fot. Paweł Palembas

Dr M. Siekierka dla „Naszego Dziennika”: Negowanie zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest obecne w ukraińskiej narracji od wielu lat. Trzeba uczciwie przyznać, że Polska przez lata popełniała błąd, ignorując ten problem

Negowanie zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest obecne w ukraińskiej narracji od wielu lat. Uważam, że stało się to niestety pewnym elementem polityki historycznej. Świadczą o tym określenia takie jak „wojna polsko-ukraińska”, „druga wojna polsko-ukraińska” czy „konflikt polsko-ukraiński” (…). Trzeba też uczciwie przyznać, że Polska przez lata popełniała błąd, ignorując ten problem. Jako państwo przymykaliśmy oko na rozwój kultu OUN i UPA na Ukrainie, nie było wystarczająco stanowczych reakcji na to, że pewne środowiska próbują nadawać tym organizacjom status symboli narodowych. To było zaniechanie ze strony władz – powiedział dr Michał Siekierka, wiceprezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, w rozmowie red. Rafałem Stefaniukiem z „Naszego Dziennika”.

Red. R. Stefaniuk: Ukraiński nadawca publiczny Suspilne Media opublikował materiał, w którym zakwestionowano polską ocenę rzezi wołyńskiej. Samo ludobójstwo na Polakach określono mianem „tragedii wołyńskiej”, a „krwawa niedziela” została przedstawiona jako rzekome wydarzenie. Podobny ton wybrzmiewa również w wypowiedziach części ukraińskich historyków i komentatorów. Były szef ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, Wołodymyr Wiatrowycz, w rozmowie z portalem Ukrainska Prawda mówił o „histerii polskich polityków” wokół kwestii Wołynia. Podobne stanowisko prezentują także niektóre inne tamtejsze media. Portal Espreso kwestionuje skalę zbrodni popełnionych przez UPA, a także sugeruje, że wyniki prowadzonych ekshumacji nie potwierdzają oczekiwań strony polskiej.

Dr Michał Siekierka: Negowanie zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest obecne w ukraińskiej narracji od wielu lat. Uważam, że stało się to niestety pewnym elementem polityki historycznej. Świadczą o tym określenia takie jak „wojna polsko-ukraińska”, „druga wojna polsko-ukraińska” czy „konflikt polsko-ukraiński”. To są pojęcia, które mają relatywizować odpowiedzialność i sugerować, że mieliśmy do czynienia z równorzędną walką dwóch stron. Tymczasem trzeba jasno powiedzieć: nie była to wojna dwóch armii ani konflikt dwóch równorzędnych formacji. Ofiarami była przede wszystkim polska ludność cywilna. Ludzie, którzy nie prowadzili żadnych działań wojennych, nie należeli do żadnych organizacji zbrojnych i nie byli stroną żadnego konfliktu militarnego. 11 lipca, który jest dniem pamięci ofiar ludobójstwa, przypomina o masowych mordach dokonanych przez oddziały UPA na bezbronnych mieszkańcach polskich wsi.

Mimo upływu lat i coraz większej obecności tego tematu w debacie publicznej negowanie rzezi wołyńskiej wynika z konsekwentnie prowadzonej przez Ukrainę polityki historycznej?

– Ona nie powstała wczoraj. Jest budowana od początku ukraińskiej niepodległości w 1991 roku. Trzeba też uczciwie przyznać, że Polska przez lata popełniała błąd, ignorując ten problem. Jako państwo przymykaliśmy oko na rozwój kultu OUN i UPA na Ukrainie, nie było wystarczająco stanowczych reakcji na to, że pewne środowiska próbują nadawać tym organizacjom status symboli narodowych. To było zaniechanie ze strony władz. To, co obserwujemy obecnie, nie jest więc czymś zupełnie nowym. Nowa jest przede wszystkim skala zainteresowania tym tematem w Polsce. Społeczeństwo zaczęło dostrzegać problem i domagać się jasnego stanowiska. Ukraina natomiast, widząc zainteresowanie tą kwestią w Polsce, jeszcze mocniej trzyma się własnej narracji, ponieważ jest ona efektem wielu lat budowania określonej polityki pamięci.

Czytał Pan komentarze ukraińskich mediów dotyczące Wołynia i sobotnich uroczystości upamiętniających ofiary. Czy znalazło się tam coś, co szczególnie Pana zaskoczyło?

– Zaskoczyło? Nie. Można powiedzieć, że część tych publikacji to po prostu zalew nieprawdziwych informacji i manipulacji. Pojawiają się tam twierdzenia, które nie mają żadnego oparcia w faktach historycznych. Jednym z przykładów jest narracja, jakoby UPA miała przede wszystkim walczyć z Armią Krajową. Trzeba przypomnieć, co wydarzyło się tuż przed kulminacją zbrodni wołyńskiej. 10 lipca 1943 roku, czyli dzień przed tzw. krwawą niedzielą, do oddziałów UPA udali się przedstawiciele Armii Krajowej: emisariusz i poeta Zygmunt Jan Rumel oraz oficer AK Krzysztof Markiewicz. Zostali wysłani z misją pokojową, aby prowadzić rozmowy i spróbować zapobiec dalszemu rozlewowi krwi polskiej ludności cywilnej. Próba negocjacji zakończyła się jednak ich brutalnym zamordowaniem. Zygmunt Rumel został rozerwany końmi. Stało się to 10 lipca. Następnego dnia doszło do masowych mordów na polskiej ludności cywilnej – tzw. krwawej niedzieli. Dlatego twierdzenie, że Ukraińcy za wszelką cenę chcieli uniknąć eskalacji, a UPA powstała głównie jako odpowiedź na działania Armii Krajowej, jest po prostu fałszywe. Ideologicznym celem UPA było utworzenie własnego państwa poprzez usunięcie z tych terenów ludności uznawanej za obcą.

W ukraińskiej narracji często pojawia się twierdzenie, że Armia Krajowa prowadziła wojnę z UPA, a ludność cywilna była jedynie przypadkową ofiarą działań obu stron.

– Nie, to absolutnie nie jest prawda. Armia Krajowa nie prowadziła żadnych szeroko zakrojonych działań wymierzonych w UPA jako cel sam w sobie, nie prowadziła też działań względem cywilnej ludności ukraińskiej. Owszem, na Wołyniu działała 27. Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej, która podejmowała walkę z oddziałami UPA, ale były to działania obronne, mające chronić polską ludność cywilną przed napadami i mordami. Trzeba jasno powiedzieć: Armia Krajowa nie prowadziła wojny z Ukraińcami jako narodem. Na Kresach powstawały spontaniczne oddziały samoobrony, które później włączano w struktury AK. Sama nazwa „samoobrona” najlepiej pokazuje ich charakter. Te formacje tworzono po to, aby chronić mieszkańców przed atakami, a nie po to, by prowadzić działania przeciwko ukraińskiej ludności. Zresztą praktyka działań UPA również pokazuje, że nie chodziło o żaden regularny konflikt dwóch stron. Tam, gdzie Ukraińcy wiedzieli, że napotkają zorganizowany opór, np. w miejscowościach chronionych przez oddziały AK, często rezygnowali z ataku. Wybierali natomiast miejsca, gdzie ludność była bezbronna i gdzie można było dokonać masowych mordów przy minimalnym ryzyku strat własnych.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/Nasz Dziennik

drukuj