fot. PAP/Tytus Żmijewski

Ks. prof. P. Bortkiewicz dla „Naszego Dziennika”: Początkiem erozji Kościoła w Niemczech było odrzucenie grzechu i zaniechanie sakramentalnej spowiedzi świętej

„U początku tych zmian leżało odrzucenie spowiedzi świętej. To z kolei oznaczało wyparcie pojęcia grzechu i winy ze świadomości moralnej wierzących. Oznaczało także odrzucenie obiektywnego prawa moralnego i zastąpienie go wizją sumienia kreatywnego, to znaczy takiego, które samo stanowi dla siebie normy dostosowane do konkretnej sytuacji” – powiedział w rozmowie z red. Beatą Falkowską z „Naszego Dziennika” ks. prof. Pawłem Bortkiewiczem TChr, moralista i etyk.

Koń trojański w Kościele

Dożyliśmy czasów, w których protestancki pastor ostrzega niemiecki Kościół katolicki, że dalsze podążanie tzw. drogą synodalną „wymusi protestantyzację Kościoła katolickiego”. Takie właśnie będą skutki „reform” forsowanych w niemieckim Kościele?

– Tak, niezwykle poruszający jest ten właśnie fakt, że Alexander Garth, pastor luterański zarządzający wspólnotą w Wittenberdze, a zatem w mieście, w którym od wystąpienia Marcina Lutra rozpoczęła się reformacja, kieruje z autentycznie chrześcijańską troską przesłanie do katolików w Niemczech, podążających tzw. drogą synodalną. W tym przesłaniu padają m.in. słowa: „Demokratyzowanie Kościoła narodowego zawsze oznacza, że populistyczne, minimalne chrześcijaństwo staje się standardem kościelnym, co prowadzi cały Kościół do banalizacji i rozcieńczenia Ewangelii”.

W tym zwięzłym zdaniu padają właściwie wszystkie główne grzechy, które są dziełem tzw. postępowych katolików w Niemczech – demokratyzacja Kościoła, czyli odejście od prawdy, że Kościół jest dziełem Chrystusa i wyrasta z Eucharystii, a nie z demokratycznych sądów i przesądów. Dalej pada tam określenie populizmu, które jest konsekwencją podążania za duchem czasu i dostosowywania się do opinii publicznej, a nie normy Ewangelii. I wreszcie pada sformułowanie minimalizmu chrześcijańskiego, które w istocie oznacza zdradę samego rdzenia Ewangelii. Ten sam pastor wskazuje postępowym katolikom, by nie reformowali swojego Kościoła, ale po prostu przeszli do wspólnoty luterańskiej. Tam bowiem znajdą to, co chcą narzucić katolicyzmowi.

Kościół w Niemczech stoi u progu schizmy? Wszystkie ostrzeżenia kierowane do niemieckiego Episkopatu z Watykanu spotykają się z lekceważeniem lub sprzeciwem. Falę krytyki i oporu wywołała wśród niemieckiego duchowieństwa niedawna nota Watykanu potwierdzająca niezmienne nauczanie Kościoła odmawiające błogosławieństwa związkom homoseksualnym.

– W moim przekonaniu ten próg został już przekroczony. Kościół w Niemczech, a dokładniej mówiąc ta jego część, która kontestuje i odrzuca nauczanie Magisterium Kościoła katolickiego, jest już poza Kościołem katolickim. Kontestacja, krytyka i ostentacyjny sprzeciw wobec noty Kongregacji Nauki Wiary jest w tym przypadku bardzo czytelnym znakiem. To nie jest przecież odrzucenie czegoś nowego, jakiegoś orzeczenia, które zostało sformułowane na skutek aktualnych hipotez teologicznych. To jest odrzucenie przypomnienia nauki Kościoła – tradycyjnej i ugruntowanej w Piśmie Świętym. Wbrew zatem temu, co pojawia się w buńczucznych wypowiedziach hierarchów i laikatu niemieckiego, to nie jest kontestacja „dokumentu watykańskiego”. To jest odrzucenie nauki Kościoła.

W Niemczech czy Austrii duchowni katoliccy błogosławią relacje osób homoseksualnych podczas prywatnych ceremonii. Również w mijającym tygodniu takie wydarzenia ostentacyjnie odbyły się w niemieckich kościołach.

– Kościół w Niemczech, ale także faktycznie Kościół w Austrii czy Szwajcarii, już od długiego czasu deformuje nauczanie doktrynalne i moralne. Poskutkowało to zarzuceniem spowiedzi indywidualnej, banalizacją Eucharystii, udzielaniem Komunii św. osobom żyjącym w związkach niesakramentalnych, błogosławieństwem związków jednopłciowych. Następnie tę praktykę usiłuje się usprawiedliwić fałszywą doktryną. Z chwilą gdy pojawiały się, czy pojawiają się, reakcje Stolicy Apostolskiej, wspomniane Kościoły lokalne, w tym przypadku zwłaszcza Kościół w Niemczech, reagują w sposób alergiczny, czy wręcz histeryczny. Sam byłem świadkiem, kiedy po opublikowaniu noty Kongregacji Nauki Wiary w marcu organizowane były protesty o charakterze „solidarnościowym” z osobami homoseksualnymi. Polegały na profanacji kościołów poprzez wywieszanie na murach kościołów, ale także w ich wnętrzach niby-tęczowych bander. Na stronach internetowych wielu diecezji pojawiły się znaki graficzne określonej ideologii. Wielu hierarchów w V niedzielę Wielkiego Postu podjęło propagandową kampanię na ambonach kontestującą nauczanie Kościoła.

10 maja przeżyliśmy kolejną falę, jeszcze bardziej skandaliczną, polegającą na ostentacyjnym błogosławieniu związków jednopłciowych. Jaka była skala tego zjawiska – nie potrafię w tej chwili określić. Mój przyjaciel z diecezji Münster, z którym się kontaktowałem, twierdzi, że wbrew oczekiwaniom akcja ta nie przybrała masowego charakteru we wspomnianej diecezji. Jednak media donoszą, że w wielu innych diecezjach doszło do takich działań. Wydaje się, że nie jest najistotniejsza skala tego zjawiska, ale samo jego zaistnienie. Nie miało z pewnością charakteru powszechnego, ale nie było też incydentalne.

Sytuacja, którą obserwujemy dziś w niemieckim Kościele, to efekt sekwencji wydarzeń rozpisanej na lata. Z jaką taktyką rozmiękczania i zafałszowywania nauczania i tradycji Kościoła mieliśmy do czynienia w Niemczech?

– Chyba raz jeszcze warto podkreślić, że u początku tych zmian leżało odrzucenie spowiedzi świętej. To z kolei oznaczało wyparcie pojęcia grzechu i winy ze świadomości moralnej wierzących. Oznaczało także odrzucenie obiektywnego prawa moralnego i zastąpienie go wizją sumienia kreatywnego, to znaczy takiego, które samo stanowi dla siebie normy dostosowane do konkretnej sytuacji. Jeden ze znaczących teologów niemieckich lat 70., Alfons Auer, wprowadził bardzo znamienne rozróżnienie etosu świeckiego i etosu świętego, wskazując zarazem, że w tych dwóch niespójnych – jego zdaniem – płaszczyznach obowiązuje zasada skrajnie pojętej autonomii moralnej. Oznaczało to, że katolik w praktyce swoją wiarę wyraża wyłącznie w płaszczyźnie etosu świętego, który ma charakter radykalnie sprywatyzowany. W sferze etosu świeckiego katolik mógł postępować tak, jak dyktował to świat. To właśnie tym tendencjom sprzeciwił się w sposób niezwykle wyrazisty i kategoryczny św. Jan Paweł II w „Veritatis splendor”. Ta encyklika wywołała zresztą alergiczną reakcję wielu hierarchów, teologów i filozofów niemieckich. Wracam jednak do myśli, że początkiem tej erozji Kościoła w Niemczech stało się odrzucenie grzechu i zaniechanie sakramentalnej spowiedzi świętej.

W Polsce słyszymy o działaniach niemieckiego Ruchu Maria 2.0, postulującego dopuszczenie kobiet do kapłaństwa. Jak kształtowały się środowiska dążące do „reformy” niemieckiego Kościoła w duchu protestanckim? Jaki wpływ miała na ten proces rewolucja obyczajowa 1968 roku?

– To jest pytanie, na które odpowiedź przekracza ramy naszej rozmowy. Pozwolę sobie jedynie zasygnalizować, że właściwie od czasu Soboru Watykańskiego II, a mówiąc precyzyjniej, od jego implementacji w życie kościelne, pojawiło się bardzo wielu (skądinąd znaczących i zasłużonych) etyków i teologów niemieckich, którzy odczytali przesłanie soborowe w sposób nieuprawniony. Wystarczy wspomnieć przywołanego już Alfonsa Auera, ale także wybitnego i zasłużonego z wielu innych względów ojca Bernarda Häringa, czy Petera Knauera albo Josefa Fuchsa. Poza Häringiem to byli zasłużeni jezuici. Nie sposób nie przywołać uważanego za jednego z największych teologów XX wieku Karla Rahnera, który w sposób jednoznaczny odmówił autorytetu nieomylnego nauczania św. Pawłowi VI w jego encyklice „Humanae vitae”. Sprzeciw wobec tej encykliki – bardzo dobitnie wyrażony przez środowisko niemieckie – był oczywiście sprzeciwem nie tylko wobec zakazu stosowania środków antykoncepcyjnych. Był kontestacją nauczania dotyczącego istoty małżeństwa, wartości prokreacji, zasad etyki małżeńskiej. Kontestacja tej sfery doprowadziła oczywiście w konsekwencji do liberalizacji poglądów na temat aborcji. Pamiętamy znaczące zmagania św. Jana Pawła II z Episkopatem niemieckim, zakazujące wydawania przez kościelne poradnie rodzinne zaświadczeń o zasięgnięciu porady przed dokonaniem aborcji.

Niewątpliwie znaczącym nurtem było pojawienie się teologii feministycznej, której konsekwencją stało się fałszywe dowartościowanie kobiety w Kościele. Kościół coraz bardziej stawał się instytucją społeczno-charytatywną, która zrzucała z siebie szlachetne dziedzictwo ustanowienia przez Chrystusa. Słynne w kręgach niemieckojęzycznych hasło „Wir sind Kirche” było jednoznaczną deklaracją uznania Kościoła za twór instytucjonalno-demokratyczny. A wspomniany rok 1968 był impulsem, który generował wspomniane procesy destrukcyjne. Rok 68, mówiąc najkrócej, był uderzeniem w rodzinę nuklearną, a więc opartą na jądrze małżeństwa mężczyzny i kobiety, a zarazem był poddaniem życia społecznego radykalnej ideologii neolewicowej. Mówimy neomarksistowskiej, ale trzeba pamiętać że ta ideologia, ta rewolucja miała charakter skrajnie lewicowy – maoistowski i trockistowski. Osłabiony Kościół nie próbował nawet skonfrontować się z tą rewolucją. Poddawał się jej systematycznie.

Uderz w pasterza, rozproszą się owce. Czy proces erozji Kościoła w Niemczech był ściśle związany z zeświecczeniem stanu kapłańskiego? Jak to się dokonywało? Co stanowi szczególnie lekcję, ostrzeżenie dla polskich kapłanów?

– W Kościele, który zatraca swój charakter sakramentalny i religijny, a staje się instytucją społeczną, charytatywną, nie jest oczywiście potrzebna rola kapłana – liturga, szafarza sakramentów, nauczyciela moralności. Lokalny Kościół staje się strukturą organizacyjną, która kieruje się zasadami zarządzania. Tę funkcję przejmują lokalne rady parafialne, które właściwie decydują o całokształcie życia danej wspólnoty. Kapłan często jest członkiem takiej rady z jednostkowym prawem głosu. Zresztą nie zawsze jest skłonny być oryginalnym w swoim głosie. Przecież taki nonkonformizm kosztuje. Lepiej być lubianym członkiem zarządu niż prorokiem narażającym się na niepopularność we własnym kręgu.

Z marcowych wspomnień z Niemiec wywiozłem m.in. zdanie proboszcza parafii, w której mieściła się także nasza polska wspólnota. Kiedy rozmawialiśmy na temat decyzji dotyczącej zakazu wywieszania niby-tęczowych bander na wieży kościoła, w którym my, Polacy, katolicy, modliliśmy się, wskazał nam na znamienną trudność. Powiedział mniej więcej tak: „Wy w Polsce rozmawiacie z ideologami homoseksualizmu stojącymi po drugiej stronie barykady. I to wam bardzo ułatwia sprawę jako katolikom. Ja natomiast tych ideologów mam w szeregach mojej wspólnoty parafialnej, a to sprawia, że nie bardzo mogę z nimi polemizować. Muszę ich słuchać”. Zachowuję to wspomnienie jako bardzo ważną przestrogę przed tym, co może się dokonać.

Dziękuję za rozmowę

Beata Falkowska, „Nasz Dziennik”

drukuj