać temu obojętny. Stąd moja decyzja o wolontariacie. Jestem tu i teraz. Mieszkam na Ursynowie, blisko Fundacji, w której dostrzec można dużo miłości. To tu z pomocą przyszły media, by zaapelować o pomoc w zbiórce na rzecz pacjentów hospicjum. Wcześniej nic nie wiedziałem o tym miejscu, ale zrozumiałem, że gdy ktoś jest w potrzebie, mogę zacząć pomagać z tym, co mam.

I nie potrzeba mieć dużo, by dać siebie innym.

Robert: Tu ważny jest kontekst św. Krzysztofa i fragment Ewangelii według św. Jana traktujący o rozmnożeniu chleba. Nie chodzi tu jednak o sam cud rozmnożenia, a o moment, gdy w tłumie pojawia się chłopiec, który chce pomóc, a ma tylko pięć chlebów i dwie ryby. Stawiamy pytania: „Czy pozwoli mi to rozwiązać problemy świata? Czy nakarmię całą ludzkość?”. Chodzi o to, aby umieć dostrzec i docenić to, co się ma, bo to niesamowity dar, który może nam wydawać się mały, ale dla kogoś innego będzie wszystkim. Dar obecności. Dla mnie to jest ta przestrzeń. To miejsce mojego początku – zrozumienie swojego miejsca w świecie jako człowieka. Wystarczy zaoferować to, co się ma i po prostu zacząć pomagać.

Justyna: U mnie zaczęło się od podobnych wniosków, co u Roberta. Była to także wiara i pewien przełom w tej wierze, który uzmysłowił mi, jak dużo mam i jak dużo dostałam, można powiedzieć – za darmo, z góry od losu. To, że urodziłam się zdrowa, w kochającej rodzinie, w wolnym kraju… a inni mają o wiele trudniej tylko dlatego, że nie mieli takiej szansy. Wtedy pojawiła się we mnie potrzeba oddania czegoś, co dostałam, podzielania się z innymi tym, co mam. Spisałam swoje aktywa i pomyślałam, którymi z nich mogłabym się podzielić. Zawsze miałam ogromy szacunek do osób starszych, szukałam zatem na Ursynowie miejsca, w którym takie osoby mogłabym wesprzeć. I tak znalazłam w skrzynce pocztowej ulotkę o organizowanym przez Fundację pikniku rodzinnym „Odczarowanie hospicjum”. Przyszłam zatem na to wydarzenie wraz z dziećmi. Nigdy w życiu nie myślałam, że będę wolontariuszem. Czułam taką potrzebę, ale zdawałam sobie sprawę z ogromu związanej z tym odpowiedzialności. Zanim zapukałam do drzwi Fundacji, przeszukałam internet w poszukiwaniu wszystkiego, czego można dowiedzieć się nt. wolontariatu, a w szczególności w hospicjum. Przeczytałam wszystkie książki ks. Jana Kaczkowskiego. Bardzo dużo o tym myślałam. Przed podjęciem decyzji często przyjeżdżałam po pracy na parking hospicjum i rozmyślałam. Tu, przy ul. Pileckiego 105, gdzie po jednej stronie jest Ośrodek Sportu i Rekreacji Arena Ursynów, po drugiej Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa. Tu, gdzie zaledwie kilka pasów ruchu oddziela dwa światy, tworzy dwie perspektywy. Uświadamiałam sobie wtedy, że wystarczy jedna chwila, by ta perspektywa się zmieniła – diagnoza nieuleczalnej choroby. Z decyzją o wolontariacie czekałam około roku.

Czy to znaczy ze czegoś się bałaś, czy chciałaś mieć pełną gotowość niesienia pomocy?

Justyna: Nad poważnymi tematami w życiu zastanawiam się długo, ale gdy już podejmę decyzję, jestem jak czołg. Zapukałam zatem do hospicjum, spotkałam się z Iwonką Miller (koordynatorką wolontariatu w FHO), odbyłam szkolenie, przeszłam test psychologiczny i weszłam na oddział. Był to 2017 rok. Sama nie spodziewałam się, że tak łatwo mi to przyjdzie. Choć nie miałam jeszcze doświadczenia w pracy z chorymi, to przez cały okres przygotowawczy do wzięcia na siebie odpowiedzialności, jaką jest praca przy pacjencie zarówno własny, jak i spędzony w Fundacji, nic mnie nie zraziło. Co więcej, dziś wiem, że decyzja o wolontariacie w hospicjum jest moją najmądrzejszą decyzją życiową. I tak o tym mówię swoim znajomym. Po dwóch latach bycia na oddziale postanowiłam włączyć w wolontariat moje dzieci (wtedy były one w wieku 8 i 5 lat). Uważam, że skoro dzieci powinny np. znać język angielski czy jeść zielone warzywa, to tak samo powinny wyrabiać w sobie wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka, szczególnie cierpiącego. Stało się to więc naszą wspólną aktywnością. Przyszłam tu z realną potrzebą podzielenia się swoim czasem, uwagą, rozmową. Bardzo szybko okazało się jednak, że dużo więcej dostaję niż daję od siebie. To było niesamowite.

Wolontariat wpływa na naszą codzienność. Czy wymaga to jakichś wyrzeczeń? Pokierowania swoim życiem w inny sposób?

Justyna: Jeśli mówimy o czasie, to jest to wyłącznie kwestia umiejętnej organizacji. Ustaliłam z koordynatorką wolontariatu, ile czasu jestem w stanie poświęcić pacjentom. Oczywiście mam swój dom i życie zawodowe. Trzeba to łączyć. Na wolontariat przy pacjencie przeznaczam 2 godziny w tygodniu. Mogłoby się wydawać, że to niedużo, a jednak to bardzo ważny czas. Wyliczyłam sobie kiedyś, że te 2 godziny w tygodniu to 2 procent czasu, w którym nie śpię. Zatem przez jego pozostałe 98 procent mądrzej żyję. To jest najlepsza inwestycja. Mam takie odczucie, że z każdym wejściem do hospicjum otwieram nową księgę mądrości. Wspominam ciepłą atmosferę spotkania z panią Wandą, osobą wierzącą, którą poznałam na oddziale. Powiedziała mi kiedyś: „A ja to jestem gotowa. Ja wszystko tu i na górze mam załatwione”. Dla mnie ta świadomość życia i śmierci była niesamowicie piękna. I tego świadomego życia życzę każdemu. Bardzo szybko zrozumiałam, że jest ono piękne, ale i kruche. Ta refleksja zmieniła moje podejście do codzienności. Zawsze byłam człowiekiem wielkich planów, celów. Żyłam w pędzie, a dzięki obecności w hospicjum wyhamowałam i skupiłam się na tym, co najważniejsze. Bo za czym ja biegnę, gonię, skoro życie jest dziś i nie wiadomo, co będzie jutro?

Dążyłam do tego, by opiekować się ludźmi starszymi, ale pojawiały się też bariery. Najtrudniejsza jest dla mnie konfrontacja z osobami chorymi, będącymi w moim wieku. Gdy po raz pierwszy miałam kontakt z taką osobą, a była to pani Asia, nie mogłam znaleźć słów do rozmowy. Pomyślałam sobie: „Asia – chora, Justyna – zdrowa”. A przecież mogłoby być na odwrót, a tak się złożyło, że to Asia zachorowała. To bardzo mnie uderzyło.

Hospicjum oswoiło mnie ze śmiercią, ale też uświadomiło, że życie jest tu i teraz. Wiele ludzi funkcjonuje w pewnej bańce, tak jakby ich życie miało trwać wiecznie, nie zastanawiając się na temat śmierci. Tu dotarło do mnie, że kto się urodzi, musi umrzeć. A nie wiemy, kiedy umrzemy, każdemu jest dany jakiś czas. Ostatnio to pandemia dała nam sporo takich doświadczeń. Dla mnie świadomość śmierci jest oczyszczająca, bardzo mnie pionizuje, przypomina, co jest dla mnie w życiu najbardziej istotne: miłość, relacje, zainteresowanie drugim człowiekiem. Hospicjum przywróciło mi tę (zatraconą w zawodowym i życiowym pędzie) mądrość.

Czy jest jednak coś, co trzeba w sobie przełamać? Czy jest to nowy obszar życia, który trzeba omówić z rodziną, zaplanować? Bo przecież wolontariat to realizowanie człowieczeństwa, ale i własnego ja. Czy to raczej wewnętrzny dialog samego chętnego na wolontariat?

Robert: Zawsze kiedy się zaczyna, towarzyszą temu hiper optymizm, pasja i pełna gotowość. Też tego doświadczyłem. Wtedy dyspozycyjność nie jest żadnym problemem i wyzwaniem. W pomoc hospicjum udało mi się zaangażować także swoją żonę i dzieci, które dziś są już właściwie dorosłymi ludźmi (21, 19 i 17 lat).

Wiele zależy od skali. Udzielam się jako wolontariusz również w innej przestrzeni, która też bardzo mnie angażuje. Jednak we wszelkich działaniach chodzi o miłość. Lubię porównywać to do kręgów; pierwszym kręgiem jest moje małżeństwo, rodzina. I moje pragnienie dobra musi się zacząć od tego kręgu, aby jakikolwiek inny krąg miał sens. Jeżeli zatem skala tego wolontariatu jest czymś, co wpływa na relacje w rodzinie, to zawsze wymaga to rozmowy. W przypadku hospicjum skala wolontariatu była tak niewielka, że miała pokazać, że zawsze istnieje jakaś forma realizacji tego, co jest dobre i ważne. Nie jest to jednak nadmiernie absorbujące. Zaczęło się od zbiórki rzeczowej na potrzeby pacjentów w jednym z ursynowskich sklepów. Wtedy poszedłem tam sam, bo nigdy nie narzucam rodzinie, co ma robić. Działam bardziej na zasadzie: „Idę czynić dobro i czujcie się do tego zaproszeni.”. Odpowiedź na zaproszenie miło zaskoczyła i w głębi duszy chciałem się tego zaskoczenia spodziewać.

Na nasz rodzinny wolontariat patrzymy nie jak na koszt, a inwestycję w świat, w którym chcemy żyć, w którym troska, dobro, miłość, wrażliwość i umiejętność rezygnacji z siebie na rzecz drugiej osoby jest czymś realnym, nie zaś tylko mrzonką czy wspomnieniem o czasach, w których ludzie hołdowali podobnym wartościom. Jestem tu i teraz, żyję na Ursynowie. Mamy rok 2021 i to też jest przestrzeń do zmieniania świata poprzez miłość. Znaczenie tego, co zyskujemy w wymiarze relacji, tego co i dla kogo czynimy, jest dużo większe niż „koszt”, który możemy ponieść w ramach naszych działań. W trudnych momentach stawiam sobie pytania: „Dlaczego to robię? Jaki jest tego cel?”. Odpowiedź jest dla mnie często uwalniająca i bardzo pomocna w nabieraniu właściwej perspektywy i nadawaniu sensu codzienności wolontariatu.

Czy wolontariat zmienia człowieka? Wzmacnia w nas to, co najlepsze?

Justyna: Bardzo zmienia i ubogaca, pozwala przewartościować swoje życie. Mam wrażenie, że bardzo zmądrzałam dzięki byciu wolontariuszką w hospicjum. Ważne jest to, aby decyzja o podjęciu wolontariatu była wspólna, uzgodniona z rodziną. Mój wybór jest naszym wspólnym wyborem – moim i męża. Wspiera mnie on w tym, aby to wszystko działało. Na czas mojej nieobecności to na jego barkach spoczywają wszystkie obowiązki. Dlatego niezbędne jest tu wzajemne zrozumienie i wsparcie.

Wolontariat to dla mnie poczucie świadomości tego, w jakim stanie jest świat. Dzisiaj ja mam 41 lat, jestem zdrowa, silna, mogę pomóc. Chcę pokazywać moim dzieciom, że można to robić. Przy dobrych wiatrach dożyję wieku senioralnego i też będę potrzebowała pomocy.

Do nowych miejsc przychodzimy z już ukształtowaną wizją świata. Czasem może to stanowić barierę, ale nie musi. Jakie było Wasze wyobrażenie o hospicjum, zanim tu przyszliście? Jakie myśli i uczucia budziło? Bycie przy chorym człowieku to trudne zadanie…

Justyna: Czas przy pacjencie płynie mi zupełnie inaczej. Stawiając pierwsze kroki na oddziale, miałam poczucie, że świat się zatrzymuje, jest tylko tu i teraz. Ja jestem dla człowieka i człowiek jest ze mną. Nie wiem, co będzie za tydzień, gdy tu przyjdę, dlatego tak ważne jest, żeby każde spotkanie było dobre, wykorzystane jak najlepiej.

Przeszłam oczywiście szkolenie dla wolontariuszy i byłam znakomicie przygotowana, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ważny jest dotyk. Pacjentów zawodzą czasem zmysły wzroku, słuchu, smaku, a dotyk pozostaje. Miałam jedno niesamowite doświadczenie. Podczas wizyty u pacjentki, pani Wandy, w pokoju leżała pani, która była w ciężkim stanie, miała zamknięte oczy i odbierała ograniczoną ilość bodźców z zewnątrz. Podeszłam do tej pacjentki, choć nie sądziłam, że coś od siebie mogę tej pani dać. Jej łóżko stało przy oknie. Wzięłam ją delikatnie za rękę i zaczęłam relacjonować, co za tym oknem widzę. To był piękny słoneczny dzień, ptaki śpiewały, wiatr delikatnie wiał. To wszystko jej opowiadałam. Trwało to dobrych kilka minut. Dopowiedziałam, że motyle fruwają po ogrodzie i wtedy pacjentka zareagowała, westchnęła. Przeżywała to, co ja mówiłam, moją opowieść. To było niesamowite i piękne doświadczenie. Pani przez całe spotkanie nie odezwała się.

Robert: To przepiękny obraz. Stałaś się dla niej na chwilę jej oczami, słuchem, zmysłem powonienia. Dałaś pacjentce swój zachwyt nad światem, a Pani go przyjęła.

Wracając do pytania o bariery, to do tej pory jeszcze nie wszedłem na oddział do pacjentów. Rozmyślamy z żoną o przejściu szkolenia. Zastanawiamy się nad różnymi aspektami tej formy wolontariatu. Mi na przykład najtrudniej będzie się zmierzyć z poczuciem straty. W końcu ludzie, których poznajemy w hospicjum, przestają być obcy, gdy tylko przekroczymy próg ich sali. Bardzo cenię sobie relacje, bo uważam, że każda osoba jest na swój sposób niezwykła. Stąd przekonanie, że nie pozostanie mi obojętny nagły brak którejś z nich. Sama choroba nie jest dla mnie tabu czy przeszkodą.

Dla mnie siłą jest wiara oraz umiejętność doświadczania i doceniania tego to, co małe, przyjmowania i podziękowania za to. Strata (choć czasowa) jest kosztem, którego warta jest relacja miłości. Na oddziale widzimy człowieka w całej jego słabości, ale i w jego pięknie i ulotności.

Tutaj złożona obietnica smakuje inaczej.

Robert: Tak to prawda. Proste „do jutra” może mieć tu zupełnie inne znaczenie i wydźwięk.

Justyna: To nieocenione, jak ważne jest spotkanie tu i teraz. Dajemy z siebie najwięcej podczas tego spotkania, bo nie wiadomo, co będzie jutro. To przełożyło się na moje życie prywatne – „tu i teraz” nabrało innej mocy.

Wolontariat to ciężka praca dla ciała, ducha i umysłu. Czy jest to przestrzeń, w której można się wypalić? Czy znajdujecie moment, by się zatrzymać?

Justyna: Mamy prawo do zmęczenia. Wolontariat oddziałuje silnie na wszystkie te sfery. I jest to normalne, ale też nikt nie mówi, aby oddawać innym 50 procent czasu. Ja daję 2 procent mojego czasu w tygodniu i pozwala mi to zachować równowagę.

Wracasz do domu i odcinasz się od tego świata hospicjum?

Justyna: Nie. Lekcje, które stąd wynoszę są ze mną przez cały czas, ale uważam, że to jest dobre. Teraz dodatkowo koronawirus przybliżył nam wszystkim widmo śmierci. Mnie to nie dotknęło w ogóle. Czułam wewnętrzny spokój przez cały okres pandemii. W jakiś sposób zdążyłam oswoić się ze śmiercią. Oczywiście bałam się zachorowania, ale skupiam się tym, że życie jest dziś. Można przeżyć 110 lat i nic z tego życia nie mieć, a można znacznie mniej, ale za to pełniej. Musimy dany nam czas wypełniać miłością. Po prostu. Do tego zostaliśmy powołani. Nasz czas tu na ziemi jest ograniczony. Nie wiemy, jak bardzo, ale jest. I to jest próba tego, na co go przeznaczymy.

Robert: Dla mnie jednym z takich hamulców, takiego „BHP wolontariusza”, jest rodzina i to, jak niesiona pomoc wpływa na relacje w domu. W dobie COVID-19 czuję deficyt pomocy wolontariackiej, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czegoś jest za dużo. Ale tu nie chodzi oczywiście o wypalenie idei. Być może to konieczność odpoczynku od jakiejś formy, bo np. moja psychika jest niedoskonała czy też moja cielesność prowadzi do mojego dyskomfortu i określa, do czego jestem zdolny lub nie.

Odwiedziny pacjentów na oddziale, mam przeświadczenie, że są czymś specjalnym, wyjątkowym. Ale robię różne rzeczy, więc co jakiś czas wracam do pytania Dlaczego ja to robię?”.

Wejście do pacjenta to odpowiedzialność. Kiedyś zasłyszałem opowieść ornitologa, przed którym postawiono pytanie: „Czy dokarmiać ptaki, kiedy wszystkiego mają pod dostatkiem?”. A on odpowiedział: „Kiedy przyzwyczaimy ptaka do tego, że ma co jeść w tym miejscu, że zastanie naszą odpowiedź na jego potrzebę i tego pokarmu tam nie będzie – dostaje informację: teraz nie powinieneś już jeść. Radź sobie sam. W takiej sytuacji okazuje się, że wcale nie robimy dobrze, nie dokarmiając. Pomagając, stajemy się odpowiedzialni za tę pomoc”. Jeśli się wchodzi do jakiegoś miejsca i czyni się coś dobrego, zaciąga się pewne zobowiązanie. Potrzeba wiele mądrości, wyczucia i umiejętności, aby znaleźć zdrowy balans pomiędzy tym, co jest dobre dla mnie, a tym do czego się zobowiązałem. I to jest ta przestrzeń kosztu. Dlatego też jestem odpowiedzialny za stworzoną przestrzeń. Tworze ją wchodząc do pacjenta, jestem za tę przestrzeń i relacje odpowiedzialny.

Wypalenie to moment, w którym przeoczyło się jakieś sygnały. Trzeba umieć patrzeć na ten żar zaangażowania i go umiejętnie kształtować. Według mnie to wielkie zadanie Iwony (koordynator wolontariatu w FHO), która się nami opiekuje. Ona dobrze wie, jak nam zbilansować zadania, abyśmy nie byli przeciążeni. Raczej pojawia się niedosyt. Każdy ma jednak swoje mechanizmy, aby ustrzec się przed wypaleniem, ale bardzo pomocne są także osoby z zewnątrz, takie jak Iwona, które pomagają we właściwy sposób utrzymać ten żar.

A czy wolontariatem można zarazić? To cząstka waszego świata. O hospicjum, o śmierci, o chorobach nie rozmawia się na co dzień. Chcemy unikać trudnych tematów, z którymi musimy się skonfrontować. Czy opowiadacie o Waszej pracy wolontariackiej w swoim otoczeniu?

Justyna: Uczymy się wszyscy nawzajem od siebie. Nasze doświadczenia mogą być wskazówką dla innych. Opowiadam o moim wolontariacie także w pracy i tu aktywnie wspieram działania wolontariackie. Jak wspominałam, uważam, że to była najmądrzejsza decyzja w moim życiu Chętnie dzielę się tym doświadczeniem, gdyż uważam, że wolontariat był zbawienny dla mnie, tak samo może być cenny dla innych. Wolontariat to dobra cegiełka dla świata, który nas otacza.

Robert: Gdy opowiadam o hospicjum, nie jest moim celem, aby pokazywać je jako miejsce, które czegoś potrzebuje. Myślę raczej: „Być może jest w tobie coś, czego jeszcze dziś nie potrafisz nazwać, zdefiniować. Pragnienie, aby ten świat zmieniać na lepsze. W jakimś wymiarze – tam, gdzie jesteś. I zrozumienie, że masz coś, co możesz dać światu jest dla mnie ważne. Mieszkasz na Ursynowie. Zobacz, co cię otacza i pomyśl, co możesz podarować.” Jest masa okazji, by praktykować miłość, wystarczy się rozejrzeć. Najważniejsze, aby aktywność wypłynęła ze sposobu myślenia. Gdy zmieni się spojrzenie na świat, siebie i własne zasoby, pomaganie ma szansę przetrwać, bo jeśli zmienisz tę perspektywę, to już na pewne rzeczy nie da się patrzeć inaczej.

Zastanawiam się, czy wolontariat w hospicjum kojarzy się tak samo, jak stereotypowo postrzega się to miejsce: ze smutkiem, trudnymi emocjami, śmiercią.

Justyna: To jest życie. Chodzi o to, aby wspierać się nawzajem. W życiu prywatnym czy zawodowym są różne chwile. Nie można pudrować rzeczywistości. A zaplecze bywa różne. Konfrontacja z prawdziwym życiem, ze śmiercią, mówienie o tym dzieciom jest bardzo ważne, bo cierpienie i śmierć są jego częścią.

Gdy wyobrażałam sobie hospicjum, myślałam o stanach pacjentów, z których jedni mogą być nieświadomi, a drudzy całkowicie świadomi tego, gdzie są. Jeśli zatem mogę przyjść i w tym czasie porozmawiać, tak normalnie i dzięki temu odganiamy wspólnie negatywne myśli pacjenta, to będę czynić. Jesteśmy razem, a czas płynie w oderwaniu od tego, gdzie jesteśmy.

Robert: Czasem spotykam się z chwilami zawahania u innych, kiedy mówię, że jednym z obszarów mojej pomocy jest hospicjum. Do tej pory nie mam doświadczenia miejsca, „gdzie umierają chorzy ludzie”, to co robimy, robimy dla radości i uśmiechu pacjentów, z troską o jakość życia tych, którzy sami o siebie nie są już w stanie zatroszczyć. Nie raz zastanawiałem się, co sprawia, że o hospicjum tak źle się myśli. Co się takiego dzieje w nas, że chcemy zepchnąć prawdziwy świat do takiej bańki mydlanej. To tutaj jest miejsce prawdy i to ona jest właśnie trudna. Racjonalizujemy sobie powody, dla których nie chcemy o niej mówić.

No właśnie. Konfrontacja z prawdziwym życiem. W hospicjum nikt nie udaje. Tu jest prawdziwe i autentyczne życie. Widzimy człowieka w całej jego formie.

Robert: To piękne móc skonfrontować się z prawdziwością. Że ta prawdziwość nie do końca dotyczy śmierci. Umiera się wszędzie, nie tylko w hospicjum. To jest o tym, jak w trudnych sytuacjach można pięknie żyć i mieć przestrzeń do bycia, w której okoliczności nie będą mi mówiły, kim jestem. To właśnie przez pryzmat, kim jestem będę patrzeć na okoliczności. One mnie nie definiują.

Pod opieką hospicjum przebywa CZŁOWIEK, a nie tylko PACJENT. Czy otoczenie właśnie o tym zapomina?

Justyna: Dokładnie. Wchodząc do sali pacjenta, nie znamy historii jego choroby. Znamy imię i to nam wystarcza, by nieść miłość. Dziś świat daje nam niezliczone możliwości: co do pracy, miejsca zamieszkania, stylu życia, form spędzania wolnego czasu. Granice nie istnieją. Ja zaś jestem przekonana, że jestem na właściwej drodze! A to już coś w świecie multiopcji, jakie mamy do dyspozycji! Hospicjum mnie niesamowicie wyciszyło z niezdrowego pędu, który narzuca nam rzeczywistość. Sama siebie nie poznaję, to pokierowanie z góry – jestem tego pewna. Cieszę się, że „zdążyłam” odkryć, co jest celem w życiu i za tym podążać. Miłość jest najważniejsza!

Maja Wiśniewska/Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa/radiomaryja.pl

 

drukuj