Edukacja domowa zyskuje w Polsce coraz więcej zwolenników

Na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego odbyła się konferencja „Czy trzeba posyłać dzieci do szkoły?”, poświęcona nauczaniu domowemu. Ten popularny, szczególnie wśród radykalnych protestanckich wspólnot religijnych z USA, sposób wychowania dzieci staje się coraz bardziej powszechny w Polsce.

Zdaniem naukowców i rodziców, to szansa na ominięcie pułapek, jakie zastawia na dzieci współczesna inżynieria społeczna w postaci programów nauczania.

Jak zauważył ks. Łukasz Kadziński, praktycznie każdy tydzień przynosi coś destrukcyjnego w szkolnictwie, czego dowodem jest agresywna kampania, przy pomocy której lewica już od przedszkola chce definiować płeć jako „uwarunkowaną kulturowo”.

– Dlatego musi nam chodzić o przyszłość naszych dzieci, istot słabych i bezbronnych. Określenia „mama” i „tata” znikają z podręczników, znika „Bóg”, „Ojczyzna”, „rodzina”, a w zamian za to dzieci rozmawiają ze zwierzętami, fikcyjnymi stworzeniami – podkreślał ks. Kadziński.

Agata Rybczyk, prezes Fundacji Dobrej Edukacji Maximilianum, matka dzieci, które od trzech lat są nauczane w domu, przyznaje, że decyzja o nieposłaniu ich do publicznej szkoły była przemyślana.

– W Jasnogórskich Ślubach Narodu Polskiego znaleźliśmy z mężem fragment zobowiązujący rodziców, by „wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, „strzec prawa Bożego, obyczajów chrześcijańskich i ojczystych”, „wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem i otoczyć czujną opieką rodzicielską”. Ułatwiła tę decyzję świadomość tego, co dzieje się w polskim szkolnictwie – wskazała.

Rezultaty nauki są bardzo dobre, ale dla rodziców najważniejsze było wychowanie i codzienny kontakt z dziećmi. Rodzice przyznają, że taka decyzja wymaga od nich wyrzeczeń i ofiary.

Doktor Andrzej Mazan zwrócił uwagę na sprawę podstawową: Stwórca daje ludziom siły i możliwości do wypełnienia swojej misji, także rodzicielskiej. Tymczasem strach przed odpowiedzialnością, wygórowane oczekiwania materialne, samorealizacja stanęły na przeszkodzie chęci posiadania dzieci i ich wychowania. To właśnie ten strach, brak miłości i gotowość do ofiary jest przyczyną demograficznej zapaści i degradacji rodziny. – Bóg przecież nie odstąpił od nas. A rzeczywistością darowaną ludziom przez Boga jest małżeństwo katolickie i rodzina. Wychowanie domowe to natomiast sytuacja, w której mężczyzna i kobieta odzyskują swoją godność – mówił naukowiec, zwracając uwagę, że żadna instytucja nie zastąpi rodziny.

Najbardziej absurdalnym zarzutem kierowanym do rodziców i tej metody wychowawczej jest rzekomy brak socjalizacji i nauki współżycia z innymi ludźmi. Ale rozwijamy się na miarę osób, jakimi się otaczamy, ale nie ilości poznanych ludzi.

– Te dzieci prowadzą życie społeczne. Są przyzwyczajone do obecności ludzi w różnym wieku. Szkoła wydaje się, że jest miejscem socjalizacji, ale mechanicznej – ocenił Mazan. – Nie chodzi o ilość kontaktów, ale ich jakość – dodała Agata Rybczyk.

W USA domowym nauczaniem objętych jest ok. 2,5 mln dzieci. W testach wiedzy i umiejętności dzieci te znacznie przewyższają swoich rówieśników ze szkół, nigdy nie lokują się niżej i o wiele szybciej się uczą.

Co ciekawe, na osiągane wyniki nie wpływają ani kwalifikacje rodziców, ani ich status ekonomiczny. Małe dzieci, idąc do szkoły, są rozwinięte, zaciekawione, ale w szkole wszystko się spowalnia. Tymczasem te nauczane w domu są bardzo samodzielne, zaciekawione światem, nastawione na samodzielne poszukiwanie informacji. Mają wysokie poczucie własnej wartości i zdolności przywódcze, silnie wykształcone cechy indywidualne.

Absolwenci takiego rodzaju edukacji są też najbardziej poszukiwani przez uczelnie wyższe.

Tymczasem, cytując opinie prof. Bogusława Śliwerskiego, szkolna rzeczywistość, w której „klasa jest jak cela, a nauczyciel jak klawisz”, a wiedza podawana „w formie instant, byle tylko przejść przez testy”, ma fatalne skutki. Nie kształci świadomości, ale kształtuje ludzi nastawionych zadaniowo, egoistycznie i – co ciekawe – unikających zagrożeń.

Rewolucja przez szkołę

Szkoła jest ceniona za jednolitość, systematyczność, miała zapewnić potrzeby biologiczne, duchowe, możliwość indywidualnego rozwoju. Te założenia odnajdziemy w podstawach programowych systemu oświaty. Niestety, jest olbrzymi rozdźwięk między tym, co w nich zapisano, a rzeczywistością.

– Nowa minister zdążyła już obrazić Boga, rodziców i dzieci, zanim została zaprzysiężona – mówił dr Mazan.

Zasady i programy nowej edukacji nie powstają w Polsce, ale w agendach globalnych instytucji politycznych. Zmianie ulegają wymagania egzaminacyjne i są one skrojone tak, by określona pula uczniów zdała egzamin, głównie w formie testów. Do tego dochodzi penetracja lewicowych ideologii. Wprowadza je UE i urzędnicy OECD, by kontrolować w ten sposób wydatki na oświatę, która podlega ekonomii. Wynik zdanych egzaminów ma przekroczyć 80 proc., w związku z tym wiedza jest dopasowywana do określonego wskaźnika.

– Ma być jak w chińskiej fabryce, taniej i więcej – zaznaczył prelegent.

Podręczniki są wyjałowione z tradycji. Dokonuje się w nich reinterpretacja przeszłości i jej relatywizacja. Nie ma prawdy, ale istnieje wiele różnych idei. Następuje systematyczny proces reedukacji rodziny, a słowa „ojciec”, „matka”, „skromność”, „przyzwoitość”, „rodzina”, „Ojczyzna” znikają. Następuje personifikacja przyrody, która w ramach wszechobecnej ekologii stają się ideologicznym bóstwem.

Nauczyciele przestali bronić tego, czego uczą.

– ZNP broni reformy tylko dlatego, by nauczyciele mieli miejsca pracy. Nikt się im nie przeciwstawia. Protestu państwa Elbanowskich nie poparł żaden dyrektor i nauczyciele – podkreślił dr Andrzej Mazan. Prelegent przytoczył opinie prof. Bogusława Śliwerskiego, w ocenie którego UE „nie zależy na mądrych Polakach, ale na produkowaniu taniej siły roboczej”.

Szkoła ma zdaniem globalistów dbać nie o wychowanie, kształtowanie osobowości, ale np. o zdrowie prokreacyjne. Nacisk ten jest położony głównie na dziewczęta, m.in. sztuczne wzmocnienie społecznej pozycji kobiet, obniżenie wskaźnika płodności.

Programy nauczania są kreowane przez czynniki zewnętrzne. Nowa minister doskonale wyczuła, że nie reprezentuje dzieci i rodziców ani nawet MEN.

Maciej Walaszczyk

drukuj