Nikogo nie zdradził

Wiosną 1947 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie podjęło intensywne działania operacyjne, które miały na celu rozpracowanie tajnej drogi przerzutowej prowadzącej na Zachód przez Szczecin.

W wyniku prowadzonych wówczas czynności operacyjnych natrafiono także na ślad działalności Witolda Pileckiego i osób z nim współpracujących. Na ten trop prawdopodobnie naprowadził łącznik ze sztabem II Korpusu Polskiego we Włoszech, który – według relacji byłego więźnia KL Auschwitz Wincentego Gawrona – mieszkał w Berlinie, gdzie został ujęty przez agentów NKWD, a następnie przekazany do Polski.

Według innej wersji rotmistrza i jego grupę miał zadenuncjować do UB Wacław Alchimowicz, agent sowiecki, który w czasie okupacji wydawał żołnierzy AK, a po wojnie został funkcjonariuszem MBP.

6 maja 1947 r. jako pierwszego zatrzymano Tadeusza Płużańskiego. Wkrótce ujęto następne osoby: Helenę i Makarego Sieradzkich (7 maja), Witolda Pileckiego (8 maja), Marię Szelągowską (9 maja), Maksymiliana Kauckiego (10 maja), Stanisławę Skłodowską-Płużańską (11 maja), Witolda Różyckiego (13 maja), Ryszarda Jamontta-Krzywickiego (14 maja), Stanisława Furmańczyka (16 maja), Jerzego Nowakowskiego (22 maja), Władysława Kielima (22 maja), Leona Knyrewicza (22 maja), Stanisława Jaworskiego (22 maja), Stanisława Kuczyńskiego (22 maja), Marię Kolarczyk (29 maja) i Wacławę Wolańską (7 czerwca).

Notes Pileckiego

Wszystkich aresztowanych umieszczono później w więzieniu na Mokotowie, gdzie rozpoczęły się ich przesłuchania, połączone w niektórych sytuacjach ze znęcaniem się, biciem i torturami. Śledztwo nadzorował ówczesny dyrektor departamentu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego płk Józef Różański, który faktycznie decydował o wyrokach, jakie później zapadały na sali sądowej.

Nie wiadomo dokładnie, w jakich okolicznościach ujęto Pileckiego. Najprawdopodobniej stało się to w mieszkaniu Heleny i Makarego Sieradzkich przy ulicy Pańskiej w Warszawie, które wynajmował i do którego przyszedł 8 maja 1947 r., nie wiedząc o aresztowaniu jego właścicieli w dniu poprzednim. Wiadomo natomiast, że zatrzymania dokonał funkcjonariusz MBP ppor. Eugeniusz Chimczak, który w tym samym dniu przesłuchiwał także Witolda Pileckiego.

Od 13 maja do 4 listopada 1947 r. następujący śledczy MBP: podporucznicy Eugeniusz Chimczak i Jerzy Kroszel oraz porucznicy Stefan Alaborski, Marian Krawczyński i Stanisław Łyszkowski, prowadzili wielogodzinne przesłuchania Pileckiego, spisując z ich przebiegu i uzyskanych zeznań dwadzieścia siedem obszernych protokołów. W protokołach tych zarówno Witold Pilecki, jak i pozostali podejrzani obszernie i szczerze opisywali motywy oraz przebieg swojej działalności, nie uważając jej jednak za szpiegowską i skierowaną przeciwko Polsce. Pilecki zdawał sobie sprawę, że działalność jego grupy została dokładnie rozpracowana, ponadto przy aresztowaniu w ręce UB wpadł notes z blisko 100 adresami osób z nim współpracujących.

Śledczy, konstruując zadawane w czasie przesłuchań pytania, konsekwentnie zmierzali do wykazania, że Witold Pilecki był kierownikiem sieci szpiegowskiej na kraj, zorganizowanej przez ośrodek obcego wywiadu, za jaki komunistyczne władze uważały II Korpus Polski gen. Andersa. Dodatkowym obciążeniem – czemu zaprzeczał Pilecki w trakcie przesłuchań, m.in. podczas rozmowy, jaką przeprowadził z nim Różański – miało być przygotowywanie przez powyższą siatkę zamachów na życie wyższych funkcjonariuszy MBP w Warszawie. Odpierając ten zarzut jeszcze w śledztwie – po powyższej rozmowie z Różańskim – Witold Pilecki napisał do niego w więzieniu mokotowskim list, datowany na 4 czerwca 1947 r., którego fragment jest szczególnie wymowny: „(…) po przeżyciach w Oświęcimiu nie umiałbym nikogo zamordować”. Wcześniej – 14 maja tegoż roku, sześć dni po aresztowaniu – napisał również wiersz, adresowany do Różańskiego, w którym zawarł cały tragizm swojej sytuacji.

Nic cię nie uratuje

Skrupulatnie notowany i zbierany w czasie śledztwa materiał dowodowy miał stanowić podwaliny, na których zamierzano oprzeć akt oskarżenia i przyszły proces pokazowy. Surowe wyroki były już wcześniej przewidziane przez Różańskiego, o czym tak po latach napisał Tadeusz Płużański: „Śledztwo nadzorował ówczesny dyrektor departamentu śledczego MBP, Józef Różański, który faktycznie ferował wyroki. Moje ostatnie z nim spotkanie zakończył zapewnieniem: ’Ty masz u mnie dwa wyroki śmierci, ciebie nic nie uratuje. Przyjdą, wyprowadzą, pier… ci w łeb i to będzie taka zwykła ludzka śmierć’”. Trudno dzisiaj dokładnie ustalić, w jakim zakresie wobec Pileckiego i pozostałych podejrzanych stosowano tortury. Wiadomo natomiast, że oficerowie śledczy w tej sprawie, tacy jak Chimczak i Alaborski, słynęli na Mokotowie z okrucieństwa. Pani Zofia Pilecka-Optułowicz, córka Witolda, wspominała: „Dopiero po rozmowie z księdzem Czajkowskim, który widział ojca jako świadka na swoim kapturowym procesie, przestaliśmy wierzyć, że żyje. (…) Ksiądz Czajkowski opowiedział nam, że ojciec nie był w stanie podnosić głowy, miał połamane obojczyki, ręce zwisały mu bezwładnie wzdłuż ciała. Ksiądz twierdził, że żyje dzięki ojcu, który nie chciał przeciw niemu świadczyć”. Zaś Maria Pilecka zapamiętała, że w czasie pożegnania z mężem po zakończeniu procesu miał zerwane u palców rąk paznokcie.

Wiadomo, że w posiadaniu płk. Różańskiego były kopie dwóch raportów, które Witold Pilecki napisał na temat swoich obozowych przeżyć i działalności konspiracyjnej w KL Auschwitz. Nie zostały jednak dopuszczone przez płk. Różańskiego jak dowody rzeczowe uzyskane podczas śledztwa, natomiast później zostały dołączone bądź wymienione w aktach procesowych przeciwko Witoldowi Pileckiemu i innym. Niebezpieczny „szpieg” nie mógł okazać się bohaterem.

Musi być kara śmierci

10 grudnia 1947 r. por. Marian Krawczyński sporządził wielostronicowy akt oskarżenia przeciwko Witoldowi Pileckiemu i siedmiu pozostałym osobom, datowany na 11 grudnia 1947 r., a zaakceptowany przez naczelnika Wydziału II Departamentu Śledczego majora Adama Humera 23 stycznia 1948 roku. W jego wstępie była już zawarta zapowiedź oskarżenia o szpiegostwo z art. 7 Dekretu z 13 czerwca 1946 roku.

Proces rozpoczął się 3 marca 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Był on w powojennej Polsce jednym z procesów pokazowych organizowanych przez funkcjonariuszy MBP. Sprawa Pileckiego została bardzo nagłośniona, co tak zapamiętała jego córka Zofia Pilecka-Optułowicz: „Echa procesu, w którym został oskarżony o szpiegostwo i nielegalne posiadanie broni, razem z siedmioma innymi osobami, docierały do nas za pośrednictwem prasy i radia, ostro potępiających ’zdrajców i agentów imperialistycznych’. (…) Rówieśnicy i ludzie pamiętający ojca z lat okupacji okazywali nam współczucie i życzliwość”.

Podporucznik Zygmunt Mączyński, aplikant Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, tak opisywał atmosferę, która panowała w tym sądzie w pierwszych latach po wojnie: „W lecie 1947 r. kierownictwo sądu uległo kolejnej rotacji. (…) Wkrótce prezesem sądu został – przeniesiony z Wrocławia – płk Aleksander Warecki, prawnik. I teraz znów rozpoczęły się terror i bezprawie. Płk Warecki i szef departamentu śledczego MBP, Różański, szybko znaleźli wspólny język rozpoczynając ’uzdrawianie’ wymiaru sprawiedliwości PRL. (…) Płk Aleksander Warecki wprowadził ’zwyczaj’ meldowania się sędziów z aktami sprawy przed rozpoczęciem sesji, w godzinach 8-9 rano. Każdy z nich informował, jakiej przewodniczy rozprawie; pułkownik wyciągał wówczas wokandę i mówił: ’W tej sprawie wolna ręka’. Albo: ’Tu musi być kara śmierci’. Albo – w najważniejszych – ’Musi być kara śmierci, bo tak sobie życzy sam płk Różański’”.

Obok Witolda Pileckiego na ławie oskarżonych zasiedli: Maria Szelągowska, Tadeusz Płużański, Makary Sieradzki, Ryszard Jamontt-Krzywicki, Maksymilian Kaucki, Jerzy Nowakowski i Witold Różycki. Rozprawa była jawna, a tylko pewne jej fragmenty odbywały się przy drzwiach zamkniętych. W czasie dostępnych dla publiczności rozpraw mogły w nich uczestniczyć także rodziny oskarżonych, ale obowiązywały przepustki wydawane przez sąd oraz Departament Służby Sprawiedliwości MON. Witold odrzucał wszelkie propozycje jakichkolwiek starań w Jego sprawie. (…) W czasie jednej z takich krótkich rozmów powiedział: ’czuję się już bardzo zmęczony i chcę szybkiego zakończenia’. Słowa te w ustach takiego człowieka, jakim był Witold, były czymś niesłychanym, zabrzmiały dla mnie tragicznie” – wspomina w swej relacji Eleonora Ostrowska.

Na rozprawie Witold Pilecki powiedział m.in., że „protokoły z przesłuchań podpisywałem, przeważnie ich nie czytając, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”.

Byłem polskim oficerem

Część rozprawy dotycząca zarzutu o przygotowaniach do zamachów na wyższych funkcjonariuszy MBP, oparta na materiale w dużej mierze umiejętnie zafałszowanym przez oficerów śledczych, była utajniona i odbyła się przy drzwiach zamkniętych. W tym czasie składał wyjaśnienia m.in. Tadeusz Płużański, który kategorycznie zaprzeczył na sali sądowej: „Nie zeznawałem w śledztwie, by oskarżony Pilecki miał zająć się likwidacją funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego”. W odpowiedzi na dodatkowe pytanie, zadane w tej sprawie przez wiceprokuratora majora Czesława Łapińskiego, jeszcze raz podkreślił: „W śledztwie takich zeznań nie składałem. W wielu wypadkach oficer śledczy nie zapisał tego, co zaznaczałem”.

Z kolei Ryszard Jamontt-Krzywicki o swoich zeznaniach w śledztwie, które przeszedł w więzieniu mokotowskim, na sali sądowej powiedział: „Zeznania te są sprzeczne z rzeczywistością, ale podpisywałem je, gdyż byłem bardzo zmęczony, podpisałbym wówczas na siebie nawet karę śmierci”.

Podobne wyjaśnienia złożył wówczas przed sądem także Maksymilian Kaucki: „Obecnie jestem chory na gruźlicę i kaszlę krwią. Byleby nie przedłużać śledztwa, zgadzałem się na podpisywanie wszystkiego, co mi kazano”.

Przewód sądowy został zakończony 11 marca 1948 roku. Oskarżeni w ostatnim słowie przede wszystkim podkreślali, że nie byli szpiegami i sądzili, że służą dla dobra Polski. Warto przytoczyć słowa, które wtedy wypowiedział rtm. Witold Pilecki: „Nie byłem rezydentem, a tylko polskim oficerem. Wykonywałem tylko rozkazy, aż do chwili aresztowania mnie. Nie miałem przeświadczenia, że dopuszczam się szpiegostwa i przy ferowaniu wyroku proszę o wzięcie tego pod uwagę”, a także Maria Szelągowska: „Mną kierowała głęboka wiara i przekonanie w to, co robiłam – wiara w ukochany Kraj i Ojczyznę (…)”.

Dr Adam Cyra

Autor jest pracownikiem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Opublikował liczne książki i artykuły o rtm. Witoldzie Pileckim.

drukuj