[Nasz Dziennik] Resort edukacji uderza w edukację domową
Ministerstwo Edukacji Narodowej w celu całkowitego przejęcia kontroli nad wychowaniem młodych pokoleń uderza w edukację domową Tym razem chodzi o zmianę zasad podziału subwencji oświatowej na 2026 rok. Z pozoru niewielka korekta w liczbach, a w praktyce – głęboki cios w edukację domową.
– Do tej pory szkoły świadczące edukację domową, które miały w swoim rejestrze 200 uczniów uczących się w trybie domowym, otrzymywały pełne finansowanie. Od przyszłego roku próg będzie drastycznie obniżony – już przy 96 takich uczniach dotacja zostanie ścięta. Taki ruch oznacza dla wielu placówek finansową katastrofę – wyjaśnia w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr Andrzej Mazan, pedagog.
Dyrektorzy szkół reagują. W niektórych z nich już podjęto decyzję o wprowadzeniu dodatkowych opłat, inne się nad tym poważnie zastanawiają.
– Mam dziecko w Prywatnej Szkole im. Zofii i Jerzego Moraczewskich, gdzie działa oddział edukacji domowej. I rzeczywiście – dyrektor nie miał wyjścia. Zwrócił się do nas, rodziców, o wsparcie finansowe. Dziś standardowa składka, na którą zgodziliśmy się wspólnie, by ratować tę formę nauki, wynosi sto złotych miesięcznie. W skali roku daje to tysiąc złotych – tysiąc złotych, które wydajemy, by nasze dziecko mogło uczyć się tak, jak uznajemy za najlepsze – mówi „Naszemu Dziennikowi” Wanda Głowacka.
To, co robi dziś minister Barbara Nowacka, to nic innego jak próba wymuszenia na rodzicach rezygnacji z edukacji domowej pod pretekstem „racjonalizacji wydatków”.
– W praktyce chodzi o coś znacznie poważniejszego – o centralizację i kontrolę. O to, by wszystkie dzieci wróciły do państwowych szkół, bo tam – w trybie stacjonarnym – o wiele łatwiej jest organizować zajęcia, na których zależy minister – zwraca uwagę w rozmowie z nami dr Artur Dąbrowski, prezes Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej.
Statystyki mówią same za siebie. W 2021 r. w edukacji domowej uczyło się niespełna 20 tys. dzieci. Rok później – już ponad 31 tys. W 2023 r. było to ponad 42 tys. dzieci, a w 2024 r. niemal 54 tys. uczniów. Ten skok nie wziął się znikąd. Jest to efekt nowelizacji Ustawy Prawo oświatowe z 2021 r., która pozwoliła na zniesienie obowiązku przypisywania ucznia do szkoły w jego województwie i konieczności opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej.
– Był to moment, gdy politycy – z całego spektrum – zgodzili się, że rodzice powinni mieć prawo wyboru. Za tą nowelizacją, którą sam wtedy przygotowałem, głosowało ponad 420 posłów. To była decyzja ponad podziałami, bo dotyczyła wolności, nie ideologii. I właśnie tę wolność dziś brutalnie się odbiera – zwraca uwagę w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr Tomasz Rzymkowski, poseł niezrzeszony, były wiceminister edukacji i nauki.
Resort argumentuje, że edukacja domowa rzekomo kosztuje mniej niż nauka stacjonarna.
– To uzasadnienie jest nie tylko fałszywe, ale też obraźliwe dla tych, którzy wiedzą, ile pracy, czasu i pieniędzy wymaga nauczanie dzieci poza systemem klasowym. Państwo zdaje się zakładać, że skoro dziecko nie siedzi w szkolnej ławce, to koszt jego edukacji magicznie znika – wskazuje dr Andrzej Mazan.
Tymczasem nauczyciele prowadzący egzaminy, konsultacje, przygotowujący materiały i czuwający nad tokiem nauki wciąż wykonują realną pracę.
– Szkoła musi utrzymać zaplecze administracyjne, zapewnić infrastrukturę, obsługę dokumentacji, wsparcie psychologiczno-pedagogiczne. Różnica polega tylko na tym, że dziecko nie przychodzi codziennie do budynku – a nie na tym, że jego nauka przestaje kosztować – podkreśla pedagog.
Część placówek już zareagowała. Zespół Prywatnych Szkół im. Zofii i Jędrzeja Moraczewskich wprowadził opłatę w wysokości 100 zł miesięcznie – 1000 zł rocznie. Takimi sumami obciążeni zostali rodzice dzieci w klasach VII i VIII oraz w liceum. Z kolei Fundacja Królowej Świętej Jadwigi wprowadziła opłatę w wysokości 250 zł. I tak, opłata będzie obowiązkowa we wszystkich klasach szkoły podstawowej i liceum. Natomiast Szkoła w Chmurze wprowadziła dobrowolne składki.
– Obcinanie środków dla edukacji domowej to decyzja całkowicie niezrozumiała, bo ta forma nauki wymaga od szkoły, ucznia i rodzica nieporównywalnie większego zaangażowania niż klasyczny model. Egzaminy odbywają się w spokojnej, przyjaznej atmosferze, a szkoła naprawdę dba o kontakt i wsparcie. Pomaga rodzicom, doradza, organizuje konsultacje i warsztaty. To nie jest edukacja „po kosztach”. To system, który rozwija samodzielność, odpowiedzialność i wiarę w siebie – cechy, których w tradycyjnych szkołach często brakuje – akcentuje Wanda Głowacka.
Dlatego decyzja ministerstwa odbierana jest przez rodziców nie tylko jako brak zrozumienia, ale wręcz jako forma dyskryminacji.
– Rodziny, które wybrały edukację domową, zostały potraktowane jak obywatele drugiej kategorii. Płacimy te same podatki co inni, a mimo to państwo odbiera część należnych nam środków. Obcina subwencję, jakby chciało dać nam do zrozumienia, że nasz wybór jest niepożądany – stwierdza Wanda Głowacka.
Tymczasem większość rodziców nie zdecydowała się na ten krok z wygody, tylko z troski.
– Widzimy, jak wiele daje dzieciom nauka we własnym tempie, w atmosferze wolności i zrozumienia. Widzimy to każdego dnia. Takie jest doświadczenie naszych rodzin – dodaje rozmówczyni „Naszego Dziennika”.
Ale to nie jest przypadek. To element większej układanki. Wystarczy spojrzeć szerzej na działania resortu, aby dostrzec, że pod pozorem modernizacji systemu edukacji dokonuje się jego ideologiczne przeformatowanie.
– Zaczęło się od prób wprowadzenia przepisów, które pozwalają iść 13-latkowi do psychologa bez wiedzy i zgody rodziców – rzekomo wypływało to z troski o najmłodszych. W praktyce prowadziłoby to do osłabienia roli rodziców i rozbijania więzi rodzinnych – stwierdza dr Artur Dąbrowski.
Teraz uderzono w edukację domową – ostatni bastion rodzicielskiej niezależności.
– Jeśli państwo decyduje o tym, jak ma wyglądać nauka, a rodzic, który wybiera inny model, zostaje obciążony finansowo, to nie ma tu już mowy o wolności wyboru. To czysta manipulacja, podszyta ideologią, która pachnie socjalistycznym centralizmem i nowym neomarksizmem w wydaniu edukacyjnym – zaznacza dr Artur Dąbrowski.
Pod kontrolą resortu
Ministerstwo Edukacji Narodowej chce mieć pod kontrolą cały system edukacji – od podręczników po psychologa, od sali lekcyjnej po rodzinny stół. Edukacja domowa to enklawa wolności, przestrzeń, w której rodzice sami decydują, jak wychowywać i czego uczyć swoje dzieci.
– A to dla obecnej władzy niebezpieczne, bo odbiera jej monopol na kształtowanie młodych umysłów. Dlatego właśnie próbuje tę przestrzeń zdławić – wskazuje dr Tomasz Rzymkowski.
Tymczasem edukacja domowa to często wybór ludzi, którzy chcą chronić dzieci przed systemem, który nie potrafi zaspokoić ich podstawowych potrzeb – emocjonalnych, edukacyjnych, rozwojowych.
– Wśród uczniów edukacji domowej są młodzi sportowcy, artyści, dzieci z problemami adaptacyjnymi, ale też zwyczajnie wrażliwi młodzi ludzie, którzy w tradycyjnej szkole się nie odnajdują. Państwo, zamiast ich wspierać, odwraca się plecami – zwraca uwagę dr Tomasz Rzymkowski.
Edukacja domowa nie jest ucieczką od szkoły – jest powrotem do istoty nauki: ciekawości, rozwoju, indywidualności. Jeśli ktoś dziś próbuje ją zdławić finansowo, to znaczy, że boi się ludzi.
To, co najbardziej uderza w decyzji ograniczającej świadczenia na edukację domową, to brak jakiegokolwiek uzasadnienia pedagogicznego.
– Nie ma dowodów, że edukacja stacjonarna jest lepsza. Nie ma danych, że dzieci uczące się w domu są gorzej przygotowane. Jest za to ideologiczne przekonanie, że wszystko, co wymyka się centralnej kontroli, jest zagrożeniem. Władza chce widzieć każde dziecko w ławce, w jednej linii, pod jednym dachem – najlepiej w budynku, gdzie łatwo sprawdzić, co myśli i czego się uczy – stwierdza dr Andrzej Mazan.
Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna.
– W szkołach stacjonarnych rośnie liczba dzieci z depresją, problemami emocjonalnymi, poczuciem wyobcowania. System nie nadąża za ich potrzebami, ale zamiast się zreflektować, władza postanawia zamknąć im alternatywę. Zamiast naprawić szkołę, likwiduje możliwość wyboru. To nie jest troska o edukację – to centralne planowanie rodem z minionej epoki – akcentuje pedagog.
To polityka antyrodzinna i antyludzka.
– To próba podporządkowania systemu wychowania jednemu wzorcowi, w którym dziecko ma być bardziej „obywatelem państwa” niż dzieckiem swoich rodziców. A przecież Konstytucja mówi jasno: to rodzice są pierwszymi wychowawcami, a szkoła ma ich jedynie wspierać. Nie zastępować, nie kontrolować, tylko wspomagać. I to nie jest kwestia interpretacji prawa – to jego fundament – zwraca uwagę dr Andrzej Mazan.
Determinacja rodziców
Na grupach rodziców pojawiają się głosy o możliwych protestach, petycjach, działaniach prawnych. Widać determinację.
– Tak, czujemy się dyskryminowani. I to bardzo wyraźnie. Rodzice w naszej szkole bez większego wahania zdecydowali się wspierać dyrekcję finansowo, bo wiemy, jak wiele znaczy ta forma nauki dla nas i dla naszych dzieci. Ale wielu rodzin po prostu na to nie stać – podnosi Wanda Głowacka.
Dla niektórych tysiąc złotych rocznie to kwota, której nie są w stanie wyłożyć. I tu pojawia się największy dramat – bo decyzje ministerstwa w praktyce odbierają im prawo do wyboru. Do wyboru, który gwarantuje im Konstytucja.
Dlatego sprawa edukacji domowej to nie spór o kilka procent dotacji. To pytanie o granice wolności i o to, kto naprawdę ma prawo decydować o losie dziecka – urzędnik z resortu czy rodzic, który zna je najlepiej.
– To pytanie, na które odpowiedź powinna być oczywista dla każdego, kto wciąż wierzy, że rodzina jest najważniejsza – podsumowuje dr Tomasz Rzymkowski.
Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”/radiomaryja.pl



